Za 20 lat bardziej będziesz żałował tego czego nie zrobiłeś, niż tego co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj. Śnij. Odkrywaj.
niedziela, 25 października 2015
Moje śliczne - Karin Slaughter

Książka „Moje śliczne” Karin Slaughter przerwałam długą książkową suszę. Nawet nie będę się przyznawać jak długo nie czytałam nic oprócz gazet do-obiadkowych, artykułów na Internecie, literatury naukowej. Zwykle czytałam w tramwajach, autobusach. Nie mam choroby lokomocyjnej więc był to przyjemny wypełniacz czasu. Na uszy nakładałam słuchawki, wyjmowałam książkę lub czytnik i pół godziny byłam w innym świecie. To był taki mój prywatny czas. Do nowej pracy zaczęłam jeździć z koleżanką z poprzedniej pracy. Tak się jakoś złożyło, że jedna praca jest tylko przecznicę dalej od tej starej. Ta sama droga a jesteśmy sąsiadkami. I tak jeździłam z skądinąd bardzo sympatyczną dziewczyną jej autkiem, coraz bardziej zatapiałam się w sprawy poprzedniej firmy i było mi coraz bardziej źle. Nie czytałam, nie relaksowałam się przed pracą, rozmawiałam o dawnej firmie, o rzeczach które nie miały już dla mnie znaczenia, ba! których nie chciałam wiedzieć!. Aż do dnia w którym postanowiłam odciąć to wszystko grubą zdrową kreską. Elegancko przeprosiłam miłą koleżankę (serio, świetna laska!) i wsiadłam do  wlekącego się, zatłoczonego różnie nie-pachnącymi ludźmi tramwaju i byłam SZCZĘŚLIWA :-)

Pewnego dnia zwolniłam się wcześniej z pracy, spokojnie, w swoim tempie pojechałam do małej dzielnicowej galerii, wstąpiłam do sklepu Ziaji (uwielbiam!), i przechodząc obok księgarni po prostu tam weszłam i kupiłam właśnie „Moje śliczne”. Szczęśliwa, czytać zaczęłam jeszcze w tramwaju. Wreszcie miałam czas dla siebie.

Książka jest naprawdę dobra, choć mam niejasne przeczucie że po takim okresie czytelniczego postu na wszystko zareagowałabym z jednakowym entuzjazmem.

Jest dość brutalnie, ale są ciekawi bohaterowie, świetny język i trafione w punkt spostrzeżenia. Brakło trochę bohaterów drugoplanowych, pewne rzeczy zbyt łatwo się układało (przeczytacie, zobaczycie co mam na myśli). Karin Slaughter uwielbiam za realnych, ludzkich bohaterów. Tutaj było tego pazura mało.

Cieszę się że znów mam czas dla siebie. To trudne gdy pracuje się w dwóch firmach i chce się poświęcać czas rodzinie i przyjaciołom. Za tydzień zaczynamy urlop i ja już planuję co będę czytać. Przeglądam zaprzyjaźnione blogi książkowe (oj zaległości mam wielkie!), chcę wybrać się dziś do księgarni po kolejną książkę.

Kot w butach czyta :-) I jest z tego powodu bardzo szczęśliwy.

Kocisko wie że są sprawy ważne i mniej-ważne, odciął się od ludzi, którym wiecznie jest źle. Umie odpuścić rzeczy na które nie ma wpływu, ta nauka nie przyszła sama, wiele kociej sierści spadło, kocie łapki zmęczyły się szukając własną drogę. Kot w butach celebruje chwile, cieszy się szczegółami.

Kot w butach wydoroślał ;-)

10:33, kot_w_butach84 , kocie czytanki
Link Komentarze (5) »
sobota, 29 listopada 2014
Spacer szlakiem chińskich świątyń - Macau, Chiny

Otworzyłam szafę próbując wybrać ubranie najbardziej nadające się na to co czekało mnie poza moim przyjemnie chłodnym pokojem. Klimatyzowane pomieszczenie nie pomagało, opętańczy upał zdawał się mniej groźny gdy wyglądałam przez podwójne metalowe okno (jak się później okazało konieczne w kraju tajfunów). Zapobiegawczo wybrałam białą, prostą sukienkę licząc że łaskawe słońce będzie choć odrobinę omijać spoconą jak nieludzie stworzenie Europejkę. Celowo przeciągałam moment wyjścia na zewnątrz, niespieszenie wmuszając w siebie porcję płatków owsianych - ze względu na to że jadałam je każdego dnia na śniadanie, obiad i kolację - kolejne nabierane łyżki napawały mnie umiarkowanym entuzjazmem. Praca jaką wykonałam w nałożenie delikatnego makijażu i wsmarowanie na każdy centymetr zakrytej i odkrytej skóry tony mleczka do opalania oznaczonego numerem 50 i tak skazana była na porażkę, zwykle całość elegancko spływało jakieś 5 minut po wyjściu na palące słońce Macau. Podczas codziennych heroicznych spacerów Kot w butach przypominał rybę wyrzucona na brzeg – mokry i sapiący próbując wyłapać potrzebny do życia tlen.

Jak co weekend otworzyłam mapę, przewertowałam przewodnik. Mały kraj, a raczej  specjalny region administracyjny Chińskiej Republiki Ludowej pozwalał na spokojne zwiedzanie, dwa miesiąc to aż nadto aby zaglądnąć w każdy zakątek. Inżynierskim okiem podzieliłam mapę na kilka rejonów tym samym wyznaczając trasy kolejnych jednodniowych spacerów.

Zwiedzanie przy takiej pogodzie i wilgotności wymagało wiele samozaparcia. Normalnie przemieszczam się czymś pomiędzy szybkim marszem a biegiem, klimat Macau spowalniał ruchy co najmniej 1,5 raza. Z mojego wzgórza dosłownie spłynęłam na przystanek desperacko wachlując się mapą i osłaniając się parasolem przed słońcem. Dostojne Chinki ubrane w długie spodnie i eleganckie bluzeczki spoglądały ze współczuciem na spoconego jak mysz Kota w butach. Na szczęście wcześniej obczaiłam przystanek (Esparteiro/Lou Lim Ieok). Minęłam hotel Altira kryjąc się w  jego przyjemnym cieniu. Kilka minut oczekiwania i zaszyłam się w autobusie. Jechałam jedną z moich ulubionych tras: mostem Ponte Governador Nobre de Carvalho (długości 2,5 km) łączącym półwysep Makau z  wyspą Taipą. Szczególnie widowiskowo było po zachodzie słońca: z jednej strony rozpościerał się widok na migająco rozświetlone kasyna a z drugiej na wcale nie mniej imponującą wyspę Taipa. Spokojnie mijam jezioro Nam Van, to znak że wjechałam na półwysep Macau. Pół godziny i kilkanaście wąziutkich ulic później odważnie wysiadłam z zimnego autobusu w pobliżu świątyni Lin Fong (Lin Fong Temple).

Dla niewprawnego oka – jakie niechybnie posiada Kot w butach - większość świątyń w Macau praktycznie niczym się nie różni,  jednak dla porządku obfografowałam Lin Fong ze wszystkich stron.

Brak jakiejkolwiek wiedzy na temat panujących tam zwyczajów i religii próbowałam rekompensować fotografiami wszystkich anglojęzycznych tabliczek. Weszłam do środka i momentalnie poczułam jeszcze większy zaduch i upał. Pomieszczenia nagrzały się jak piekarnik.

 

Świadomość niepowtarzalności chwili dodała mi odwagi i siły, zapomniałam o ścieraniu płynącego nieprzerwanie potu i narzekaniu na temperaturę, z ciekawością zaglądałam do kolejnych sal starając się swoją obecnością nie przeszkadzać ludziom, nie zakłócić atmosfery w nich panującej. Tam czuć było historie. Przyglądałam się groźnie wyglądającym figurom, robiłam dużo zdjęć starając się zapamiętać to czego nie umieściłam na nich, stąpałam powoli na wytartych płytkach, poczułam podobny spokój, który panuje w starych katolickich kościołach, odpoczywałam.

Po kilku, może kilkunastu minutach wyszłam na zewnątrz, otoczył mnie hałas i gwar chińskiej ulicy. No tak, na tak małym obszarze miejsca kultu wtapiają się w ulicę. Nieraz sporo się naszukałam próbując odnaleźć drzwi do świątyń tak skutecznie przypominające budynki mieszkalne. Jeszcze raz przeczytałam tabliczkę na temat oglądanej chwile wcześniej buddyjskiej świątyni:

“Mówi się, że świątynia Lin Fong (Lin Fong Temple) została zbudowana w dynastii Ming. Jednakże, zgodnie z napisami na kamiennej tablicy, świątynia została zbudowana w 1723 roku. Obecny stan świątyni Lin Fong jest wynikiem kilku rekonstrukcji i rozbudowy.

Pierwotnie nazwana Pałacem Chi Hu (Chi Hu Palace) i później przyjmując nazwę Nowej świątyni Leung Ma (New Temple of Leung Ma), ostatecznie przyjęła nazwę Lin Fong (Lin Fong Temple).

Świątynia poświęcona jest Tin Hau (bogini Morza) i Kum Iam (bogini Miłosierdzia). Została zbudowana przez chińskich urzędników i lokalnego biznesmena, którzy wspólnie pokrywali koszty budowy. Była miejscem ceremonii pamięci, świątynia pełniła funkcje domu gościnnego dla chińskich urzędników, którzy przyszli do Makau służbowo.

Słynni chińscy urzędnicy:  Lin Zexu - cesarski wysłannik oraz Deng Tingzhen, wicekról Liangguang (Guangdong i Guangxi ), odwiedzili Makau w 1839 aby zorganizować spotkania z portugalskimi dostojnikami.

Główny pawilon zlokalizowany jest wzdłuż osi głównej w budynku, wraz z  symetrycznie rozłożonymi bocznymi pawilonami.

Pierwszy centralny pawilon nazywa się Bai Ting (Pawilon Kultu), drugi to Tin Hau Hall, ostatni Kun Iam Hall. Po lewej stronie znajduje się Renshou Hall (Sala życzliwość i długowieczności), a następnie Wenchang Hall (Sala literatury, piśmiennictwa) i Jin Hau Dou Mu Hall (Sala poświęcona płodności i ospie prawdziwej).

Po prawej stronie znajduje się pawilon Wu Di."

Naprzeciwko świątyni odkryłam niewielkie muzeum upamiętniające wizytę cesarskiego komisarza Lin Zexu w Makau 3 września 1839 (w okresie panowania cesarza Dao Guang). Celem wizyty było zagwarantowanie zakaz handlu opium na terytorium administrowanym przez władze portugalskie i portugalskiej.

Kolejne zdjęcia uświadamiały mi jak mało wiem o wojnie opiumowej i jak zagmatwane potrafią być losy narodów.

Chwilę snuję się kolejnymi uliczkami, chowając za parasolką, ciesząc się chwilą, trochę na chybił-trafił skręcając w gmatwaninę zakamarków. Mijam kolejną świątynię, której nazwy i tak w życiu nie zapamiętam, zaglądam i fotografuję.

Ponieważ piję litrami wodę, soki i napoje z elektrolitami dość często szukam ubikacji. Trafiam na jakąś uczelnię, nie pytana przez nikogo o powód mojej wizyty znajduję wypaśną (tak jak cała, podejrzewam prywatna uczelnia) toaletę.

Nawet  tam działa klimatyzacja. Mycie rąk przeciągam ile się da, ale w końcu odważnie wychodzę na zewnątrz. O ile to możliwe stwierdzam jest jeszcze cieplej.

Kolejnym celem jest wzgórze Mong Ha, park i forteca.

 

Jak wyczytałam ścieżki wokół niego mają przypominać kwiat lotosu, a wzgórze oryginalnie nazywało się Wzgórzem Lotosu, lub Wzgórzem Kwiatu Lotosu. Aktualna nazwa pochodzi od nazwy wioski, która wiele lat temu usytuowana była na południowym zboczu wzgórza, a mianowicie: Mong Ha.

