|
Za 20 lat bardziej będziesz żałował tego czego nie zrobiłeś, niż tego co zrobiłeś.
Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry.
Podróżuj. Śnij. Odkrywaj.
środa, 10 lutego 2010
Czytać czy nie czytać, czyli o bestsellerach właśnie
Z zaciekawieniem obserwuję od pewnego czasu pewną zależność, podział, który dzieli blogowych fanów książek na tych co czytają książki modne i popularne i tych co ich nie czytają, ba! omijają szerokim łukiem. Skala deklarowanych uczuć w stosunku do tzn. bestsellerów wahała się od kategorycznego „ja TEGO czytać nie będę” poprzez „ jak wpadnie w moje ręce to może przeczytam” aż po „przeczytam koniecznie”. Zastanawiam się czy te negatywne reakcje są związane z rodzajem literatury, która obecnie jest na topie, czy może z pewnej obawy przez rozczarowaniem? Nieraz bywa tak, wiem, bo sama nieraz się na tym przejechałam, że o danej książce czytało się tyle dobrego, że gdy już dorwało się ją w swoje ręce miało się tak wielkie wobec niej wymagania, że nieraz z takiej potyczki wychodziło się pokonanym. Zdarzyło mi się czytać książkę, bestseller, wyniesiony pod niebo na blogach i innych czytelniczych forach, że byłam tak nastawiona na tak wielkie COŚ, że nie potrafiłam się delektować jego czytaniem. Wraz z przewracanymi kartkami narastało w mojej głowie pytanie, gdzie TO jest? Czy to już TEN bestseller? Myślę, że zbyt szumne nagłaśnianie niektórych książek bywa dla nich krzywdzące. Mimo wszystko nie potrafię się oprzeć chęci czytania książek aktualnie modnych. Nie przeszkadza mi, że idę jak owca za tłumem, nie mam potrzeby bycia outsiderem w doborze lektur. W przeciwieństwie do niechęci w stosunku do tłumów na górskich szlakach, pokaźna liczba czytelników danej książki mi nie przeszkadza. Jeśli w przypadku wyboru: Tatry czy inne, dużo mniej popularne pasmo górskie wybrałabym samotne wędrowanie, tak współczytacze jednej pozycji książkowej cieszą, ponieważ można z nimi podyskutować o wrażeniach, odczuciach, wnioskach. Znowu mnie wzięło na rozmyślanie na książkowe tematy, a to za sprawą Sagi o wampirach. Utknęłam gdzieś na początku i właśnie tak chęć wyrobienia sobie zdania na podstawie całości trzyma mnie przed odłożeniem jej na półkę. Ale pora już spać. Jeszcze tylko musze jakoś przekonać psa, żeby zeszedł z łóżka. A tak słodko śpi;-)
poniedziałek, 08 lutego 2010
"Pęknięcie" Karin Slaughter
Dlaczego tak polubiłam Pęknięcie? Powodów jest kilka. Pierwszym z nich jest niewątpliwie postać głównego bohatera, przesympatycznego agenta Will Trenta. Pęknięcie to thriller, który idzie o krok dalej nie zamykając się w klasycznym schemacie: znaleziono ciało/ciała zamordowanego/nej/nych i na ostatnich stronach książki po długim śledztwie mądry, błyskotliwy, nieustraszony policjant łapie mordercę czyniąc tym samym zadość sprawiedliwości. Will Trent, któremu nie można odmówić błyskotliwości ideałem jednak nie jest. Posiada pewną wstydliwą ułomność, defekt, który utrudnia mu funkcjonowanie w życiu codziennym - jest dyslektykiem. Praktycznie nie potrafi czytać i pisać. O jego tajemnicy wie tylko jego szefowa Amanda, i Will, rzecz jasna, wolałby aby tak pozostało. Agent Trent wraz z przydzieloną mu do pomocy Faith Mitchell zaczynają wyścig z czasem. Z domu Abigail Campano zostaje porwana córka Emma. Matka myśląc, że znajduje w domu zwłoki córki zabija mordercę, którego zastaje na miejscu zbrodni. Sprawy mocno się komplikują, ponieważ domniemany zabójca okazuje się być przyjacielem Emmy, zabitą dziewczyną nie Emma ale jej przyjaciółka Kayla. Faith, nie ukrywa swojej urazy w stosunku do Willa, a jej niechęć jest związana z poprzednią sprawą jak prowadził Will i której bohaterką była m.in. matka Faith. Telewizja i gazeta żywią się nieszczęściem rodziny Capmano, ojciec Emmy nie wierzy w kompetencje Willa, swojego znajomego z czasów domu dziecka. Abigail stara się nie załamać pod ciężarem wydarzeń. A czas ucieka… I wraz z nim szanse na znalezienie Emmy żywej. Książka wielowątkowa, napisane ciekawym, energicznym językiem. Bez koloryzowania i słodzenia, ale także bez epatowania przemocą. To jedna z niewielu książek, w której autentycznie rozwiązujemy tajemnicę, nie domyślając już po kilku kartkach kto jest tym złym. Moja ocena to 5.5
poniedziałek, 01 lutego 2010
Gdzie do diabła jest Matt??
