Za 20 lat bardziej będziesz żałował tego czego nie zrobiłeś, niż tego co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj. Śnij. Odkrywaj.
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Wyprawa na Krym

Za oknem zima stanęła na wysokości zadania zasypując śniegiem szare ulice, porozsypywane
śmieci litościwie schowały się pod śniegiem. Jest ładniej. Może zimniej i spacer w taką pogodę wymaga więcej odwagi, to jednak cyklicznie nadchodzące pory roku mają w sobie coś, co uspokaja i sugeruje jakiś sens tego wszystkiego. U mnie kolejne zmiany, niestety rok nie zaczął się dobrze. Przebolałam, trochę poprzeklinałam, zdenerwowanie wybiegałam i przeszło. Wracam do siebie, czego niechybnie objawem są moje coraz szersze wakacyjne plany. I właśnie o wakacjach chciałam dziś pisać. Tych poprzednich. Tak, więc proszę Państwa - zaczynamy, dziś w menu: wyprawa na Krym.

Chodziła za mną ta Ukraina, K po poprzednich (a więc w 2010) wakacjach zapowiadał, że on nie chce, co roku na Ukrainę, że może wreszcie do innego kraju spróbujemy. Ale im bliżej urlopu tym bardziej oboje byliśmy przekonani na właśnie ten kierunek podróży. Trochę obawiałam się logistyki, mieliśmy sztywny czas powrotu, nie mogliśmy pozwolić sobie na swobodny come-back. Trochę się też czailiśmy z tym wyjazdem bojąc się, że zapeszymy, szef nie da urlopu, nie będziemy mieli biletów, noclegów, rozchorujemy się, trafimy na brzydką pogodę (końcówka września nie jest pełnią lata nawet na Krymie). Właściwie zaplanowanie całości zajęło mi jakieś 2 dni, K w tym czasie dzielnie pracował. Dość gładko wyglądało załatwianie noclegów (ukłony w kierunku hospitalityclub i couchserfing), biletami na pociągi zajęła się moja przyjaciółka z Frankivska. Piątek poświęciliśmy na pakowanie i odwiedzimy u stroskanej jak nigdy rodzinki. Sobota była dniem pakowanie, wymiany waluty, dokupowania ostatnich gadżetów.

Jechaliśmy do Przemyśla zupełnie bezsensownym jak się później okazało połączeniem z międzylądowaniem w Tarnowie gdzie zmuszeni byliśmy spędzić 3 godziny, które wlekły się jakbyśmy, co najmniej się tam zameldowali na kilka tygodni. Nie wiem czy zdajecie sobie sprawę, jak wygląda poczekalnia dworcowa nocą. Jeśli nie to niewiele Was ominęło. Już po kilku minutach zrozumieliśmy specyficzne zasady rządzące tym miejscem. Zabawa w kotka i myszkę, tak nazwałabym ten dziwny rodzaj „gry”, który urządzali sobie bezdomni z ochroniarzami. Na terenie poczekalni w nocy (nie wiem jak w dzień), nie powinny przebywać osoby bez biletu, lub ewidentnie nieplanujące podróży, więc odpowiedzialny za porządek mężczyzna robił, co mógł, żeby sumiennie wykonać swoje obowiązki. Było to trudne biorąc pod uwagę, że na dworzec można było wejść z dwóch stron, wejść jedną i wyjść drugą, okrążyć budynek radośnie śmiejąc się w duchu z nieporadnego strażnika. Bezdomni mieli zabawy co niemiara, pasażerowie w związku z koszmarnymi zapachami tych poprzednich – mniej. 3 godziny obserwowania tego widowiska wyleczyły nas raz na zawsze z pomysłu powtórki z rozrywki. Żałowaliśmy, że nie wzięliśmy autka, mogliśmy zaparkować go gdzieś w Przemyślu na te dwa tygodnie, na pewno byłoby to wygodniejsze i mniej męczące.