Wzgórze Mong Ha pozostawało niedostępne przez wiele lat ale dziki charakter obszaru został zachowany. Twierdza Mong Ha w dziewiętnastym wieku było ważnym stanowiskiem obrony, z widokiem na granicy Chin. Fort wyposażony był w magazyn z amunicją, obserwatorium i platformy z zamontowanymi karabinami Armstrong. Jedna ze ścieżek na wzgórzu  prowadzi do Centrum Ekologicznego - centrum nauki, które stara się wzbudzić zainteresowanie przyrodą ze strony dzieci i dorosłych. Dzieci są zachęcane do poznawania świata roślin. Prowadzone są zajęcia na których dzieci sadzą nasiona i obserwują proces ich wzrostu.  

Jest zielono i pachnąco.

W Macau, w przeciwieństwie do wielu miast kontynentalnych Chin nie czuć smogu. Świetna lokalizacja, bryza morska, sprawie że nawet tak duże zagęszczenie ludzi i aut nie powodują że nie ma czym oddychać.

Kolejne sfotografowane roślinki trafiają do mojej kolekcji. Duże nasłonecznienie i wilgotność sprawiają że mogę obserwować kwiaty i rośliny zupełnie inne niż w Polsce. Co ciekawe, owady których się obawiałam, na szczęście nie są bardzo uciążliwe. Wyjątkiem są komary, jakaś wyjątkowo paskudna odmiana, każde ugryzienie na moim ciele to duży siniak, wyglądam jakbym trenowała jakiś sport walki i miała słaby refleks.

Tym razem bez problemu trafiam do kolejnej świątyni .

Świątynia Kun Iam

„Kun Iam Temple jest najbardziej imponująca i najwspanialsza z trzech najbardziej znanych świątyń w Makau (dwie pozostałe to: A-Ma Temple – o niej napiszę następnym razem oraz dziś opisywana Lin Fung). Jej historia sięga już 1632, czasów dynastii Ming (1368 - 1644), posiada wiele podobieństw do starożytnych chińskich świątyń, ponadto jest również znana jako miejsce pierwszego chińsko-amerykańskiego traktatu, który został podpisany w 1844 r.”

Niedaleko znajduje się muzeum komunikacji, jednak celowo go omijam i kieruję się w stronę wzgórza i parku Guia. To całkiem spory (jak na rozmiary Macau) kompleks zieleni ze śliczną portugalską latarnią.

Zupełnie przez przypadek zaczynem zwiedzanie wzgórza w bardzo dogodnym miejscu – trafiam na kolejkę linową, którą z przyjemnością wjeżdżam na górę . To szybki i tani sposób.

Jedną z głównych ścieżek okrążam wzgórze mijając sprzęty do ćwiczeń.

 

 

Co ciekawe znajdują się one w bardzo wielu miejscach, korzysta z nich naprawdę sporo ludzi. Ostatnio podobne zaczynają pojawiać się w Krakowie. Taka siłownia pod gołym niebem to świetna sprawa. Ja ćwiczenie na nich darowałam sobie, jednak gdybym trafiła do Macau w innej porze roku podejrzewam że byłby to dla mnie ciekawy sposób na codzienną aktywność.

Docieram do południowej części wzgórza gdzie usytuowana jest piękna biała portugalska latarnia, jeden z głównym symboli Macau, kolejny fort, oraz kaplica zbudowana w 1622 roku. To zdecydowanie ”Must see” Macau, dla europejczyka zdecydowanie mniej ekscytujące, niż dla azjaty. Miejsce oblężone przez turystów. Cóż, ja wolałam zwiedzać miejsca dużo mniej uczęszczane.

 

Powoli kończę mój spacer, jak zwykle wstępując do kasyna, ale to temat na kolejny wpis.

 

16:29, kot_w_butach84
Link Komentarze (3) »
wtorek, 08 stycznia 2013
Trzy dni bez snu, dwie noce na lotniskach - czyli mój powrót z Azji

Usiadłam na środku pokoju w kraju w którym spędziłam dwa miesiące. Usiadłam i załamałam ręce, bo nijak nie mogłam sobie wyobrazić, że wszystkie moje pamiątki z Macau wraz z przywiezionymi rzeczami uda się wpakować do jednej walizki i jednego plecaka na laptopa. Poznana Niemka rozsądnie doradziła, żebym wyrzuciłam trochę swoich niepotrzebnych rzeczy tym samym robiąc dodatkowe walizkowe miejsce. Rada przednia jednak nie dla osoby, która na wyjazd, tak, zgadza się z czystej próżności, zapakowała najlepsze ubrania. Regularnie zaczęłam upychać: rajstopy (nie wiedzieć po co zapakowane do kraju tropikalnego), kałamarnice, koszulki, raki w sezamie, sukienki: sztuk wiele, groszki wasabi, podręczniki do nauki języka angielskiego - w wolnych chwilach (przez dwa miesiące nie udało się takich znaleźć), tony ulotek z przeróżnych świątyń, chińską wódkę sztuk dwa (bardziej przypominającą rozpuszczalnik niż napój pity dla przyjemności). Szybko ubywało miejsca w bagażach, a rzeczy na podłodze, łóżku, szafkach jakby wciąż było tyle samo. Po kilku godzinach skomplikowanych obliczeń matematycznych, dopasowywania na zasadzie puzzli skarpetek do kształtu butelki napoju ryżowego, spojrzałam na swoje dzieło: walizka: sztuk raz, plecak: sztuk raz, torebka i dwie siatki. Nijak nie chciało być inaczej. Zapobiegawczo zapakowałam do siatek jedzenie, w razie czego planując że będę tłumaczyć, że to na drogę. Kontrolerzy będą musieli uwierzyć, że jestem w stanie zjeść te kilka kilogramów jedzenia podczas dwóch lotów.

Znajomy z pracy zamówił taksówkę. Opuszczałam miejsce w którym zostawiłam kawałek siebie. Kraj który udowodnił mi, że dam sobie radę, że jestem dzielna, otwarta, samodzielna. Pokazał, że w Azji też żyją ludzie, maja marzenia, plany. Te kilka informacji które przed wyjazdem zdobyłam na temat kraju do którego leciałam niewiele miały wspólnego z rzeczywistością. Codziennie życie zweryfikowało, zmusiło mnie do stworzenia własnego opisu Macau. Bardzo subiektywnego, ale podpartego wieloma godzinami rozmów z osobami z pracy, mieszkańcami Macau, Hong Kongu i Chin Kontynentalnych.

Jednym z trzech mostów łączących Tajpę z Macau dojechaliśmy do portu promów  TurboJET pływających pomiędzy Macau i Hong Kongiem. Stanęłam w kilometrowej kolejce słuchając ostatnich informacji, rad i przestróg, odebranie wcześniej zarezerwowanego i zapłaconego biletu wydawało się być formalnością. Pani spojrzała na mój paszport, bilety lotnicze i wydrukowany bilet i stwierdziła, że nie mogę płynąć tego dnia do Hong Kongu. Dalszych tłumaczeń nie zrozumiałam. Były one w tej odmianie angielskiego z którą nawet rodowity Anglik miałby problem. Spytałam kolejny raz dlaczego nie mogę jechać dziś skoro mam kupiony bilet. Z chińsko-chińskiego z domieszką angielskiego nie zrozumiałam nic. Mój towarzysz podróży w swoim języku zaczął rozmawiać z panią. Po 15 minutach wiedział i próbował mi to wyjaśnić normalnym angielskim. Okazało się, że moja linia lotnicza nie dogadała się z TurboJETem żeby on transportował pod swoją opieką bagaże podróżnych. Słowem: nie mogłam nadać noc wcześniej bagaży na lot dnia następnego. Wyjścia były dwa:  płynąć rano, a to odpadało ze względu ze mogłabym nie zdążyć na lot, płynąć do innego portu w Hong Kongu (początkowo miałam płynąć do portu koło lotniska) a stamtąd wziąć taksówkę, nią dojechać do stacji kolejowej, złapać pociąg Airport Express i nim, sama opiekując się swoimi tobołami w końcu, okrężną drogą dopłynąć na terminal.

W Hong Kongu znalezienie kogokolwiek mówiącego po angielsku jest dziecinnie proste. Pan sprzedający bilety perfekcyjnym Englishem odpowiada na wszystkie pytania. Taksówkarz kasuje ustalona wcześniej – po angielsku – cenę.

Z perypetiami ale wyjątkowo szczęśliwa docieram na gigantyczny terminal lotniczy Hong Kong. Szybko znajduję dogodną do spędzenia nocy miejscówkę z kontaktem do podłączenia laptopa. Wcześniej u pań dowiaduję się, gdzie będzie odprawa mojego samolotu. Przede mną pierwsza  z dwóch nocy na lotnisku. Już o północy wszyscy śpią, beztrosko zostawiając bagaże, torebki, czasem nawet telefony komórkowe samopas. Jest cicho, spokojnie, przyjemnie. Internet działa sprawnie, wreszcie jest czas, żeby pogadać z przyjaciółmi, poukładać sobie kilka rzeczy w głowie.

Na kolejnym lotnisku - Moskwa-Szeremietiewo ani możliwość rozmyśleń, ani dostęp do Internetu nie cieszy. Po dwóch dniach bez snu jestem wręcz nieprzytomnie śpiąca. Sekunda nieuwagi i głowa leci, oczy zamykają się błagając o sen. 10 godzin lotu z Hong Kongu do Moskwy bardziej mnie wymęczyło niż pozwoliło się zrelaksować. Gdy już czułam że zaraz usnę, wlecieliśmy w strefę nad Mongolią i przez bile 3 godziny samolot udawał wagonik diabelskiego młyna. Byłam tak zmęczona, że nawet nie wpadłam na pomysł, żeby się wystraszyć. Na lotnisku w stolicy Rosji miałam spędzić 17 godzin i nijak nie wiedziałam jak uda mi się przeżyć tyle godzin. To był koszmarny czas. Zwiedziłam wszystkie sklepy strefy bezcłowej, pomalowałam paznokcie (każdy w innym sklepie), obwąchałam perfumy po raz kolejny dochodząc do wniosku, że moje otrzymane w prezencie od K pachną najpiękniej. Byłam głodna, było mi niesamowicie zimno – te kilkanaście stopni, które było w Moskwie było temperaturą o dwadzieścia niższą niż w Azji. Pierwszy raz poczułam, że będę tęsknić, za opętańczo gorącym latem Macau. Umyłam kilka razy zęby, obeszłam jeszcze kilka razy terminal i prawie zaczęłam wyć ze zmęczenia. Byłam pijana z niewyspania, marzyłam o domu, łóżeczku, prysznicu – pachniałam jak żul. Ta śpiąca część mnie cieszyła się że zobaczy bliskich, ale moimi zmysłami rządziły potrzeby pierwszego rzędu, był nim SEN.

Jako jedna z pierwszych odprawiłam się na lot do Krakowa, Wstające słońce pięknie zaglądało w okna, startujące i lądujące samoloty jak zabawki unosiły się i opadały zdawałoby się bez trudu. Lęk przed lataniem spał, nie czułam żadnego strachu, co to jest lot z Moskwy jak ja przeleciałam nad Mongolią z jakimiś tornadami?? Oczami wyobraźni widziałam siebie nie muszącą bać się o zawartość torebki, dwóch siatek i plecaka pasażerkę samolotu Moskwa-Kraków ŚPIĄCĄ.

Radośnie wfrunęłam na pokład oceniając że jest szansa, że będę siedziała sama bo jest niewiele osób. Radośnie czekałam na start gdy radosny Rosjanin zapytał czy kolo mnie jest wolne miejsce. Co miałam zrobić, mniej radośnie powiedziałam że jest. Następne trzy godziny spędziłam, zadziwiająco elokwentnie, co zwykle włącza mi się gdy się napiję na niesamowicie gramatycznej rozmowie po angielsku z miłym moskwiczaninem.  

Szczęśliwa rodzina wraz z K na wyścigi zaczęli mi opowiadać co czeka mnie do jedzenia na obiad w domu. Swoje menu planowałam już od miesiąca, nie mogąc się zdecydować, czy chcę rosołek czy może pomidoróweczkę. Nie chciałam za to ryżu.