Ten filmik podbił moje serce, mogłabym go słuchać wciąż i wciąż Sami zobaczcie:
czwartek, 28 stycznia 2010
Gdy rodzi się przyjaźń...
Z perspektywy czasu trudno stwierdzić gdzie zaczęła się Ta przyjaźń. Co sprawiło, że z tłumu obcych ludzi zapoznałam się właśnie z Nią? Jakim cudem udało się nam stworzyć coś, co istnieć w sumie nie powinno, przecież mówiłyśmy dwoma różnymi językami, dosłownie: ja polskim a ona ukraińskim. Zaczęło się zwyczajnie: mój opiekun stażu zaproponował wyjazd na Krym razem z grupą ukraińskich i polskich studentów. Oczywiście nie trzeba było mnie długo namawiać. Kilka dni później ruszyłam w nieznane zupełnie sama, bo moja tłumaczka została w Ivano-Frankivsku. 26 godzinna jazda pociągiem to był koszmar. Kolejne przesiadki, busy, o których nikt nie powiedziałby, że potrafią odpalić, a co dopiero ruszyć i jechać. A jechały, wbrew prawom fizyki. Dotarliśmy na miejsce. Nastąpiło rozdzielanie pokoi. Przyznam szczerze, że nie wiedziała w którą stronę iść. Dla każdego byłam obca. Dwie zgrane grupy studentów do tego opiekunowie. Mój pracodawca problem dylemat meldując mnie z opiekunami. Moje dylematy przynajmniej na chwile zostały rozwiązane. Na chwile. Udałam się na mieszkanie. I tam zaczęły się schody. I nie mam na myśli tych po których się wspinaliśmy, ale te w mieszkaniu. Nie wiem jakim cudem przeoczyłam ten drobny element… Moi współlokatorowie choć wydawali się sympatyczni i przyjaźnie nastawieni, mówili do mnie w zupełnie obcym języku, w języku ukraińskim. I myli się ktoś kto uważa, że są to języki podobne. Możliwe ze na pierwszy rzut okiem tak, ale jeśli przychodzi coś ustalić w tym języku, o coś spytać nie jest to już takie proste. Kilka dni zajęło mi ustalenie co oznacza słowo „dusz” o który pytano mnie codziennie. Zagadka wyjaśniła się przypadkiem, to prysznic. Krym to przede wszystkim Morze Czarne. Piękne, czyste, zachęcające do leżakowania, co uskuteczniałam codziennie. Ponieważ towarzystwo na mieszkaniu było mieszane postanowiłam się trzymać z panią docent , która na praktyki zabrała córkę. Chodziłyśmy wspólnie na plaże, na migi proponowałyśmy sobie wspólne pływanie, uczyłyśmy się pierwszych słów. I to chyba właśnie wtedy, ponad podziałami (jakkolwiek politycznie to brzmi, nie wiem skąd to skojarzenie, chyba zbyt często używane wśród polityków przeróżnych partii) narodziła się przyjaźni. Po dziesięciu dniach na Krymie, co ja mówię już gdzieś w połowie wyjazdu okazało się że możemy rozmawiać, TAK rozmawiać o wszystkim. I naprawdę nie wiem w jakim języku mówiłyśmy, czy to był ukraiński, czy polski, ale fakt pozostaje faktem: mówiłyśmy, mówiłyśmy i się nagadać nie mogłyśmy. Nasza znajomość kwitła podczas dalszego ciągu mojego stażu. Całe szczęście moja Przyjaciółka pochodzi z Ivano-Frankivska, więc spotykałyśmy się często. Nie wiem jak potoczą się moje losy, ale jedno wiem na pewno: Ukraina jest w moim sercu, nie tylko za sprawą pięknego Krymu, zapierających dech w piersiach gór Czarnohory (kto nie widział, ten niech zobaczy, tego nie da się opisać słowami, a zdjęcia nie oddają nawet połowy uroku) ale właśnie za sprawą ludzi. Moja Przyjaciółka to jedna z wielu osób które spotkałam na Ukrainie i z którymi mam świetny kontakt. Codzienne wiadomości, kilka słów, czasem długaśne maile, plany spotkań. To coś czego nie oddałabym za nic. I ciągle sobie zadaję pytanie o język w którym mówiłyśmy. Ukraiński? Jak? Skoro nigdy go nie używałam? Polski? Wątpliwe, przecież nigdy Ona nie była w Polsce, nie uczyła się mojego języka. Jest tylko jedna odpowiedz: - to był język PRZYJAŹNI.