Nocny pociąg Tarnów – Przemyśl to osobna historia, jednak niezrażeni mknęliśmy do przodu, w kierunku naszych wakacji. Sprawnie przedostaliśmy się przez granicę ciesząc się ze zniesienia konieczności wypełnienia „karteczek” na granicy, które skutecznie opóźniały zawsze kolejkę. Poznana na granicy grupka polaków również wybierała się na Krym planując zaliczenie chyba wszystkich atrakcji tej części Ukrainy łącznie z przeprawą przez góry z namiotami. Nasze plany były mniej ambitne – chcieliśmy po prostu odpocząć. A jeśli przy okazji uda się, co nie, co „skubnąć” zabytków i ciekawych miejsc tym lepiej. Życzyliśmy im szczerze powodzenia wiedząc, że Ukraina to taki specyficzny kraj, który czasem plany podróżnych bardzo modyfikuje.

26 godzinna podróż pociągiem była bardzo przyjemna. Wrzesień jest już chłodniejszy na
Ukrainie, nie smażyliśmy się, więc w pociągu jak w piekarniku. Jak zwykle kupiliśmy miejsca „bokowe” tym razem nie centralnie naprzeciw ubikacji, więc było podwójnie przyjemnie.

Odnośnie „techniki” kupowania miejsc w pociągu można w Internecie znaleźć wiele stron. W
przypadku kupowania tylko dwóch biletów polecam „bokowe” miejsca. Najlepiej po środku wagonu, ewentualnie bardziej z przodu. Zwykle, gdy opowiadaliśmy innym o warunkach podróży na Krym zauważaliśmy, że nasi rozmówcy w myślach podejmowali decyzję „nie, dziękuję”. Niesłusznie. Podróży na Krym nie należy się bać. Osobiście czuję się bardzo bezpiecznie w tych pociągach, są punktualne, docierają w wiele miejsc i co najważniejsze są naprawdę tańsze od naszego rodzimego PKP. I moim skromnym zdaniem wygodniejsze. Pomijam oczywiście kwestię ubikacji, jednak czy w nasze koleje często stają na wysokości zadania?

Poznani w pociągu dwaj Ukraińcy (jeden z nich to obowiązkowo Andrij – czasem miałam
wrażenie, że połowa mężczyzn z tego kraju nosi to popularne imię) pomogli nam znaleźć autobus (marszrutkę), który zawiezie nas na dworzec Centralnyj skąd odjeżdża autobus do Kerch (Kercz). Towarzystwo tych dwóch zabawnych mężczyzn umiliło nam podróż. Pomimo bariery językowej (oni nie mówili ani po angielsku ani po polsku) całkiem przyzwoicie dawaliśmy sobie radę. Jeden z nich opowiadał, że skończył prawo i przez pół roku pracował w kancelarii, ale że zarabiał tak mało (podobno jak na prawnika na Ukrainie i tak nieźle), że został kucharzem w Rosji, gdzieś na platformie wiertniczej. Żartowali, że połowa ukraińskich studentów studiuje prawo a druga połowa ekonomię. Nie potrafił odpowiedzieć na moje pytanie, dlaczego w takim razie, pomimo wiedzy o wybitnym nasyceniu rynku tymi zawodami, kolejni studenci decydują się na podjęcie takich studiów. Jeśli dołoży się do tego wysoki koszt studiów, często płatnych oficjalnie lub nieoficjalnie (co mogłoby być tematem na inny wpis) to jest to inwestycja bardzo nieopłacalna.

Dworzec Centralnyj w Simferopolu jest naprawdę świetnie zorganizowany. Ku naszemu zaskoczeniu większość dworców na Krymie jest wyremontowana, dostępne są w miarę aktualne informacje (na rozwieszonych tablicach, co do których lepiej zawsze się dopytać), bilety na busy sprzedawane są w kasie wraz z miejscówkami. Osobno dokupowany jest bilet na bagaż, nie kosztuje to dużo, ale jest sprawdzane. Tuż przed odjazdem do każdego autobusu wchodzi pani i kontroluje bilety pasażerów.