Każdy z członków mojej rodziny wziął jakąś sztukę bagażu dziwiąc się jak ja to wszystko dotargałam, widząc ich uginających się pod tymi ciężarami sama zaczęłam się sobie dziwić. W domu wtuliłam się w psie futerko, dosłownie wlałam w siebie rosół, zaskoczony brakiem ryżu żołądek wpierw chciał zaprotestować ale chyba usnął, jeszcze trochę zabawiałam wszystkich rozmową, a później padłam i spałam 24 godziny sama nie wiedząc która jest godzina. Byłam w domu :-)

21:07, kot_w_butach84 , Kot w Macao
Link Komentarze (44) »
piątek, 17 sierpnia 2012
Wyprawa do chińskiej stołówki

Wyszłam głodna z mieszkania, echo odchodzącego tajfunu Kai Tak wciąż było odczuwalne pod postacią przyjemnych podmuchów CHŁODNEGO wiatru, zachmurzonego nieba. Niezrażona wcześniejszymi złymi doświadczeniami udałam się do stołówki pracowniczej w głowie układając prawdopodobne menu. Pan przyzwyczajony do osób nie-mówiących po chińsku grzecznie wyszedł z swojego kantorka – czekał na moje zamówienie, które powinnam wskazać palcem. Chwila zastanowienia i w przypływie odwagi zdecydowałam się na coś brzmiącego jak zapiekany ryż z kurczakiem. Z otrzymanym kwitkiem potwierdzającym uiszczenie opłaty udałam się do miejsca gdzie kilka osób szykowało obiad wkładając rzeczy do mikrofali. Zapiekany ryż z kurczakiem chwilę podgrzewał się w maszynie aby z plasknięciem wylądować na mojej tacce. Wciąż pełna dobrych chęci, choć odrobinę mniej odważna udałam się w poszukiwanie wolnego stolika i pierwszy raz uważniej przyjrzałam się zamówionemu obiadkowi: metalowa miska z ryżem na który ktoś zbyt obficie, zapewne z dobroci serca, wylał sosopodobną maź koloru żółtego z utopionymi w niej kawałkami całego kurczaka (łącznie ze skorą, kośćmi i cholera wie czym jeszcze) kilkoma zielonymi groszkami i pokrojoną w kratkę marchewka. Zaczęłam z uporem górnika przekopywać się przez zawiesiste pyszności aby dostać się do ryżu. Mój sposób jedzenia nie był apatyczny wiec rozglądnęłam się dookoła w poszukiwaniu zniesmaczonych marnotrawstwem jedzenia spojrzeń. Dwa stoliki dalej siedziała samotna Chinka, która karkołomna czynność wykonywała z równie pracowitym zacięciem. Niepodglądana przez nikogo – oprócz mojej osoby oczywiście – przeczesywała własny talerz w poszukiwaniu JEDZENIA od czasu do czasu tylko biorąc do ust coś zgrabnie za pomocą pałeczek. Jako że te kilka ziarenek ryżu nie oblepionych wyśmienitym sosikiem, które udało mi się wyłowić z własnej “miski ryżu” nie zaspokoiły mojego głodu po raz drugi udałam się do pana z kantorka i poprosiłam o Hot coffee. Większość napojów w Macau dostępne jest w dwóch wersjach (czasem trzech, ale zwykle i tak jest to coś pomiędzy, zimnym, letnim i odrobinę ciepłym) cold i hot. Nieraz wersja hot różni sie tym od cold że nie posiada wrzuconego do niej lodu.

Na migi poprosiłam o kawę hot i stanęłam w kolejnej kolejce. Pani chlupnęła do mojego kubka mało białe - zapewne mleko (domyśliłam się inteligentnie) a następnie dopełniła brunatna cieczą będącą (miałam nadzieję) kawą. Szybciutko wróciłam do stolika, gdzie zostawiłam moje jedzonko. Oczywiście nikt przy zdrowych zmysłach nie zainteresowałby się moim talerzem, jednak bałam się ze sprzątająca malutka (130cm) pani pomyśli ze skończyłam. Kawa o kolorze niepokojąco podobnym do wody, którą niziutka pani używała do mycia podłogi, patrzyła na mnie. Pierwszy (ani następne też nie) łyk stawiającego-na-nogi napoju nie przekonał mnie ze pije coś, co choć w minimalnym stopniu przypomina kawę. Wciąż głodna znalazłam kolejne kilka ziarenek ryżu, tym razem bardziej oblepionych dziwnie słodkawym sosem, popiłam woda ze ścierki i wróciłam do obserwowania innych współcierpiących. Grupa czterech mężczyzn zajętych rozmową bez zastanawiania zmiatała wszystko z talerzy. Uważny obserwator mógł zwrócić uwagę że od czasu do czasu któryś z nich krzywił się nieznacznie, dyskretnie wypluwał nie chcę wiedzieć co i wracał do rozmowy. Samotna, szczupła Chinka widać najadła się za wsze czasy bo wolnym krokiem (zapewne z głodu, bo nie z przejedzenia) udała się do wyjścia. Kolejne przekopywanie talerza w poszukiwaniu jedzenia było bezcelowe, zmusiłam się do wypicia jeszcze dwóch łyków brunatnej wody i także zaczęłam zbierać się do wyjścia gratulując sobie w duchu że i tak zjadam całkiem dużo. Udałam się do pracy gdzie współpracownik poczęstował mnie sprasowanymi glonami z wasabi (pierońsko ostre ale smaczne) i dziwnymi chrupkami z carry (pycha). Nawet suszona meduza, którą dostałam od niego ostatnim razem wydawała mi się w obliczu dzisiejszego lunchu jakby smaczniejsza. Pojedzona odpaliłam program i zabrałam się do pracy.



11:52, kot_w_butach84 , Kot w Macao
Link Komentarze (15) »
wtorek, 07 sierpnia 2012
Jak się bawią chińczycy?

Jak się bawią chińczycy? Chińczycy śpiewają. Zapamiętale, z przyjemnością, ukontentowaniem. Podczas gdy europejczycy tańczą, skaczą od klubu do klubu, nasi wschodni dalecy sąsiedzi wolą wydzieranie się do mikrofonu. Dla skrzywdzonego sąsiadką wiolonczelistką kota w butach jest to zabawa wyjątkowo niezrozumiała. Jak bardzo - przekonałam się dziś. Właśnie wróciłam, u mnie 3 nad ranem, obawiam się, że chińskie melodie na długo zostaną mi w głowie. Nie spodziewałam się, że można tak unieszczęśliwić moje uszy. Udało się. Nie żałuję, ale raczej nie dam się namówić na replay. Angielskie teledyski nie wiedzieć czemu miały zmienione tło wideo, po ekranie hasały jakieś niewiasty z wczesnych lat 80-tych wdzięczące się do kamery, wymachując czym mogły (tyle, że zgrabne były, męska część widowni na pewno doceniła). My heart will go on śpiewane z chińskim akcentem dało się przeżyć, ale lokalne mega przeboje, coś jak nasze disco polo były małym koszmarkiem. Kot w butach został zakrzyczany.

Chińczycy śpiewają. Bez problemu można znaleźć specjalne boksy z mikrofonami, monitorami
świetnym nagłośnieniem.

Chyba puszczę sobie jadą wozy kolorowe, lepiej na brackiej pada deszcz, może jakoś
usnę bez koszmarów.

Welcome in China ;-)

21:04, kot_w_butach84 , Kot w Macao
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 30 lipca 2012
Macau - świątynia Tin Hau (Tin Hau Temple)

Kot obudził się skoro świt, zerknął na zegarek, 11, czas wstawać, wystawił łapkę za okno, poczuł swąd spalonego futerka, uf, dość ciepło, raczej zrezygnuję z dodatkowej pary rajstop i zaczął zbierać się na wyprawę. Uważnie przestudiował  mapę mając nadzieję, że wysiądzie tam gdzie zaplanował. Ubrał najlżejszą z możliwych sukienek, która biorąc pod uwagę lejący się z nieba żar, w połączenia z wilgotnością 90% dawał wrażenie pracującej na pełnych obrotach sauny. Zjadł obfite śniadanie: płatki owsiane z Chin kontynentalnych, polane mlekiem z Nowej Zelandii (to jedno z tych tańszych i tak pierońsko drogich, ale przypominających mleko płynów) z dosypanymi suszonymi owocami mango z Tajlandii. Pożywne, zdrowe śniadanie, które nieraz zastępuje kotu w butach lunch obiad i kolację pewnie niedługo będzie wywoływać odruch niemający nic wspólnego z „yummy”, jednak zdesperowany futrzak musi coś jeść. Mówiąc otwarcie: nie smakuje mi kuchnia w Macau. Pewnie gdyby założyć budżet przeznaczony na obiad 3 krotnie większy, pozwalający na żywienie się hotelu Lisboa zapewniłoby to obiadek godny kociego podniebienia. Niestety takiego budżetu nie ma, czasem tylko wpadnie na ruszt coś smaczniejszego. O jedzeniu tutaj będzie osobny, bardzo subiektywny wpis. Dziś o wyprawie do świątyni Tin Hau, kościoła świętego Francis Xavier, świątyni Tam Kung (oczywiście sprawdzam z mapą, w życiu nie nauczę się tych nazw).

Wskoczyłam do jakiegoś autobusu jadącego w stronę Coloane, czyli południowej części wyspy Taipa, wreszcie mogłam złapać oddech. Praktycznie wszędzie: w środkach komunikacji, sklepach, bankach, firmach, aptekach jest działająca sprawie, czasem nawet zbyt sprawie klimatyzacja. Podczas gdy na zewnątrz jest jakieś 100 stopni w cieniu, tak w autobusie spokojnie można narzucić na siebie sweter i się nie przegrzać. Początkowo od tych ciągłych skoków temperatur bolało mnie gardło, teraz przyzwyczajam się powoli i do zimna w autobusach i gorąca wszędzie na zewnątrz. Zaczęłam nawet doceniać parasolkę używaną w słoneczny dzień. Obowiązkowo okulary przeciwsłoneczne.

Co ciekawe, podczas gdy kot w butach powłócząc łapa za łapą, przemyka między klimatyzowanym sklepem, klimatyzowanym autobusem i niestety nieklimatyzowanymi ulicami, śliczne jak z obrazka Chinki kroczą dumnie czasem na obcasach (zawsze jednak bardzo gustownych i niewyzywających), nierzadko w spodniach (co w obliczu piekiełka na zewnątrz wydaje się torturą) czasem w swetrze (!!!!), marynarce (!!!!!!), pełnym (ale nie mocnym) makijażu. Makijaż kota w butach spływa z kocich oczek jakieś 10 metrów po wyjściu na zewnątrz. Po kolejnych 10 futerkowiec czuje jakby prysznic brał co najmniej tydzień temu. Uczucie, że każdy radzi sobie lepiej z upałem niż ja nie opuszcza mnie odkąd tu przybyłam. Postanowiłam przestać się przejmować, bo liczenie, że zrobi się chłodniej to czekanie na zimę, która tutaj ma mocno powyżej 10 stopni na plusie.

Wpełzłam do autobusu płacąc za przejazd „MACAUpass” klapnełam koło Chinki w średnim wieku i zaczęłam się zastanawiać w jaki sposób wyjaśnić jej, żeby wskazała mi gdy będzie mój przystanek. Wyjęłam obie moje mapy i najłatwiejszym angielskim, jaki znam poprosiłam, żeby wysadziła mnie na ścieżce do świątyni. Niestety żadna z dostępnym przeze mnie map nie posiada nazw przystanków. Pani dość szybko „złapała” co mam na myśli, rozsądnie zauważając, że chce wysiąść przy zoo z pandami.  Do zoo z racji przekonań się nie wybierałam, jednak rzeczywiście, to wydawało się być w okolicach. Wysiadłam i zalała mnie oszałamiająca fala gorąca. No moment straciłam oddech myśląc, że to będzie ciężki spacer. Był.