poniedziałek, 25 stycznia 2010
"It's Complicated" reż. Nancy Meyers
Drodzy Państwo: Zwracam honor komediom romantycznym! Niewiele gatunków filmowych omijam z takim zacięciem jak właśnie ten. Bo komedia, jak nazwa wskazuje ma być komiczna, śmieszna. Albo to ze mną jest coś nie tak, albo komedie takie jak: 27 sukienek, American Pie, Tylko mnie kochaj i tym podobne komediami nie są. Mam wrażenie, że jak ktoś nie wie o czym kręcić film to kręci o miłości właśnie. No bo zawsze znajdą się chętni. Gdzieś dziewczynę na pierwszą randkę trzeba zaprosić, coś puścić wieczorem żeby leciało a i kurze lepiej się ściera jak można zawiesić oko od czasu do czasu na prostych jak konstrukcja cepa perypetiach zakochanej pary. Mogę oczywiście podać wyjątki, to nie tak, że ten gatunek nie bawi mnie wcale, a moje poczucie humoru śpi. Jest przyczajone, to prawda, ale są filmy na których wybucham serdecznym śmiechem: Love Actually, Pretty Women, Mamma mia! Nie mogę pominąć mojego ukochanego: Dziennika Bridget Jones. I przychodzi taki czas, kiedy fakt posiadania bloga oraz podczytywania innych stron procentuje. Dostałam cynk! Nakręcono komedię, która mogłaby odpowiadać moim standardom. Dzięki uprzejmości znajomej zza granicy miałam możliwość oglągnięcia tego filmu wcześniej:-) It’s Complicated to film z świetną obsadą (boska Meryl Streep! Jak ona to robi że ma takie ciało w TAKIM wieku?), zabawnymi tekstami, ciekawym pomysłem. Jane (Meryl Streep) rozwódce, matki trójki dzieci dopiero po kilku latach udaje się poskładać życie od nowa po odejściu męża. Psychoterapia, rozkręcenie własnego biznesu – restauracji ale także pomoc dzieci i przyjaciół pozwalają jej stanąć na nogi i cieszyć się życiem. Jane ma na tyle klasy, aby ze swoim byłym mężem Jakem (Alec Baldwin) utrzymywać zdrowe relacje. Choć szczerze nie znosi obecnej wybranki byłego męża, akceptuje jej obecność na imprezach rodzinnych. I właśnie podczas jednej z takich uroczystości, gdy dzieci świętują na mieście ze swoim młodszym towarzystwem a pasierb Jake’a dostaje grypy żołądkowej Jane spotyka eksmęża w hotelowej restauracji. Ponieważ nie mogą udawać że się nie znają siadają razem i piją wino. Z ilością wypitych kieliszków, co ja mówię butelek wina maleje (podejrzewam wprost proporcjonalnie) odległość między nimi. Zaczynają tańczyć (swoją drogą podziwiam, że jeszcze trzymają się na nogach!) i od kroku do kroku… lądują w łóżku. Przychodzi poranek a wraz z nim otrzeźwienie (złośliwi dodadzą: oraz kac). Jane dopadają wyrzuty sumienia. Jej poukładane życie staje pod znakiem zapytania, wypracowane opanowanie ustępuje miejscu seksapilowi, którego ślicznej Meryl odmówić nie można. Jake’owi układ żona i kochanka zdaje się odpowiadać, przebąkuje nawet od odrodzonej miłości do byłej żony. Wszystko (jak tytuł wskazuje) staje się skomplikowane, a sytuacji nie polepsza przystojny (moim skromnym zdaniem znacznie od Alec’a Baldwina) architekt (Steve Martin) zainteresowany piękną kuchareczką Jane… It’s Complicated porusza temat sexu po 50 i rozwodu a przy tym nie jest moralizatorskie i patetyczne ale ciepłe i zabawne.
