Za 20 lat bardziej będziesz żałował tego czego nie zrobiłeś, niż tego co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj. Śnij. Odkrywaj.
Blog > Komentarze do wpisu
Weselne przygody

Na wesele brata mojego K szykowaliśmy się od dawna, sądząc, ze zawczasu zaczęte przygotowania udaremnią dziwne niespodzianki. Nic bardziej mylnego. Zeszła sobota była dla nas dniem świra, czuliśmy się jak w komedii z Jasiem Fasolą (to jedne z niewielu komedii które mnie śmieszą). Znajomi, którzy również wybierali się na wesele zapowiedzieli swoje przybycie (stwierdziliśmy że branie naszego Kubusia na wesele może zaskutkować tym, że się na nim w ogóle nie pojawimy) po nas na 10.30. Mówiąc otwarcie – o 10.30 byliśmy w proszku. Jednak nasz chytry plan polegający na maksymalnym wydłużeniu czasu spania i zminimalizowaniu czasu potrzebnego na przygotowania zakładał wersję awaryjna czyli makijaż, układanie włosów, nakładanie lakieru na wszystkie kocie pazurki - w aucie. Pasażerowie pociągów, którymi koci pracownik zeszłego roku często jeździł do Opola nieraz widzieli podobne akrobacje. Dzień przed weselem, czyli na ostatnią chwile, wybrałam się do sklepu w poszukiwaniu weny odnośnie sposoby podkreślenia kocich oczek i pazurków. Pani makijażystka była bardzo zaskoczona kocią ignorancją odnośnie dobierania koloru paznokci do koloru sukienki i butów (dobrze, że nie widziała torebki, kot w butach nie posiada torebek kopertówek z prostej przyczyny – są one stanowczo za małe. Wszystkie torebki – sztuk jedna – są ogromne, mogą spokojnie służyć za walizkę na tydzień urlopu w kraju o zmiennej pogodzie). Dowiedziałam się, że malowania paznokci lakierem dokładnie w odcieniu sukienki i butów (po 15 minutach udało się ustalić, że jest to czerwień z domieszką różu) jest absolutnie niedopuszczalne. To towarzyskie „fo pa”,  które dumny ze swoich pomysłów koci weselnik chciał popełnić było zamachem na zwyczaje weselno-odzieżowe. Po kolejnej pół godzinie spędzonej w sklepie (w tym czasie K zdążył dwa razy zadzwonić z pytaniem czy wszystko ok.) kot w butach wyszedł z domalowanymi brwiami (pani była oburzona że kot w butach, który dość dumny jest ze swoich ciemnych rzęs i brwi nigdy ich nie maluje - specjalną kredką do brwi – kredka do oczu jest niedopuszczalna!!), lakierem o ton ciemniejszym niż sukienka (w domu okazało się, że jednak źle opisałam kolor sukni i lakier jest dokładnie IDEALNIE w odcieniu kociego wdzianka – no ale tego pani makijażystka nie widzi), 3trój barwnymi cieniami do powiek – i zwyczajna czarną kredką.