Zaczęła się mozolna wspinaczka asfaltową drogą pod górę. Z założenia drogą przeznaczoną na auta, bo podejrzewam, że żaden desperat, oprócz jednego, nie wpadł na pomysł, żeby pokonać te kilka kilometrów piechotą. W polskich warunkach byłby to niedzielni, poobiedni spacerek, w warunkach Macau, była to wspinaczka na Mount Everest co najmniej. Od czasu do czasu tylko rzucany przez zniszczone przez tajfun drzewa cień pozwalał na chwile odpoczynku połączone z popijaniem kończącej się wody do picia. Po piętnastu minutach zdesperowanego futerkowa minął samochód na chińskich rejestracjach, który po chwili zatrzymał się a z niego wychylił się starszy pan pytając „po swojemu” czy podwieźć, czy koci turysta na pewno idzie na górę PIECHOTĄ. Kot w butach dzielnie odparł „No, thanks so much!” kłaniając się w podzięce za propozycję, gratulując sobie hartu ducha, ostrożności, zaradności, odpowiedniego podejścia do bezpieczeństwa samotnej kobiety w obcym kraju, nie rozmawiania z obcymi… Gratulował sobie tego jeszcze przez jakieś 5 sekund, jednak widząc tył wypasionego samochodu, z KLIMATYZACJĄ, na chińskich rejestracjach poczuł, że może niebyła to najmądrzejsza decyzja. Godzinę później, gdy dotarł na miejsce, kot w butach WIEDZIAŁ, że NIE była to dobra decyzja. Kot w butach wyglądał jakby wyszedł z morza.

Jednak nic nie było w stanie przysłonić radości, gdy dzielny wędrownik zobaczył świątynię Tin Hau (odnośnie pisowni: często zdarza mi się, że jedna i ta sama świątynia nazywana jest ciut inaczej, tutaj na przykład znalazłam dwie wersje Tian Hau i Tin Hau, nie mam pojęcia, z czego to wynika).

Nie zważając na zalewający twarz, ręce, szyje tułów, nogi (ok., daruję sobie szczegóły) pot obfotografowałam i świątynie i statuę. A oto zdjęcie, z których jestem bardzo dumna:

 

Jutro ciąg dalszy, u mnie już późno w nocy, w Europie ledwo popołudnie. Kot w butach włączył klimatyzację na 30 (!!) stopni, upaja się ZIMNYM powietrzem lecącym z klimatyzatora, zajada się soczystym mango, popija ohydną wodę mineralizowaną (to kolejny temat na wpis) i już planuje następną wyprawę.

Ciąg dalszy: czyli wyprawa do Coloane Village oraz ofiarowanie wody dla kota w butach w świątyni Tam Kung wkrótce.

Pozdrawiam serdecznie

Kot w Macau



19:07, kot_w_butach84 , Kot w Macao
Link Komentarze (14) »
wtorek, 24 lipca 2012
Tajfun Vincent w Macao

Ostatnie dwa dni, a właściwie głównie poprzednia noc, uświadomiły mi jeszcze dobitniej, że zmieniłam strefę klimatyczną, kontynent a co za tym idzie także powinnam zwracać większą uwagę na zagrożenia. Tak o tajfunie mowa. Kto ogląda choć minimum telewizji, czyta wiadomości lub słucha radia mógł dziś usłyszeć (jak mi doniesiono z Polski) informację o spustoszeniach jakie dokonał zeszłej nocy Tajfun Vincent. Początkowo z czystej ciekawości śledziłam informacje na temat zbliżającego się Vincenta. Później popłynęłam do Hong Kongu i zagrożenie stało się realne. W przypadku silnego wiatru lotniska, promy, Turbo Jet (ferry pływający pomiędzy HK a Macau) są
odwołane. Mosty zamknięte, ludzie nie chodzą do pracy. Uwięzienie nawet w tak pięknym miejscu nie uśmiechało mi się. Skróciłam mój weekend w Hong Kongu i w poniedziałek zamiast dalej zwiedzać, (bo zwiedzania to tam jest na kilka miesięcy!) udałam się do pracy, gdzie co chwile odświeżałam stronę z wiadomościami na temat trasy tajfunu. Początkowo proponowana droga dość znacznie omijała Macao, po pewnym czasie Vincent zdecydowanie skręcił kierując się dużo bardziej zdecydowanie w moje okolice. Suma summarum wczoraj w nocy mieliśmy 9 stopień
zagrożenia (w 10-cio stopniowej skali).

Stopień 1 (No.1) to lekki wiatr, no może nie bryza, ale coś takiego możemy spotkać w Polsce.

Stopień 3 (No.3) bo nie ma stopnia 2, to silniejsze podmuchy wiatru.

Stopień 8 (No.8) znów omijamy 4,5,6,7, to bardzo silny wiatr, zamykane są szkoły, mosty, nic praktycznie nie pracuje.

Stopień 9 (No.9) jak łatwo sobie wyobrazić to masakra. Wieje okropnie, przewraca drzewa, niszczy niezabezpieczone rzeczy.

Stopień 10 (No.10) to silniejsza odmiana No.9. Tworzą się ogromne fale, wyrywane są drzewa, jak to określiła moja koleżanka, która mieszka w Hong Kongu w wieżowcu na 22 piętrze, wygląda to jak koniec świata.

W przypadku stopnia No.8 i większego nakazane jest pozostanie w domu, szczelne zamkniecie okien, drzwi.

Przyznam, że sama nie wiedziałam jak się to rozwinie, tak przeraźliwie wyło, bałam się, że Vincent skręci jeszcze bardziej w moim kierunku i uderzy centralnie w miasto. Niby żartowaliśmy, że podobno w oku tajfunu jest cicho, więc nie byłoby tak źle, ale sądzę, że były to raczej żarty odrobinę na wyrost.

Wszystko dobrze się skończyło (przynajmniej dla mnie, wiadomości podają, że sporo osób ucierpiało), to było ciekawe doświadczenie oglądać to „od środka”, choć myślę, że bez tej wiedzy mogłabym się spokojnie obejść.

19:41, kot_w_butach84 , Kot w Macao
Link Komentarze (5) »
wtorek, 10 lipca 2012
Kot leci do Azji

Ostatnia noc przed wylotem, kot w butach leci do Azji a konkretnie do Macao. Gdy kilka miesięcy wcześniej koci znawca mapy dostał propozycje tego egzotycznego wyjazdu pomyślał: okolice Arabii Saudyjskiej? Może być. Dopiero po przestudiowaniu Google.pl odkrył, że Macao znajduje się naprzeciw Hong Kongu i jest byłą kolonią portugalska. Rodzina Futerkowca nie była bardzo zaskoczona, wiedziała, że zdesperowany kot szuka możliwości zdobycia doświadczenia zawodowego. I choć wydatki na egzotyczną wyprawę podwoiły się w stosunku do założonych, choć całość wymagała wielkich przygotowań, wielu mailu wymienionych z pracodawca, różnymi organizacjami i prywatnymi osobami, to koci odkrywca nie żałuje (jak na razie).

Jutro wielki dzień. Lot do Moskwy, skąd kolejnym samolotem bojący się latania koteczek uda się do Hong Kongu żeby tam wsiąść na mam-nadzieję stabilny prom-statek. Karkołomna wyprawa, wiele godzin zdecydowanie-za-wysoko nad ziemią.

Mam nadzieję, że warto, że będzie to ciekawa przygoda, nie napiszę, że życia bo brzmi to tak jakby już nic ciekawszego miało mnie nie spotkać. Mam wiele oczekiwań, obaw, wszystko w miarę możliwości opiszę.

Dbajcie o siebie i trzymajcie kciuki.

Kot wyrusza na podbój Azji.

Bye bye ;-)

czwartek, 28 czerwca 2012
Amazon Kindle 3G

Z zamiarem kupna Amazon Kindle nosiłam się od pewnego czasu, dopiero perspektywa dwumiesięcznej książkowej abstynencji przyśpieszyła decyzję. Nie jestem wielką fanka tego typu gażdżetów, jednak zdaję sobie sprawę, że w przypadku dalekiej podróży, gdy bagaż waży 20 kg nie można zabrać 30 kg książek. I oczywiście, że przyjemniej czyta się książki papierowe, że miło przewracać kolejne kartki, trzymać w dłoni. Ba! Nawet  zapach książki jest na jej korzyść w stosunku do elektronicznego urządzenia. Mój wybór był prosty – albo czytnik książek albo maksymalnie jedna książka czytana na okrągło przez dwa miesiące. Średnia przyjemność. Innym miłym dodatkiem AmazonKindle jest słownik angielsko-polski, który niechybnie będzie mi w Azji potrzebny. No i Internet, ponieważ wybrałam wersję 3G + wifi.

Obsługa czytnika jest intuicyjna, jeśli ktoś ma problemy, w sieci można znaleźć wiele bardzo pomocnych stron tłumaczących „jak to hula”. Poręczny, lekki, Internet może nie szaleje (przecież to nie jego funkcja) ale daje radę, trochę mam problem z gmailem, jeszcze muszę doczytać na mądrzejszych stronach jak to obejść. Jestem zadowolona, mam nadzieję, że pomoże  spędzić mi noc na lotnisku w Moskwie i zminimalizuje zespół książkowych odstawień.

A oto zdjęcie:

 

10:23, kot_w_butach84 , kocie czytanki
Link Komentarze (16) »
wtorek, 26 czerwca 2012
Weselne przygody

Na wesele brata mojego K szykowaliśmy się od dawna, sądząc, ze zawczasu zaczęte przygotowania udaremnią dziwne niespodzianki. Nic bardziej mylnego. Zeszła sobota była dla nas dniem świra, czuliśmy się jak w komedii z Jasiem Fasolą (to jedne z niewielu komedii które mnie śmieszą). Znajomi, którzy również wybierali się na wesele zapowiedzieli swoje przybycie (stwierdziliśmy że branie naszego Kubusia na wesele może zaskutkować tym, że się na nim w ogóle nie pojawimy) po nas na 10.30. Mówiąc otwarcie – o 10.30 byliśmy w proszku. Jednak nasz chytry plan polegający na maksymalnym wydłużeniu czasu spania i zminimalizowaniu czasu potrzebnego na przygotowania zakładał wersję awaryjna czyli makijaż, układanie włosów, nakładanie lakieru na wszystkie kocie pazurki - w aucie. Pasażerowie pociągów, którymi koci pracownik zeszłego roku często jeździł do Opola nieraz widzieli podobne akrobacje. Dzień przed weselem, czyli na ostatnią chwile, wybrałam się do sklepu w poszukiwaniu weny odnośnie sposoby podkreślenia kocich oczek i pazurków. Pani makijażystka była bardzo zaskoczona kocią ignorancją odnośnie dobierania koloru paznokci do koloru sukienki i butów (dobrze, że nie widziała torebki, kot w butach nie posiada torebek kopertówek z prostej przyczyny – są one stanowczo za małe. Wszystkie torebki – sztuk jedna – są ogromne, mogą spokojnie służyć za walizkę na tydzień urlopu w kraju o zmiennej pogodzie). Dowiedziałam się, że malowania paznokci lakierem dokładnie w odcieniu sukienki i butów (po 15 minutach udało się ustalić, że jest to czerwień z domieszką różu) jest absolutnie niedopuszczalne. To towarzyskie „fo pa”,  które dumny ze swoich pomysłów koci weselnik chciał popełnić było zamachem na zwyczaje weselno-odzieżowe. Po kolejnej pół godzinie spędzonej w sklepie (w tym czasie K zdążył dwa razy zadzwonić z pytaniem czy wszystko ok.) kot w butach wyszedł z domalowanymi brwiami (pani była oburzona że kot w butach, który dość dumny jest ze swoich ciemnych rzęs i brwi nigdy ich nie maluje - specjalną kredką do brwi – kredka do oczu jest niedopuszczalna!!), lakierem o ton ciemniejszym niż sukienka (w domu okazało się, że jednak źle opisałam kolor sukni i lakier jest dokładnie IDEALNIE w odcieniu kociego wdzianka – no ale tego pani makijażystka nie widzi), 3trój barwnymi cieniami do powiek – i zwyczajna czarną kredką.