-------------------------------------------- zdjęcie pochodzi z http://www.filmweb.pl/
piątek, 22 stycznia 2010
"Księżyc w nowiu" Stephenie Meyer
We mnie jak się okazało, wcale nie mało. Drugi tom Sagi Zmierzch – Księżyc w Nowiu pochłonęłam w dwa dni. I był to czas spędzony miło. Zdaję sobie wprawę, że nie jest to książka pozbawiona wad. I nie mam tu na myśli literówki i czasami naprawdę dziwnie złożone zdania, na które nawet ja zwróciłam uwagę, ale chodzi mi o samą treść książki. Jeśli miałabym się czepiać, to wymieniłabym następujące minusy pierwszych dwóch tomów Sagi: - Absolutna ciapowatość głównej bohaterki. Kto z nas, będąc nastolatkiem nie miał wrażenia, że ciało żyje sobie własnym życiem? Ręce były za długie, podobnie nogi, wchodziliśmy w drzwi, zawadzaliśmy o rogi mebli (niektórym z nas, w tym mnie, już tak zostało), ale jak można iść do szkoły (lub w jakiekolwiek inne miejsce) i się trzy razy wywrócić?? Na prostej drodze. W drugim tomie naprawdę nie jest lepiej. Momentalnie miałam ochotę powiedzieć: dziewczyno idź do lekarza, niechybnie masz coś z błędnikiem! Na to są lekarstwa! - Przydługie rozmyślania Belli o życiu i jej związku z Edwardem. - Egoizm Belli, szczególnie krzywdzący Jacoba, ale także w stosunku do innych przyjaciół, którzy przestają się liczyć gdy pojawia się jej Ukochany Wampir, a stają się potrzebni gdy Edward ją zostawia. Nie jest to książka z której można się dużo nauczyć. Ale nie wahałabym się podsunąć jej mojej córce. Uważny czytelnik zwróci uwagę, na skrupulatnie odrabiane przez Bellę zadania domowe;-) Moja ocena w biblionetce 5.0
wtorek, 19 stycznia 2010
"Alaska" Janet Dailey
Co zyska czytelnik zdobywając się na taki wysiłek jak ja? Nie wiem czy jest to najlepiej napisana powieść ukazująca losy mieszkańców Alaski. Zapewne nie. Momentami tylko samozaparcie powstrzymywało mnie przed odłożeniem jej na półkę. Ale nie żałuję, bo można dowiedzieć się z niej naprawdę wiele o podboju dzikiej Alaski przez Rosjan i Anglików. Życie ludów alaski toczy się spokojnie. Żyją oni zgodnie z rytmem przyrody, polując na zwierzęta, szanują starszych a ich największą radością są dzieci. Wszystko to niszczy chciwość. Jest takie powiedzenie, że gdy nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze. Tym razem jest podobnie. Na malowniczych wyspach żyją miliony dzikich zwierząt. Te najcenniejsze, takie jak uchatki stają się powodem, dla którego wiele rosyjskich i później angielskich statków postanawia skierować swój rejs w kierunku Alaski. Spokój Aleutów, Tlinkitów i innych ludów zostaje zakłócony. Kolejne lata to okres ucisku prawowitych mieszkańców Alaski przez najeźdźców, podboju ich krainy, zagarnięciu ziemi, zabijaniu pięknych uchatek, ze względu na ich wartościowe futra, gorączka złota. To czarna karta w okresie Alaski. Akcja książki zaczyna się w 1972 a kończy po drugiej wojnie światowej. „Alaska” Janet Dailey to nie książka historyczna, to powieść, saga o dzielnych, ale czasami też tchórzliwych i nie pozbawionych słabości losach rodu, którego protoplastą są Łuka Karakow i Zimowy Łabędź. Niewątpliwym minusem są dłużyzny. Niektóre wątki niepotrzebnie potraktowane są marginalnie, za to inne rozciągnięte ponad miarę. Moja sympatia i zainteresowanie Alaską wzrosło. Szczególnie podobało mi się