Gdy o 10.40 nie było naszych znajomych kot w butach wpadł na pomysł że dość dawno nie regulował brwi, oczywiście pensetke dzieli wzięli i K pognał w poszukiwaniu produktu pierwszej potrzeby. W tym czasie dość wolno (przyznam) zbierałam się do makijażu oczy. Jako, ze jechaliśmy aż za Leżajsk planowo ubraliśmy się w stroje wycieczkowe – szorty i koszulki a weselne łaszki zapakowaliśmy do plecaka. O 11.15 zaczęliśmy się już niepokoić, kot w butach z wrażenia wymalował oczy i paznokcie, wyregulował brwi, nałożył nawet lekki róż na policzki (który gdzieś w okolicach Tarnowa dawno spadł). O 11.20 przyjechali znajomi tłumacząc się przepraszająco, że dziecko nie dało się ubrać. Dziewczynka rozbrajającym tonem stwierdziła do nowej cioci – czyli mnie – że była niegrzeczna i ma karę. Była zachwycona z informacji i dumna z poświęconej jej uwagi. Pognaliśmy z włączonym CB radiem (unikaliśmy „Misiaczków”) w kierunku Leżajska. GPS wyznaczył drogę jakimiś objazdami, kilka razu utknęliśmy w korku, raz nawet jechaliśmy orszakiem weselnym mając nadzieję, że to nie ten którym powinniśmy jechać PO Mszy. Całe 3 godziny na przemian karmiłam, poiłam i odpowiadałam na pytania ślicznej trzylatki znajdując w sobie pokłady cierpliwości o które się nie podejrzewałam. W sytuacjach kryzysowych przypominających komedię zwykle mam świetny humor i tu też pod koniec drogi z żoną naszego kierowcy dosłownie płakałyśmy ze śmiechu. Gdy o 14.40 przejeżdżaliśmy pod kościołem w którym zaraz miał odbyć się TO ślub, widzieliśmy siostrę wysiadająca z auta wiedzieliśmy że jest ciutkę późno, nie mieliśmy wyboru, musieliśmy jechać dalej do hotelu przebrać się z króciutkich spodenek i ta samą drogą wrócić. Suma summarum na ślub dotarliśmy z 40 minutowym poślizgiem zdążając akurat na „przekażcie sobie znak pokoju”. Chwilę potem obdzierana ze skóry solistka zawyła Ave Maryyyyyja i ślub się skończył. Wsiedliśmy w autka i po raz drugi udaliśmy się do hotelu składać życzenia (jak zwykle brakło nam pomysłu co powiedzieć, a oko kamery przystawione do naszych twarzy nie ułatwiało zadania). Biegiem zjedliśmy obiad bo przecież to nie był jeszcze koniec naszych przygód. Kot w butach kupując sukienkę bez ramiączek nie przewidział, że stanik który obowiązkowo zakłada pod nią nie będzie się trzymał grzecznie pod sukienką. Czarny jak na złość (bo przecież nie miało było go widać) wystawał z każdej strony, zmuszając spoconego jak nieboskie stworzenie kota w butach do opatulenia się ciepłym swetrem. I tak podczas gdy każdy zdejmował co tylko mógł (w granicach rozsądku) kot w butach ubierał co tylko mógł aby koronkową bielizną nie szokować szanownych gości. Gdy tylko Para Młoda odtańczyła pierwszy taniec, co nie stanowiło dla nich problemu jako, że uczęszczali przez kilka lat na lekcje salsy (kot w butach wolał nie wyobrażać sobie swojego „pierwszego tańca”), orkiestra zapowiedziała biały walc kot w butach galopem udał się do pokoju hotelowego wziąść szybki prysznic i przystąpić do części właściwej czyli szycia. Po godzinie, ciągle rwących się nicach, wiedzieliśmy że i to nie pójdzie gładko i planowo. Dopiero potrójne nawlekane nitki stwarzało wrażenie, że misterna konstrukcja nie rozleci się podczas tańca. Gdy dwie godziny po białym walcu wróciliśmy na salę K. i kot w butach zostali przywitani uśmiechami pod nosem. Nic ze słodko bawiących się gości nie przypuszczał, że weselni uciekinierzy w pewnym momencie stwierdzili nawet, że oni to chyba już w ogóle nie przyjdą, bo te nici nigdy nie zszyją czerwonej kreacji.

Ciąg dalszy wesela był bardziej przewidujący, jeszcze jedna wyprawa do pokoju – zmiana potarganych rajstop. W biegu zjadaliśmy przynoszonej potrawy, wypiliśmy masę pysznego winka, przetańczyliśmy kilka tańców i padliśmy. Wesele się zakończyło. Aż strach pomyśleć jak będzie wyglądać nasze.

wtorek, 26 czerwca 2012, kot_w_butach84

Polecane wpisy

  • Kot leci do Azji

    Ostatnia noc przed wylotem, kot w butach leci do Azji a konkretnie do Macao. Gdy kilka miesięcy wcześniej koci znawca mapy dostał propozycje tego egzotycznego w

  • Okolice Krakowa - wyprawa rowerowa szlakiem Dłubni

    Proponowaną dziś przeze mnie trasę przebyliśmy 1,5 raza. Za pierwszym razem w połowie drogi wygoniła nas burza, która skradała się, straszyła granatem i pomruka

  • Krym: Kercz (Kerch) - twierdza Jenikale

    Kolejny pracowity weekend nie był tym czego akurat potrzebowałam. Miało być spaghetti na kolację a był budyń i to na szybko i do spania. Oczy lecą ze zmęczenia,