Gdy o 10.40 nie było naszych znajomych kot w butach wpadł na pomysł że dość dawno nie regulował brwi, oczywiście pensetke dzieli wzięli i K pognał w poszukiwaniu produktu pierwszej potrzeby. W tym czasie dość wolno (przyznam) zbierałam się do makijażu oczy. Jako, ze jechaliśmy aż za Leżajsk planowo ubraliśmy się w stroje wycieczkowe – szorty i koszulki a weselne łaszki zapakowaliśmy do plecaka. O 11.15 zaczęliśmy się już niepokoić, kot w butach z wrażenia wymalował oczy i paznokcie, wyregulował brwi, nałożył nawet lekki róż na policzki (który gdzieś w okolicach Tarnowa dawno spadł). O 11.20 przyjechali znajomi tłumacząc się przepraszająco, że dziecko nie dało się ubrać. Dziewczynka rozbrajającym tonem stwierdziła do nowej cioci – czyli mnie – że była niegrzeczna i ma karę. Była zachwycona z informacji i dumna z poświęconej jej uwagi. Pognaliśmy z włączonym CB radiem (unikaliśmy „Misiaczków”) w kierunku Leżajska. GPS wyznaczył drogę jakimiś objazdami, kilka razu utknęliśmy w korku, raz nawet jechaliśmy orszakiem weselnym mając nadzieję, że to nie ten którym powinniśmy jechać PO Mszy. Całe 3 godziny na przemian karmiłam, poiłam i odpowiadałam na pytania ślicznej trzylatki znajdując w sobie pokłady cierpliwości o które się nie podejrzewałam. W sytuacjach kryzysowych przypominających komedię zwykle mam świetny humor i tu też pod koniec drogi z żoną naszego kierowcy dosłownie płakałyśmy ze śmiechu. Gdy o 14.40 przejeżdżaliśmy pod kościołem w którym zaraz miał odbyć się TO ślub, widzieliśmy siostrę wysiadająca z auta wiedzieliśmy że jest ciutkę późno, nie mieliśmy wyboru, musieliśmy jechać dalej do hotelu przebrać się z króciutkich spodenek i ta samą drogą wrócić. Suma summarum na ślub dotarliśmy z 40 minutowym poślizgiem zdążając akurat na „przekażcie sobie znak pokoju”. Chwilę potem obdzierana ze skóry solistka zawyła Ave Maryyyyyja i ślub się skończył. Wsiedliśmy w autka i po raz drugi udaliśmy się do hotelu składać życzenia (jak zwykle brakło nam pomysłu co powiedzieć, a oko kamery przystawione do naszych twarzy nie ułatwiało zadania). Biegiem zjedliśmy obiad bo przecież to nie był jeszcze koniec naszych przygód. Kot w butach kupując sukienkę bez ramiączek nie przewidział, że stanik który obowiązkowo zakłada pod nią nie będzie się trzymał grzecznie pod sukienką. Czarny jak na złość (bo przecież nie miało było go widać) wystawał z każdej strony, zmuszając spoconego jak nieboskie stworzenie kota w butach do opatulenia się ciepłym swetrem. I tak podczas gdy każdy zdejmował co tylko mógł (w granicach rozsądku) kot w butach ubierał co tylko mógł aby koronkową bielizną nie szokować szanownych gości. Gdy tylko Para Młoda odtańczyła pierwszy taniec, co nie stanowiło dla nich problemu jako, że uczęszczali przez kilka lat na lekcje salsy (kot w butach wolał nie wyobrażać sobie swojego „pierwszego tańca”), orkiestra zapowiedziała biały walc kot w butach galopem udał się do pokoju hotelowego wziąść szybki prysznic i przystąpić do części właściwej czyli szycia. Po godzinie, ciągle rwących się nicach, wiedzieliśmy że i to nie pójdzie gładko i planowo. Dopiero potrójne nawlekane nitki stwarzało wrażenie, że misterna konstrukcja nie rozleci się podczas tańca. Gdy dwie godziny po białym walcu wróciliśmy na salę K. i kot w butach zostali przywitani uśmiechami pod nosem. Nic ze słodko bawiących się gości nie przypuszczał, że weselni uciekinierzy w pewnym momencie stwierdzili nawet, że oni to chyba już w ogóle nie przyjdą, bo te nici nigdy nie zszyją czerwonej kreacji.

Ciąg dalszy wesela był bardziej przewidujący, jeszcze jedna wyprawa do pokoju – zmiana potarganych rajstop. W biegu zjadaliśmy przynoszonej potrawy, wypiliśmy masę pysznego winka, przetańczyliśmy kilka tańców i padliśmy. Wesele się zakończyło. Aż strach pomyśleć jak będzie wyglądać nasze.

poniedziałek, 21 maja 2012
Zamek Toszek, Jezioro Pławniowice i Pałac Pławniowice - czyli cudze chwalicie a swego nie znacie.

Mieszkańcy Opolszczyzny wygrali los na loterii – mieszkają w przepięknej okolicy. To oczywiście moje subiektywne zdanie, K który bardzo cieszy się z naszego powrotu do Krakowa żartuje czasem, że jest tam za płasko. Ja byłam zachwycona, rower bez hamulców nie stanowił problemu. W modernizację ścieżek rowerowych wpakowano całą masę pieniędzy, bezkresne połacie lasu są świetnie oznaczone, na licznych skrzyżowaniach cyclo-tras nowiutkie tabliczki informują o możliwościach jakie dla nas przygotowano, są podane kilometry. Trudno się zgubić, trasy wyznaczone są z głową i widać że planowane są następne. Jeśli spędzałabym urlop w Polsce z dużym prawdopodobieństwem wybrałabym tamte rejony.

Osobom zmotoryzowanym polecam dziś trasę ToszekPławniowice jezioroPławniowice Pałac. Terytorialnie jest to już województwo Śląskie, jednak znajduje się o przysłowiowy rzut kamieniem od Opola. Trasy rowerowe akurat w tamtych okolicach są kiepskie (jeszcze) dlatego auto będzie lepszym wyborem.

Zapakowaliśmy kilka śniadań do naszego Kubusia – jak pieszczotliwie nazywamy nasz bolid, sporo wody i wyruszyliśmy. Ja wyposażona z dobrą mapę jak zwykle kierowałam naszą małą ekipą. O dziwo krakowskie rejestracje nie powodowały antagonizmu na drogach, jechało się spokojnie, jakoś kulturalniej niż w Krakowie. Bez problemu dostaliśmy się do Toszka, zaparkowaliśmy nasz środek komunikacji na rynku czujnie sprawdzając czy nie ma jakiś tabliczek zakazujących tego manewru. Fakt że było tam postawionych dwa tuziny innych aut nie uspokajał nas, wiadomo że krakusom najpierw wlepiono by mandat za nieprzepisowe zastawianie parkingu.

Obfotografowaliśmy ryneczek, zjedliśmy litr lodów na które namówił mnie K i ruszyliśmy na podbój zamku. Nie było to zbytnio trudne, nie trzeba było walczyć z tysiącami żołnierzy, przypławiać się przez fosę pełną aligatorów, zamek stał otworem, czekał na turystów. Wejście na dziedziniec nie jest zagrodzone kasą biletową, jedynie możliwość zwiedzania komnat jest płatne, ale z tego co pamiętam są to raczej symboliczne opłaty.  Piękna pogoda tak nas rozleniwiła, że o zwiedzaniu czyjś posprzątanych zapewne pokoi  nie było mowy.

 

 



Ładne odrestaurowane mury były doskonałymi modelami, robienie zdjęć było czystą przyjemnością. Zjedliśmy drugie śniadanie i wyruszyliśmy w dalszą drogę.

Zaparkowaliśmy Kubusia w Niewieszczach obok ośrodków wczasowych.



To dobre miejsce na przestawienie się z czterech kółek na dwie… nogi. Chwilę czasu zajęło nam odgadnięcie co jest „nie tak” z tą tablicą.

 

Zbyt troskliwy grafik umieścił północ na południu a południe na północy tak aby patrząc na mapę „widzieć” u góry to co ma się przed oczami. Ktoś kto to projektował chyba słabo wierzył w iloraz inteligencji turystów. Co ciekawe po drugiej stronie jeziora znaleźliśmy podobną tablicę

znów tak zaplanowaną aby szare komórki rozleniwionych turystów zbytnio się nie przegrzały próbując nie zgubić się w tym labiryncie z JEDNYM jeziorem.

 

 

Kilka osób taplało się w jeziorze, my podziękowaliśmy, mamy ograniczone zaufanie do tego typu zamkniętych zbiorników wodnych. Wybraliśmy relaks na plaży i spacer wzdłuż brzegu. Sprawnie dotarliśmy na drugą stronę jeziora Pławniowickiego i wyruszyliśmy w poszukiwanie pałacu w Pławniowicach. Wystarczyło przejść przez kanał Gliwicki, skręcić w lewo i nogi same poniosły w odpowiednim kierunku. To co zastaliśmy na miejscu przerosło nasze wyobrażenie.



 

 

 

 

Sądzę że to jeden z najpiękniejszych budynków jakie widzieliśmy. Zrobiliśmy chyba sto zdjęć zachwycając się głośno (może odrobinę zbyt głośno, ale stróż pilnujący tej piękności patrzył na nas bardzo przychylnym okiem), spacerując, spacerując, spacerując. Park, mały stawik i oczywiście pałac otoczone są murami które stwarzają wrażenie intymności i odpoczynku. Po raz n-ty cieszyliśmy się, że udało nam się wybrać na tą wycieczkę potwierdzając przysłowie „cudze chwalicie a swego nie znacie”.

Nasza super mapa poinformowała nas, że w Pławniowicach znajduje się jakiś stary, zabytkowy spichlerz. Skrzat  nie bardzo chciał współpracować, mam wrażenie, że bawiły go nasze poszukiwania.

 

Wydaje nam się, że znaleźliśmy, za ewentualną pomyłkę przepraszamy.



Robotnicy budujący coś obok byli dziko zainteresowani naszą małą grupką narwańców robiących zdjęcie dziwnej budowli.  Mój nasycony licznymi thrillerami umysł od razu wyobraził sobie okolice spichlerza gdzieś na planie „Sierocińca” czy innego dreszczowca. 

Chwile jeszcze popląsaliśmy po okolicach chcąc przedłużyć naszą piękną wycieczkę. Wróciliśmy tą samą drogą, nasze autko dzielnie czekało (tylko jakiś desperat - kolekcjoner połasiłby się na Kubusia). Właśnie tego typu sposób spędzania wolnego czasu są dla nas najcenniejsze. Jeśli będziecie w tamtych okolicach polecam spacer „ścieżką kota w butach”. Mnogość atrakcji pozwala odpowiednio do potrzeb zmodyfikować proponowaną przeze mnie trasę.   

 

 

środa, 09 maja 2012
Okolice Krakowa - wyprawa rowerowa szlakiem Dłubni

Proponowaną dziś przeze mnie trasę przebyliśmy 1,5 raza. Za pierwszym razem w połowie drogi wygoniła nas burza, która skradała się, straszyła granatem i pomrukami żeby pod koniec nie przyjść i śmiać się z dwóch rowerowych tchórzy. Za drugim razem aura była wyśmienita, stąd na niektórych zdjęciach widać diametralnie różne warunki pogodowe.

Nasze obie wyprawy zaczynaliśmy o nie typowej dla nas porze bo około południa. I rzeczywiście wystarczy wygospodarować kilka godzin aby tą trasę pokonać. Jako że znaliśmy już te okolice (ja znacznie dokładniej, a K jak zwykle zapomniał że już tam byliśmy, co w jego przypadku jest częste. Czasem śmieję się że moglibyśmy co roku jeździć w to samo miejsce a on i tak czułby się jak odkrywca), nie zatrzymywaliśmy się na długo celem kontemplacji. Wyprawa zaplanowana była na porządne przetrzepanie piórek i zrobienie kilku fotek, właśnie na użytek tego bloga. Takie przyjemne z pożytecznym.

Jeśli uważnie przestudiujemy mapę możemy zwrócić uwagę, ze część trasy prowadzona jest łąkami, ścieżkami wzdłuż Doliny Dłubni, część zaś ulicą. Nie należy się tego obawiać, ruch jest umiarkowany, kilka samochodów raczej przyzwyczajonych do widoku jednośladów potrafiło zachować się stosownie. Zwykle omijam takie spotkania, tu obyło się bezkolizyjnie, spokojnie, słowem – nie przeszkadzaliśmy sobie. Widzieliśmy z daleka – trudno ta trasę pod względem natężenia ruchu porównać z bulwarami wiślanymi gdzie założę się że czasem zdarzają się rowero-korki – rodzinkę z dziećmi.