przybliżenie zwyczajów i myślenia ludów Alaski. Zaskoczyły mnie zwyczaje seksualne Aleutów: „- Może któryś z cudzoziemców ofiaruje dary, żeby mógł spać ze mną tej nocy. […] Zimowy Łabędź wiedziała, że gdyby jej zrobiono taką propozycję, to mimo prawa do własnej decyzji, nigdy by się na nią nie zgodziła. Mąż nie był posiadaczem ciała swojej żony. Mogła ona spać z innymi, jeśli tego pragnęła.” Podobnie mężczyźni, spędzali noce z kim tylko chcieli. Zastanawiam się tylko jak rozwiązano kwestię dzieci i ojcostwa? Nic na ten temat nie wspomniano w książce ;-) „Alaska” to książka dla miłośników sag i Alaski którzy mają sporo wolnego czasu. Moja ocena 4.5
poniedziałek, 18 stycznia 2010
"Avatar" reż. James Cameron
Urodziny mojego K. były już jakiś czas temu, ale splot okoliczności doprowadził do tego, że nie było czasu na jakieś bardziej uroczyste obchodzenie tego Ważnego Dnia. Jako, że staram się był dobrą dziewczyną (hehe), już wcześniej zaplanowałam, że pójdziemy do kina. Filmy oglądać uwielbiamy. Całe szczęście gust mamy podobny, najczęściej podoba nam się podobny typ filmów (wyjątek stanowi Jim Carrey, którego szanuję za naprawdę dobrą grę, tylko niektóre filmy jak Maska i temu podobne rzeczywiście mi nie podchodzą) więc mogłam śmiało decydować co oglądnąć. Wahałam się pomiędzy 2012 o którym słyszałam, że szału nie ma, więc odpada, Rewersem, który nota bene oglądnęliśmy ciut później i jest świetny, a właśnie Avatarem. Avatar to przepięknie zrobiona bajka. Podoba mi się motyw ekologiczny i wiążące się z nim przesłanie o naszej odpowiedzialności za planetę. Film, choć długi, nie nuży. Od początku do końca siedzimy i delektujemy się nim pogryzając jakieś słodkości (lubię jeść w kinie, sądząc po odgłosach jakie były w kinie, nie tylko ja). Tytułem przybliżenia treści filmu (która nie jest zbyt skomplikowana, ale przecież nie o to chodzi!): Były komandos dostaje możliwość wzięcia udziału w doświadczeniu naukowo-wojskowym. Jake Sully, jako, że jest sparaliżowany, nie miałby właściwie szans, na takie wyróżnienie, gdyby nie fakt, że jego brat bliźniak ginie i szkoda by było stracić specjalnie przygotowanego (wyhodowanego?) dla tego brata Avatara. Mimo braku przygotowania (nauka języka, historii i innych aspektów życia ludu zamieszkującego Pandorę - Na'vi) i kalectwa Jake dostaje zgodę na zajęcie miejsca brata. Dla samego Jake’a jest to wspaniała szansa, aby poczuć się potrzebnym i stanąć na własnych, no prawie własnych bo Avatara – nogach. Dziwnym zbiegiem okoliczności (bez których nie byłoby filmu, to jasne;-)) Jake’owi udaje się poznać Na'vi, uczy się ich zwyczajów, zdobywa zaufanie. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że Sully musi to zaufanie wykorzystać i przekonać lud Na'vi do opuszczenia swojego świętego miejsca. W jaki sposób i czy w ogóle Jake będzie chciał to zrobić dowiemy się z filmu. Niewątpliwymi zaletami Avatara jest magiczny, barwny i niesłychanie różnorodny świat Pandory. Latające góry, sześciu-kopytne konie, drzewo dusz to tylko kilka ciekawostek, a wszystko to można jeść łyżkami. Uważny widz, po wyjściu z kina i otrząśnięciu się z wielkiego „wow” zauważa, że w filmie brakuje drugiego dna, wszystko jest proste i podane na tacy. Myślę, że możemy to spokojnie wybaczyć, wszak nie można mieć wszystkiego.