Kolejnym dużym plusem tej trasy jest jej bliskość, mieszkańcy północnej części Krakowa mogą na nią wyskoczyć w każdym momencie.

Ponadto,  gdy brak stosownej tabliczki lub malunku na drzewie wyznaczających kierunek zwykle można zdać się na zdrowy rozsądek.

Warto wziąć butelkę wody, coś na drugie śniadanie, koc, po drodze spotkamy wiele miejsc, które zachęcać będą do urządzenia pikniku.

Startujemy  w okolicach Stawów w Zesławicach (ul. Morcinka zaraz za Osiedlem Piastów).

 

Mijamy je od strony torów i wjeżdżamy na czerwony szlak,

który poprowadzi nas Doliną Dłubni aż do Więcławic. Przejeżdżamy pod torami i trafiamy na asfaltową drogę wzdłuż pól i domów. Tylko kilka metrów a my już jesteśmy na wsi.

 

Przepraszam mieszkańców okolicznych willi, dla takiego mieszczucha jakim jest kot w butach te tereny są typowo wiejskie. Kawałeczek jedziemy prosto aż trafiamy do skrzyżowania,

które pokonujemy prosto.  Chwilę później jesteśmy pod Kościołem Św. Małgorzaty w Raciborowicach

Możemy tam oglądać ładnie zachowaną dzwonnicę drewnianą oraz kilka tablic informacyjnych, które skrzętnie obfotografowaliśmy obiecując sobie że przeczytamy je na emeryturze. Zgodnie z kilkoma tym razem strzałkami ruszamy na lewo serpentyna

docierając do jazu na rzece Dłubnia.

Niestety, co właśnie wyczytałam na Internecie ominęliśmy drewniany młyn. To dość zagadkowe bo wydaje się to budowla dość sporych rozmiarów. Na pewno to nadrobimy następnym razem.

Jako ciekawostkę dodam że szlak Dłubni nazywany jest Szlakiem Młynów.  Młyny zachowały się w następujących miejscowościach:

- Raciborowice

- Kończyce

- Młodziejowice

- Wilczkowice - dwa

- Iwanowice

- Sieciechowice

- Wysocice

- Małyszyce

- Imbramowice

Jeszcze tylko kawałek i wjeżdżamy w mój ulubiony odcinek trasy – dolinę Dłubni.

 

Jest zielono, czysto, pusto, cicho i relaksująco.

 

 



 

Niespieszenie pokonujemy kolejne kilometry żałując  że nie wzięliśmy koca. K co jakiś czas walczy z moimi hamulcami przy rowerze, a raczej ich braku. Niestety raczej nie uda się ich wskrzesić, naciskanie całą siłą na oba, przedni i tylni powoduje co prawda pewne zwolnienie jednak nawet przy dużej dawce tolerancji trudno nazwać to hamowaniem. Kot w butach ze stoickim spokojem tłumaczy K że w Krakowie jest prawie płasko, hamulce to luksus na który pozwoli sobie za rok, jako że budżet na ten rok został już kilkukrotnie przekroczony. Kolejne czółenka, piękna sukienka są znacznie ważniejsze niż jakieś hamulce, prawda? :-)

Po pewnym czasie wjeżdżamy do malowniczo położonych Książniczek,

przejeżdżamy przez nie aby znów skręcić w drogę wyłożoną kamulcami.



Nie zawsze jest ona komfortowa, czasem zmuszeni byliśmy zsiadać z rowerów i je prowadzić, tym bardziej że było trochę pod górę. To niesamowite, że wciąż przecież niedaleko od Krakowa można znaleźć miejsca w których nie słychać szumu aut, miejskiego hałasu.

W Zdziesławicach znów opony naszych rowerów natrafiają na jakiś bardziej cywilizowany szlak, jedziemy wygodnym asfaltem



podziwiając gust, a raczej anty-gust właścicieli okolicznych domko-willi.  Niektóre z nich aż krzyczą „zburzcie mnie”, ale to może ja mam jakieś spaczone poczuje stylu? Niech każdy mieszka jak lubi – dochodzimy do wniosku mijając wsiowe piękności.

Więcławice Stare pozwalają nam podziwiać drewniane zabytki, kościół Św. Jakuba Apostoła przystrojony w weselne kwiaty czeka na państwo młodych.

Nie jest to może drewniane cudeńko w stylu Ulucza jednak cieszy i oko i nos – niesamowicie wręcz lubię zapach starego drewna.

To nas ostatni przystanek, przed nami droga zielonym szlakiem prosto w objęcia Krakowa.



Sprawnie, bo droga jest pochyła pod korzystnym dla nas kątem (zjeżdżamy a nie wjeżdżamy) w pół godziny dojeżdżamy pod Stawy w Zesławicach.

Odrobinę opaleni, bo stosujemy dość mocne kremy z filtrem, dotlenieni, zdrowo zmęczeni omawiamy kolejną trasę licząc, że aura i wolny czas będą nam sprzyjać.

 

środa, 18 kwietnia 2012
"Latarnik" Camilla Läckberg i trochę kociej prywaty

O książce „Latarnik” Camilla Läckberg napisano sporo, nic dziwnego, to bardzo znana seria. Pierwsze kilkadziesiąt stron czytało mi się ciężko, w głowie szumiały informacje na temat wad tego odcinka serii. Z częścią z nich się zgadzałam (odnośnie zbytniego nagromadzenia dzieci na metr kwadratowy w powieści) a część z nim pewnie bym nie zauważyła gdyby nie wcześniej przeczytane recenzje. Żebyście nie pomyśleli ze neguję pisanie takich notek (przecież właśnie piszę kolejna, staram się nie piłować gałęzi na której siedzę!). Sadzę jednak że recenzje trzeba umieć czytać (że nie wspomnę o pisaniu), ja wzięłam je zbyt na serio. Następnym razem będę powściągliwsza.

Jednak gdy skupiłam się na tekście, odzyskałam przyjemność z czytania. Ze wstydem przyznam się, że gdzieś w połowie książki najpierw przeczytałam do końca historię żony latarnika (wybaczcie zapomniałam jak się ta dzielna kobieta nazywa) a dopiero później część właściwą. Całość podobała mi się bardzo. Opisana intryga była dla mnie zaskakująca, nie domyślałam się kto jest „tym złym”. Polecam!

------------------------------------------------------

Odnośnie tego co u mnie to trochę się dzieje, kot w butach lata po lekarzach zamiast kurować się w domku gania jak kot w pęcherzem próbując postawić się na cztery łapy. Cel jest ważny, w wakacje koci odkrywca wyrusza w daleką podróż. Całość dokumentów jeszcze krąży pomiędzy tymi odległymi krajami, wszelkiego rodzaju ubezpieczenia, wizy i inna papierologia zajmuje dużo kociej energii. Futrzasty niedowiarek choć dostał oficjalne potwierdzenie „I am pleased to inform you that Kot w butach is accepted for this offer!” wciąż boi się zapeszania i szczegóły poda później, gdy dopnie wszystko na ostatni guzik, szlufkę, zamek, zatrzask (dla pewności zamuruje).

Majowy weekend zapowiada się – niezależnie od pogody, kot w butach jest bardzo zdesperowany, gotów jechać choćby w strugach deszczu i śniegu – ciekawie i górsko . Nocleg, jak poinformowała miła pani gospodyni, zarezerwowany. Potrzebny twardy reset, może nawet format dysku. Żadne tam „odśwież”. Potrzeba gór, mgieł o poranku, zapachu runa leśnego, zieleni, wiatru na szczycie. Zmęczone kocisko chce wdrapać się na jakiś pagóras, wystawić pyszczek do słońca i odpocząć.



11:50, kot_w_butach84 , kocie czytanki
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 12 marca 2012
"Panna młoda w śniegu" Jan Seghers

Przede mną pracowity dzień w domu.  Lubię takie spokojne początki tygodnia. Poranna kawa, prysznic, wartościowe śniadanie. Za oknem szaro, mgliście ale czuć że do wiosny „bliżej niż dalej”. Wciąż jeszcze nakładamy na siebie tony ubrań, czapka „na wszelki wypadek” wędruje w mojej torebce, kolorowy szal porządnie związany na szyi chroni przed zdradliwym ciepłem. Weekendowa wyprawa do sklepu zaowocowała, zupełnie niezależnie od kociej woli (no może niezupełnie), nowymi ślicznymi, delikatnymi czółenkami,  odżywczym kremem do twarzy, przecudnej urody lakierem do paznokci, płynem do demakijażu.

W sobotę rano skończyłam czytać kolejną bardzo dobrą książkę. „Panna młoda w śniegu” pomimo koszmarnej okładki okazała się bardzo zajmującą lekturą. Brutalne morderstwo, ofiara o której  niewiele wiadomo, przesympatyczny, ludzki komisarz Robert Marthaler, znów ciekawe tło społeczne, barwne postacie drugoplanowe. To wszystko co można ostatnio znaleźć w wielu książkach. Dlaczego uznałam, że ta właśnie powieść jest wyjątkowa? Ujęły mnie opisy przeszłości komisarza, wigilia spędzona z rodzicami. Główny bohater spacerując ulicami Frankfurtu przypomina sobie pewne zdarzenia, spotyka starych znajomych, opowiada o swoich mniejszych lub większych przygodach. Wszystko to jest wyklecone w  historię śledztwa jakby mimowolnie, ale u mnie wywołuje uczucie trój-wymiaru całej powieści. Historia przestaje być plaska, miałam wrażenie, że spotkałam się z Marthalerem tylko na chwile, w momencie zakończenia książki nasze drogi się rozeszły, co nie oznacza, że postać komisarza odpłynęła w niebyt. Uczucie, że postać książkowa żyje sobie gdzieś tam, według mnie jest jednym z niewiększych komplementów jakie można powiedzieć na temat powieści i jej autora.

Moja ocena to: 5.5/6

10:25, kot_w_butach84 , kocie czytanki
Link Komentarze (20) »
wtorek, 06 marca 2012
Krym: Kercz (Kerch) - twierdza Jenikale

Kolejny pracowity weekend nie był tym czego akurat potrzebowałam. Miało być spaghetti na kolację a był budyń i to na szybko i do spania. Oczy lecą ze zmęczenia, ciało zamiast porannej gimnastyki woła o jeszcze jedną godzinkę snu. Na szczęście zaglądające w okno słoneczko pomaga zacząć nowy dzień. Szklanka wzmacniającej i pierońsko śmierdzącej pokrzywy, kilogramy jabłek, mandarynek, winogron (Kenijskich ale o dziwo nie uczulających) wspomagają odrobinę chorowitego ostatnio kota w butach.

K ochoczo przystał na wyprawę do ulubionej drogerii, panie sprzedawczynie z ciekawością spoglądały na osobliwy obrazek: kota w butach smarującego po wszystkich dostępnych rękach (sztuk 4) kremami i balsamami z testerów, wąchających żele i toniki do mycia twarzy. Co najmniej półgodzinna wizyta zaowocowała kupnem u zagadkowo uśmiechającej się kasierki nowego balsamu i ciekawie pachnącego żelu do mycia twarzy.

Doba wydłużyła się do jakiś 18 godzin „użytkowych”, których wciąż za mało. Czas ucieka jak „kot z pęcherzem” ale myśli znów szybują w kierunku wakacji. I tych przyszłych i zeszłorocznych. Znów ciągnie nas w góry, brakuje szumiącego morza, z tkliwością wspominamy puste plaże morza Azowskiego.

Dziś i dla swojej i Waszej – mam nadzieję – przyjemności chciałabym opowiedzieć o naszych pierwszych dniach na Krymie. Tak więc ponownie przenosimy się do Kerczu

Pierwszej nocy, po naszej karkołomnej przeprawie Polsko-Ukraińskiej padliśmy jak kawki śpiąc jak zabici. Obudziliśmy się o dziwo wcześnie rano wyspani i wypoczęci. Krymskie powietrze wyraźnie nam służyło. Nasi gospodarze zaprosili nas na typowo rosyjskie śniadanie: kaszkę kuskus z bananem – bardzo sycące i smaczne danie. Wyposażyli nas w mapę i wyjaśnili jak dojechać  do twierdzy Jenikale (ukraińskie:  Єні-Кале, ang: Yeni-Kale).

I tutaj chciałabym zatrzymać się odrobinę i opowiedzieć o komunikacji miejskiej Kerczu. Dostanie się w praktycznie każde miejsce w tym czarnomorskim mieście jest bardzo proste. Proste w przypadku choć minimalnej znajomości języka rosyjskiego. Niestety wiele osób nie rozumiało mojego ukraińskiego, szybko zmuszona byłam nauczyć się kilku podstawowych rosyjskich wyrażeń. Daliśmy radę. Zwykle po wpakowaniu się do busa, upewnialiśmy się czy jedzie on w potrzebnym dla nas kierunku, pytaliśmy  współpasażerów o pokazanie nam gdzie powinniśmy wysiąść. Wszyscy byli bardzo pomocni. W Kerczu (i innych miastach również) należy poprosić kierowcę o zatrzymanie się, jeśli tego nie uczynimy kierowca ominie nasz przystanek. Możliwy jest też postój pomiędzy wyznaczonymi miejscami bus stop. Czasami idąc wzdłuż drogi machaliśmy widząc w oddali szaleńczo gnającą marszrutkę, zawsze działało - żółty busik zatrzymywał się z piskiem hamulców niechybnie mieszając jeszcze bardziej zgniecionych w nim ludzi. Podczas podróży jako jedyni z zafascynowaniem patrzyliśmy na kierowcę. Współpasażerów nie dziwiło, równoczesne przyjmowanie zapłaty za podróż, wydawanie reszty, rozmawianie przez komórkę i kierowanie rozpędzoną marszrutką. Wszystko wyglądało sprawnie i po pewnym czasie wyprzedzanie na podwójnej przestało nawet mnie zmuszać do zamykania oczu.

Piękna pogoda, delikatnie słone powietrze zachęcało do przedpołudniowego spaceru. Wysiedliśmy z marszrutki i wolniutko, bez pośpiechu, napawając się wolnym czasem, zatrzymując się na drugie i trzecie tego dnia śniadanie, sprawdzając temperaturę wody w morzu Czarnym dotarliśmy do Jenikale, twierdzy  powstałej w latach 1699–1706, budowanej przez Turków Krymskich. Jak wyczytałam, było to miejsce strategiczne, pierwotnie o znacznie większym, niż aktualnie zachowany, terenie. Sama budowla prezentuje się okazale, spędziliśmy chyba z godzinę robiąc sobie coraz bardziej „pocztówkowe” zdjęcia. Dookoła znajduje się trochę murów, bardziej zaniedbanych, zaśmieconych (co niestety jest domeną wielu zabytków na Krymie).

Bardzo urzekł nas widok który rozpościerał się z brzegu – w oddali widzieliśmy wybrzeże Rosji. Gdybyśmy zawczasu wykupili wizę moglibyśmy udać się statkiem na małą wycieczkę, niestety takie atrakcje musiały poczekać.

Jeśli jeszcze Was nie zachęciłam do Jenikale mam nadzieję, że całą „czarną robotę” zrobią za mnie zdjęcia. Miłego oglądania!

 W drodze...

Tego typu monumenty to częsty widok na Krymie

Pierwsze spotkanie z twierdzą Jenikale :-)

 

Tablica pamiątkowa na murach twierdzy Jenikale

Ruiny "reszty" twierdzy Jenikale

 Widok z góry na twierdzę i morze Czarne

W oddali: wybrzeże Rosji

Witam na Krymie :-)

czwartek, 01 marca 2012
"Zabawa w miłość" Margaux Fragoso

Nie jestem pewna w jakiej kategorii powinnam oceniać „Zabawę w miłość”. Gdybym brała tylko pod uwagę moje subiektywne odczucie, byłaby to nota raczej słaba. Zaskoczona byłam tak wysokimi punktami, hymnami pochwalnymi na jej cześć. Chwilami miałam wrażenie, że czytam nie tę książkę o której była mowa. Historia związku pedofila z dziewczynką, w później nastolatką, była dla mnie trudna, szczegółowe relacje początków molestowania dziecka były.. no właśnie jakie? Niesmaczne? No a jakie miały być? Szokujące? Trochę tak, ale codzienne bombardowanie informacjami na temat niegodziwości ludzkiej w jakiś sposób znieczulają na tego typu relacje. Sam fakt iż jest to historia pisana na faktach, bodajże autobiograficzna, nie pozwala mi powiedzieć: ta książka była kiepska. Podobnie jak Żona mormona jest swoistą spowiedzią bohaterki, która, czego jej życzę, pomogła. Dla nas może być przestrogą, lekcją na zasadzie filmu dokumentalnego. Jeśli ktoś takiej lekcji potrzebuje niech przeczyta, jeśli jednak, tak jak ja, czuje że jest to ponad jego siły lepiej niech się do tej chyba jednak przechwalonej książki nie zmusza. Tym razem nie wystawię oceny, na biblionetce i lubimy czytać pewnie zaznaczę 4, czyli jakoś w okolicach „dobra” jednak w moim osobistym mniemaniu będzie to ocena tylko za „prawdziwość”, nie za styl i wykonanie.



22:14, kot_w_butach84 , kocie czytanki
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 lutego 2012
"Nocna zamieć" Theorin Johan

Nie zgadzam się z przeczytanym gdzieś na blogach stwierdzeniem, że „Nocna zamieć” to typowy kryminał. Mogę nawet stwierdzić, że co jak co ale kryminału jest tu jak na lekarstwo. Nie przeszkadzało mi to jednak tak dobrze odebrać tej książki. Dawno już nie wciągnęła mnie żadna historia tak jak ta. I nie piszę tego dlatego, że jest to dzieło jakoś wyjątkowo wybitne, nieszablonowe. Nie, raczej nie. Choć może odrobinę, ponieważ autor Theorin Johan łączy wątki obyczajowe z paranormalnymi. Przeciwnicy takiego zestawienia niech się nie obawiają, oszczędzone zostały nam wampirze historie. Książka trafiła do mnie w odpowiednim czasie, bardzo realistyczni bohaterowie i to co ja bardzo lubię – rozbudowane wątki poboczne pozwalają poczuć, że dana historia dzieje się w jakimś realnym czasie i miejscu, że mogła się wydarzyć naprawdę. Reagujący w ludzki sposób bohaterowie, ze swoimi słabościami, małymi bohaterskimi czynami, czasem zbyt ciekawscy, czasem denerwujący ale wielowymiarowi, to właśnie to czego szukam w dobrej powieści i to właśnie tutaj znalazłam.

Generalnie zabierając się za tę oto recenzję, która de facto recenzją nie jest, tylko kilkoma luźnymi myślami,  byłam w kropce, musiałam odpowiedzieć sobie na pytanie: jak napisać żeby nie napisać… za wiele.

Gorąco polecam darowanie sobie czytania streszczenia z tyłu książki. Proszę mi zaufać, jeśli po pierwszych pięćdziesięciu stronach nic między Wami a „Nocną zamiecią” nie zaiskrzy – można zgłaszać się do kota w butach. Słowem: polecam!

Moja ocena: 6/6



13:48, kot_w_butach84
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Wyprawa na Krym

Za oknem zima stanęła na wysokości zadania zasypując śniegiem szare ulice, porozsypywane
śmieci litościwie schowały się pod śniegiem. Jest ładniej. Może zimniej i spacer w taką pogodę wymaga więcej odwagi, to jednak cyklicznie nadchodzące pory roku mają w sobie coś, co uspokaja i sugeruje jakiś sens tego wszystkiego. U mnie kolejne zmiany, niestety rok nie zaczął się dobrze. Przebolałam, trochę poprzeklinałam, zdenerwowanie wybiegałam i przeszło. Wracam do siebie, czego niechybnie objawem są moje coraz szersze wakacyjne plany. I właśnie o wakacjach chciałam dziś pisać. Tych poprzednich. Tak, więc proszę Państwa - zaczynamy, dziś w menu: wyprawa na Krym.

Chodziła za mną ta Ukraina, K po poprzednich (a więc w 2010) wakacjach zapowiadał, że on nie chce, co roku na Ukrainę, że może wreszcie do innego kraju spróbujemy. Ale im bliżej urlopu tym bardziej oboje byliśmy przekonani na właśnie ten kierunek podróży. Trochę obawiałam się logistyki, mieliśmy sztywny czas powrotu, nie mogliśmy pozwolić sobie na swobodny come-back. Trochę się też czailiśmy z tym wyjazdem bojąc się, że zapeszymy, szef nie da urlopu, nie będziemy mieli biletów, noclegów, rozchorujemy się, trafimy na brzydką pogodę (końcówka września nie jest pełnią lata nawet na Krymie). Właściwie zaplanowanie całości zajęło mi jakieś 2 dni, K w tym czasie dzielnie pracował. Dość gładko wyglądało załatwianie noclegów (ukłony w kierunku hospitalityclub i couchserfing), biletami na pociągi zajęła się moja przyjaciółka z Frankivska. Piątek poświęciliśmy na pakowanie i odwiedzimy u stroskanej jak nigdy rodzinki. Sobota była dniem pakowanie, wymiany waluty, dokupowania ostatnich gadżetów.

Jechaliśmy do Przemyśla zupełnie bezsensownym jak się później okazało połączeniem z międzylądowaniem w Tarnowie gdzie zmuszeni byliśmy spędzić 3 godziny, które wlekły się jakbyśmy, co najmniej się tam zameldowali na kilka tygodni. Nie wiem czy zdajecie sobie sprawę, jak wygląda poczekalnia dworcowa nocą. Jeśli nie to niewiele Was ominęło. Już po kilku minutach zrozumieliśmy specyficzne zasady rządzące tym miejscem. Zabawa w kotka i myszkę, tak nazwałabym ten dziwny rodzaj „gry”, który urządzali sobie bezdomni z ochroniarzami. Na terenie poczekalni w nocy (nie wiem jak w dzień), nie powinny przebywać osoby bez biletu, lub ewidentnie nieplanujące podróży, więc odpowiedzialny za porządek mężczyzna robił, co mógł, żeby sumiennie wykonać swoje obowiązki. Było to trudne biorąc pod uwagę, że na dworzec można było wejść z dwóch stron, wejść jedną i wyjść drugą, okrążyć budynek radośnie śmiejąc się w duchu z nieporadnego strażnika. Bezdomni mieli zabawy co niemiara, pasażerowie w związku z koszmarnymi zapachami tych poprzednich – mniej. 3 godziny obserwowania tego widowiska wyleczyły nas raz na zawsze z pomysłu powtórki z rozrywki. Żałowaliśmy, że nie wzięliśmy autka, mogliśmy zaparkować go gdzieś w Przemyślu na te dwa tygodnie, na pewno byłoby to wygodniejsze i mniej męczące.

Nocny pociąg Tarnów – Przemyśl to osobna historia, jednak niezrażeni mknęliśmy do przodu, w kierunku naszych wakacji. Sprawnie przedostaliśmy się przez granicę ciesząc się ze zniesienia konieczności wypełnienia „karteczek” na granicy, które skutecznie opóźniały zawsze kolejkę. Poznana na granicy grupka polaków również wybierała się na Krym planując zaliczenie chyba wszystkich atrakcji tej części Ukrainy łącznie z przeprawą przez góry z namiotami. Nasze plany były mniej ambitne – chcieliśmy po prostu odpocząć. A jeśli przy okazji uda się, co nie, co „skubnąć” zabytków i ciekawych miejsc tym lepiej. Życzyliśmy im szczerze powodzenia wiedząc, że Ukraina to taki specyficzny kraj, który czasem plany podróżnych bardzo modyfikuje.

26 godzinna podróż pociągiem była bardzo przyjemna. Wrzesień jest już chłodniejszy na
Ukrainie, nie smażyliśmy się, więc w pociągu jak w piekarniku. Jak zwykle kupiliśmy miejsca „bokowe” tym razem nie centralnie naprzeciw ubikacji, więc było podwójnie przyjemnie.