piątek, 08 stycznia 2010
"Kuźnia na rozdrożu" Ewa Siarkiewicz
O Adeli – głównej bohaterce Kuźni można powiedzieć wszystko, ale na pewno nie to że ma jaja. Przepraszam za niewyszukany język, ale czasami miałam ochotę aż nią potrząsnąć. Trzydziestoletnia kobieta zachowywała się jak zmęczona życiem pięćdziesięciolatka. Oczywiście nie chce być zmęczoną życiem kobietą w jakimkolwiek wieku. Adela natomiast, i mogę to powiedzieć z czystym sumieniem, większość swoich kłopotów miała na własne życzenie. Mąż którego nie kocha, okropni teściowie, to osoby na których obecność się godziła. Na usprawiedliwienie Adeli napomnę o jej dysfunkcyjnej rodzinie, matce która wmawiała jej, że mąż który nie bije i nie pije jest dobry, że nie trzeba go wcale kochać, czy choćby dobrze czuć się w jego towarzystwie. Adela wychodzi za mąż bez miłości, zdaje jej się, że kocha, ale tak naprawdę to lęk przed samotnością był powodem zawarcia tego związku, przed matką, która namawia i grozi, że lepsza partia się już nie trafi. Smutny opis, a książka smutna nie jest. Niejednokrotnie uśmiałam się serdeczne. Kuźnia na rozdrożu to powieść ciepła, pokazująca inną stronę życia – magiczną stronę. Adela oprócz tego że ma beznadziejnego męża, ma coś co jest warte pozazdroszczenia: wiernych, mądrych przyjaciół. To barwna plejada postaci od siostry Laury – byłej kochanki księdza, przez wróżkę Eleonorę, masażystę o boskich dłoniach (i nie tylko!) i wiecznie zakochaną Ulę. Co prawda Kuźnia na rozdrożu to nie książka, którą możemy podsunąć swojemu facetowi, ale mamie i koleżance na pewno. Gdy jakaś cząstka mnie rozumie niezdecydowanie i rozmemłanie Adeli, to mężczyznę Adela niechybnie doprowadzi do szewskiej pasji. Moja ocena w biblionetce to 4.5
czwartek, 07 stycznia 2010
Filmowe odkrycia duże i małe
Ostatnio sporo pisałam o książkach a przecież nie samym czytaniem człowiek żyje (choć rzeczywiście ostatnio gdy tak zimno i szaro na polu niewiele więcej mi potrzeba)! W ciągu ostatnich kilku tygodni udało mi się oglądnąć kilka naprawdę ciekawych filmów i chciałabym się nimi z Wami podzielić. Mieszanka będzie niedobrana pod względem tematycznym, ale będzie te filmy łączyło jedno: były (moim skromnym zdaniem) dobre:-)
W międzyczasie na jabłoń spadają nieszczęścia i możliwość upieczenia jabłecznika staje pod znakiem zapytania. Zdaję sobie sprawę, że mój opis brzmi absurdalnie, ale uwierzcie.. film jest jeszcze bardziej zakręcony. Dla mnie był on po prostu świetny.
Obywatel Milk – opowieść o walce o tolerancję, przypomnienie jak kiedyś było źle. Harvey Milk zdeklarowany gej, na tyle odważny, żeby podjąć próbę pokazania problemów osób homoseksualnych i ich dyskryminacji. To nie opowieść wybielająca osoby o odmiennych preferencjach seksualnych, ale zwrócenie uwagi na jawne łamanie ich praw. Głównym celem Milk’a jest nie pozwolenie na przyjęcie szóstej poprawki pozwalającej na zwalnianie homoseksualnych nauczycieli. Obywatel Milk to pozycja obowiązkowa, szczególnie, że u nas w Polsce z tolerancją też nie jest najlepiej.
Wciąga, mimo kilku niedociągnięć mogę szczerze polecić. Niestety nie samymi dobrymi filmami człowiek żyje, czasami trzeba wpaść na jakiegoś gniota, do którym zaliczyć mogę August Rush (szczególne dno i dziesięć metrów mułu za ostatnią scenę, z założenia pewnie wzruszającą, ale dla mnie kicz bił po oczach), Bezcenny dar (Ultimate Gift) – mega gniot, szkoda tuszu (nawet tego wirtualnego) na opisywanie go. _____________________________________ zdjęcia pochodzą z www.filmeb.pl |
Archiwum
Zakładki:
-------------
Czytam obecnie:
Korzystałam z tej strony z szablonami
Moja Bibionetka
Moja skrzynka mailowa, zapraszam do pisania:-))
kot.w.butach84@gmail.com
Na półce czekają:
Przeczytane
Ulubione
Zaglądam tu:
|