Odnośnie „techniki” kupowania miejsc w pociągu można w Internecie znaleźć wiele stron. W
przypadku kupowania tylko dwóch biletów polecam „bokowe” miejsca. Najlepiej po środku wagonu, ewentualnie bardziej z przodu. Zwykle, gdy opowiadaliśmy innym o warunkach podróży na Krym zauważaliśmy, że nasi rozmówcy w myślach podejmowali decyzję „nie, dziękuję”. Niesłusznie. Podróży na Krym nie należy się bać. Osobiście czuję się bardzo bezpiecznie w tych pociągach, są punktualne, docierają w wiele miejsc i co najważniejsze są naprawdę tańsze od naszego rodzimego PKP. I moim skromnym zdaniem wygodniejsze. Pomijam oczywiście kwestię ubikacji, jednak czy w nasze koleje często stają na wysokości zadania?

Poznani w pociągu dwaj Ukraińcy (jeden z nich to obowiązkowo Andrij – czasem miałam
wrażenie, że połowa mężczyzn z tego kraju nosi to popularne imię) pomogli nam znaleźć autobus (marszrutkę), który zawiezie nas na dworzec Centralnyj skąd odjeżdża autobus do Kerch (Kercz). Towarzystwo tych dwóch zabawnych mężczyzn umiliło nam podróż. Pomimo bariery językowej (oni nie mówili ani po angielsku ani po polsku) całkiem przyzwoicie dawaliśmy sobie radę. Jeden z nich opowiadał, że skończył prawo i przez pół roku pracował w kancelarii, ale że zarabiał tak mało (podobno jak na prawnika na Ukrainie i tak nieźle), że został kucharzem w Rosji, gdzieś na platformie wiertniczej. Żartowali, że połowa ukraińskich studentów studiuje prawo a druga połowa ekonomię. Nie potrafił odpowiedzieć na moje pytanie, dlaczego w takim razie, pomimo wiedzy o wybitnym nasyceniu rynku tymi zawodami, kolejni studenci decydują się na podjęcie takich studiów. Jeśli dołoży się do tego wysoki koszt studiów, często płatnych oficjalnie lub nieoficjalnie (co mogłoby być tematem na inny wpis) to jest to inwestycja bardzo nieopłacalna.

Dworzec Centralnyj w Simferopolu jest naprawdę świetnie zorganizowany. Ku naszemu zaskoczeniu większość dworców na Krymie jest wyremontowana, dostępne są w miarę aktualne informacje (na rozwieszonych tablicach, co do których lepiej zawsze się dopytać), bilety na busy sprzedawane są w kasie wraz z miejscówkami. Osobno dokupowany jest bilet na bagaż, nie kosztuje to dużo, ale jest sprawdzane. Tuż przed odjazdem do każdego autobusu wchodzi pani i kontroluje bilety pasażerów.

Kupiliśmy bilety, zapakowaliśmy nasze bagaże i odrobinę przerażeni wyglądem marszrutki
rozsiedliśmy się na naszych siedzeniach zjadając piąte tego dnia śniadanie (lub obiad, lub kolację, odrobinę nam się poprzestawiały pory dnia, ale żołądek K z częstotliwością raz na godzinę przypominał o naszych obowiązkach). Wyruszyliśmy w czterogodzinną podróż na wschód: z Symferopola do Kerczu, która bardziej przypominała Rajd Dakar niż regularny kurs public transport. Kierowca z zblazowaną miną wyciągał z silnika „ile fabryka dała” nie przejmując się czymś tak prozaicznym jak ograniczenia prędkości i czarną jak oko wykol noc, dziarsko wyprzedzając znacznie bardziej „wypasione” auta, trąbiąc zdecydowanie na tych jadących poniżej setki. Po 4 godzinach naszej szaleńczej podróży byliśmy zdrowo wytrzepani ale na miejscu - szczęśliwie w jednym kawałku. Byliśmy w Kerczu.

środa, 28 grudnia 2011
"Dziewczęta z Szanghaju" Lisa See / końcowo-roczne porządki

Koniec roku pod znakiem próby „pchnięcia” zaległych rzeczy w myśl, której: odwiedziłam ostatni raz dentystę (ząbki wyglądają ślicznie), jadę do Opola, wtłaczam do głowy najnowsze (i sporo zaległych) słówka z kursu, próbuję zrobić jak najwięcej projektów, spotkam się ze znajomymi, powysyłałam własnoręcznie zrobione karteczki (kto już dostał?). Również w życiu prywatnym sporo zmian: mój K wreszcie wraca do Krakowa, zmienia pracę :-)

Jednym z „końcowo-rocznych” zadań jest także dodanie tej notki, którą w głównej mierze chciałabym poświęcić książce „Dziewczęta z Szanghaju” autorstwa Lisy See.

Zapewne każdy zna (o ile nie czytał) świetnie napisaną „Kwiat śniegu i sekretny wachlarz”, którą polecam z całego serca. Oto opowieść z tajemnym języku kobiet w Chinach a także szczegółowe studium krępowania stóp, tradycji (makabrycznej), która była przez wieki kultywowana w tym kraju (z tego, co pamiętam jakoś do początków XX wieku).

Kolejna czytana przeze mnie „Miłość Peonii” zanudziła mnie straszliwie. Za dużo tam było jak na mój gust połączenia duchów z rzeczywistością, momentami nie wiedziałam, czy dane zdarzenia dzieją się naprawdę, czy są wytworem wyobraźni głodującej Peonii, czy może kolejną opowieścią, baśnią, lub wierzeniem. Jeśli ktoś „lubi takie klimaty” i ma silną potrzebę poznania wierzeń odnośnie pośmiertnych losów to jest to książka warta polecenia. Mnie ona rozczarowała.

Ostatnią czytaną przeze mnie powieścią pani See były „Dziewczęta z Szanghaju”, całkiem przyjemna, różnorodna, pozwalająca poznać spory kawałek historii opowieść. To jak tytuł wskazuje historia dwóch kobiet z Szanghaju, które zmuszone są w czasie Japońskiej okupacji do ucieczki z rodzinnego kraju do USA. Poznajemy wpływ znaków zodiaku na charakter człowieka, nęceni jesteśmy smakowicie opisanymi potrawami, wydaje mi się też, że odrobinę bardziej zaczynamy rozumieć mentalność ludzie z tamtego rejonu świata. I właśnie tutaj mam odrobinę trudności z oceną tej książki. Z jednej strony, mam wrażenie, że opisy zawarte w książce są zbyt suche, coś nie do końca mi się „klei”. Może to właśnie wynikać, z wspomnianych wcześniej różnic kulturowych. Z drugiej strony na końcu książki czytamy listę podziękowań od autorki dla konkretnych osób wraz z zasługami. Pani Lisa See informuje czytelnika skąd czerpała informacje na temat znaków zodiaku, historii, przesłuchań, którym poddawani byli obywatele innych państw próbujących dostać się do Ameryki. Wydawało mi się, że autorka najpierw zebrała całą masę informacji a później wpasowała w nie historię szanghajskich dziewcząt. Zapewne pani See, chciała być jak najbliższa prawdy historycznej (i rzeczywiście ta książka to niezłe kompendium wiedzy tamtego okresu), jednak jak dla mnie zrobiła to (odrobinę!) kosztem postaci.

Nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie, to tylko taka luźna dygresja, książkę gorąco polecam, bo naprawdę jest dobra.

11:30, kot_w_butach84 , kocie czytanki
Link Komentarze (13) »
niedziela, 27 listopada 2011
Opolszczyzna na rower cz. 1 Zawadzkie - Hubertus

Jeśli miałabym podać przepis na udane wakacje to byłyby to: rower, książki, jeziora, lasy, lasy, lasy. Tegoroczne wakacje uświadomiły nam też naszą wielką miłość do morze. Ale nie morza, jako synonim równomiernego opiekania się jak na patelni na zatłoczonej, hałaśliwej plaży. Na nasze szczęście Morze Azowskie i Morze Czarne oszczędziły nam tego typu atrakcji. Ale o tym w innym wpisie będzie.

Wróćmy do naszego przepisu. Gdy wysyłaliśmy CV nastał taki moment, gdy musieliśmy podjąć decyzję i pogodzić się z myślą o wyjeździe. Było to tym trudniejsze, ponieważ ja wciąż studiuję w Krakowie a K kategorycznie przeciwstawiał się zamianie moich dziennych studiów na tryb zaoczny, jednocześnie wiedząc, że może to oznaczać rozstanie. CV mojego ukochanego zaczęło docierać drogą elektroniczną poza Kraków, ba! Nawet poza Małopolskę. Odnośnie szukania pracy mogłabym napisać niejeden poradnik. Czuję się jak stary wyjadacz listów motywacyjnych a napisanie całkiem niezłego CV nie stanowi dla mnie problemu. I tak K znalazł pracę w województwie Opolskim. Nasze wyobrażenie o tym rejonie było mizerne, te tereny kojarzyły nam się ze Śląskiem, zadymieniem i generalnie mało przyjemnymi rzeczami. Szybko postanowiliśmy nadrobić edukacyjne braki, przestudiowaliśmy mapy, strony internetowe i dotarło do nas, że trafiliśmy do zagłębia rowerowego! Okolice, w których przeszło nam mieszkać (mnie więcej w wakacje), zostały niechybnie stworzone wprost dla nas. Przepiękne lasy, pola i – co najważniejsze! – kilometry świetnie oznaczonych tras rowerowych. Nie mogliśmy uwierzyć naszemu szczęściu. Wprost przyrośliśmy do rowerów. My i chyba wszyscy mieszkańcy miasteczka, w którym zamieszkaliśmy. Wyprawy do sklepów, na pocztę czy do szkoły, nikt nie pokonywał ich piechotą. Tysiące rowerów, praktycznie nigdy nieprzyczepianych, tylko opartych o barierki lub zaparkowanych w wszędzie dostępnych miejscach parkingowych dla rowerów. Gdy tylko K wracał z pracy, odgrzewaliśmy obiad zawczasu ugotowany wcześniej (poniedziałek stał się naszym dniem gotowania na cały tydzień. Zupełnie nie przeszkadzało nam jedzenie przez kilka dni pod rząd tego samego. Dania arabskie, sosy, zupy gulaszowe dzielnie czekały rozlane na trzy garnki w lodówce na swoja kolej) wsiadaliśmy na rowery szusując gdzie nas oczy poniosą.

I właśnie jedną z takich wycieczek chciałabym Wam dziś zaproponować:

Startujemy z Zawadzkiego żółtym szlakiem dość szybko wjeżdżając w las. Nie mamy problemu z orientacją, większa część szlaku jest intuicyjna, oznaczenia są częste a w strategicznych miejscach ustawione są tablice informacyjne.

 Szerokie ścieżki

 Piękne lasy

Trasy w większości bardzo komfortowe, momentami tylko piaszczyste zmuszające do prowadzenia roweru.

 

 Zielono!

 Magicznie

 Spokojnie

 Cicho

 

 

Niespodziewanie obok stawu Huberta znajdujemy miejsce kaźni żołnierzy Polskich. Jak czytamy: "W nocy z 25 na 26 września 1946 funkcjonariusze UB zwabili podstępem ok. 140 żołnierzy oddziału Bartka z Podbeskidzia następnie ich rozbrojono i zamknięto w stodole, którą obrzucono w nocy granatami, podpalono i wysadzono w powietrze."

To bardzo przejmujące miejsce. Tam po raz kolejny uświadamiam sobie jak mało wiem o historii Polski.

 

 

 

 

 Staw Hubert

 

 Wracamy w promieniach zachodzącego słońca.

To piękna i pouczająca wyprawa, w sama raz na jedno popołudnie. Niestety samego stawu nie możemy oglądać z bliska ze względu na ogrodzonie i tablice informujące, że jest to teren szpitala psychiatrycznego.

Osobiście mogę powiedzieć, że pokochałam opolszczyznę. Jest tam może odrobinę zbyt płasko, ale te lasy, czyste powietrze, bezkresne przestrzenie pozwalają odpoczać. Szlaki rowerowe są kapitalnie oznaczona i chyba jeszcze mało znane, bo niewiele osób nimi jeździ. Sądzę, że na pewno się to zmieni - wszak to tereny stworzone na wakacyjny wypoczynek!

Zapraszam i polecam ;-)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10