Kupiliśmy bilety, zapakowaliśmy nasze bagaże i odrobinę przerażeni wyglądem marszrutki
rozsiedliśmy się na naszych siedzeniach zjadając piąte tego dnia śniadanie (lub obiad, lub kolację, odrobinę nam się poprzestawiały pory dnia, ale żołądek K z częstotliwością raz na godzinę przypominał o naszych obowiązkach). Wyruszyliśmy w czterogodzinną podróż na wschód: z Symferopola do Kerczu, która bardziej przypominała Rajd Dakar niż regularny kurs public transport. Kierowca z zblazowaną miną wyciągał z silnika „ile fabryka dała” nie przejmując się czymś tak prozaicznym jak ograniczenia prędkości i czarną jak oko wykol noc, dziarsko wyprzedzając znacznie bardziej „wypasione” auta, trąbiąc zdecydowanie na tych jadących poniżej setki. Po 4 godzinach naszej szaleńczej podróży byliśmy zdrowo wytrzepani ale na miejscu - szczęśliwie w jednym kawałku. Byliśmy w Kerczu.

środa, 28 grudnia 2011
"Dziewczęta z Szanghaju" Lisa See / końcowo-roczne porządki

Koniec roku pod znakiem próby „pchnięcia” zaległych rzeczy w myśl, której: odwiedziłam ostatni raz dentystę (ząbki wyglądają ślicznie), jadę do Opola, wtłaczam do głowy najnowsze (i sporo zaległych) słówka z kursu, próbuję zrobić jak najwięcej projektów, spotkam się ze znajomymi, powysyłałam własnoręcznie zrobione karteczki (kto już dostał?). Również w życiu prywatnym sporo zmian: mój K wreszcie wraca do Krakowa, zmienia pracę :-)

Jednym z „końcowo-rocznych” zadań jest także dodanie tej notki, którą w głównej mierze chciałabym poświęcić książce „Dziewczęta z Szanghaju” autorstwa Lisy See.

Zapewne każdy zna (o ile nie czytał) świetnie napisaną „Kwiat śniegu i sekretny wachlarz”, którą polecam z całego serca. Oto opowieść z tajemnym języku kobiet w Chinach a także szczegółowe studium krępowania stóp, tradycji (makabrycznej), która była przez wieki kultywowana w tym kraju (z tego, co pamiętam jakoś do początków XX wieku).

Kolejna czytana przeze mnie „Miłość Peonii” zanudziła mnie straszliwie. Za dużo tam było jak na mój gust połączenia duchów z rzeczywistością, momentami nie wiedziałam, czy dane zdarzenia dzieją się naprawdę, czy są wytworem wyobraźni głodującej Peonii, czy może kolejną opowieścią, baśnią, lub wierzeniem. Jeśli ktoś „lubi takie klimaty” i ma silną potrzebę poznania wierzeń odnośnie pośmiertnych losów to jest to książka warta polecenia. Mnie ona rozczarowała.

Ostatnią czytaną przeze mnie powieścią pani See były „Dziewczęta z Szanghaju”, całkiem przyjemna, różnorodna, pozwalająca poznać spory kawałek historii opowieść. To jak tytuł wskazuje historia dwóch kobiet z Szanghaju, które zmuszone są w czasie Japońskiej okupacji do ucieczki z rodzinnego kraju do USA. Poznajemy wpływ znaków zodiaku na charakter człowieka, nęceni jesteśmy smakowicie opisanymi potrawami, wydaje mi się też, że odrobinę bardziej zaczynamy rozumieć mentalność ludzie z tamtego rejonu świata. I właśnie tutaj mam odrobinę trudności z oceną tej książki. Z jednej strony, mam wrażenie, że opisy zawarte w książce są zbyt suche, coś nie do końca mi się „klei”. Może to właśnie wynikać, z wspomnianych wcześniej różnic kulturowych. Z drugiej strony na końcu książki czytamy listę podziękowań od autorki dla konkretnych osób wraz z zasługami. Pani Lisa See informuje czytelnika skąd czerpała informacje na temat znaków zodiaku, historii, przesłuchań, którym poddawani byli obywatele innych państw próbujących dostać się do Ameryki. Wydawało mi się, że autorka najpierw zebrała całą masę informacji a później wpasowała w nie historię szanghajskich dziewcząt. Zapewne pani See, chciała być jak najbliższa prawdy historycznej (i rzeczywiście ta książka to niezłe kompendium wiedzy tamtego okresu), jednak jak dla mnie zrobiła to (odrobinę!) kosztem postaci.

Nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie, to tylko taka luźna dygresja, książkę gorąco polecam, bo naprawdę jest dobra.

11:30, kot_w_butach84 , kocie czytanki
Link Komentarze (13) »
niedziela, 27 listopada 2011
Opolszczyzna na rower cz. 1 Zawadzkie - Hubertus

Jeśli miałabym podać przepis na udane wakacje to byłyby to: rower, książki, jeziora, lasy, lasy, lasy. Tegoroczne wakacje uświadomiły nam też naszą wielką miłość do morze. Ale nie morza, jako synonim równomiernego opiekania się jak na patelni na zatłoczonej, hałaśliwej plaży. Na nasze szczęście Morze Azowskie i Morze Czarne oszczędziły nam tego typu atrakcji. Ale o tym w innym wpisie będzie.

Wróćmy do naszego przepisu. Gdy wysyłaliśmy CV nastał taki moment, gdy musieliśmy podjąć decyzję i pogodzić się z myślą o wyjeździe. Było to tym trudniejsze, ponieważ ja wciąż studiuję w Krakowie a K kategorycznie przeciwstawiał się zamianie moich dziennych studiów na tryb zaoczny, jednocześnie wiedząc, że może to oznaczać rozstanie. CV mojego ukochanego zaczęło docierać drogą elektroniczną poza Kraków, ba! Nawet poza Małopolskę. Odnośnie szukania pracy mogłabym napisać niejeden poradnik. Czuję się jak stary wyjadacz listów motywacyjnych a napisanie całkiem niezłego CV nie stanowi dla mnie problemu. I tak K znalazł pracę w województwie Opolskim. Nasze wyobrażenie o tym rejonie było mizerne, te tereny kojarzyły nam się ze Śląskiem, zadymieniem i generalnie mało przyjemnymi rzeczami. Szybko postanowiliśmy nadrobić edukacyjne braki, przestudiowaliśmy mapy, strony internetowe i dotarło do nas, że trafiliśmy do zagłębia rowerowego! Okolice, w których przeszło nam mieszkać (mnie więcej w wakacje), zostały niechybnie stworzone wprost dla nas. Przepiękne lasy, pola i – co najważniejsze! – kilometry świetnie oznaczonych tras rowerowych. Nie mogliśmy uwierzyć naszemu szczęściu. Wprost przyrośliśmy do rowerów. My i chyba wszyscy mieszkańcy miasteczka, w którym zamieszkaliśmy. Wyprawy do sklepów, na pocztę czy do szkoły, nikt nie pokonywał ich piechotą. Tysiące rowerów, praktycznie nigdy nieprzyczepianych, tylko opartych o barierki lub zaparkowanych w wszędzie dostępnych miejscach parkingowych dla rowerów. Gdy tylko K wracał z pracy, odgrzewaliśmy obiad zawczasu ugotowany wcześniej (poniedziałek stał się naszym dniem gotowania na cały tydzień. Zupełnie nie przeszkadzało nam jedzenie przez kilka dni pod rząd tego samego. Dania arabskie, sosy, zupy gulaszowe dzielnie czekały rozlane na trzy garnki w lodówce na swoja kolej) wsiadaliśmy na rowery szusując gdzie nas oczy poniosą.

I właśnie jedną z takich wycieczek chciałabym Wam dziś zaproponować:

Startujemy z Zawadzkiego żółtym szlakiem dość szybko wjeżdżając w las. Nie mamy problemu z orientacją, większa część szlaku jest intuicyjna, oznaczenia są częste a w strategicznych miejscach ustawione są tablice informacyjne.

 Szerokie ścieżki

 Piękne lasy

Trasy w większości bardzo komfortowe, momentami tylko piaszczyste zmuszające do prowadzenia roweru.

 

 Zielono!

 Magicznie

 Spokojnie

 Cicho

 

 

Niespodziewanie obok stawu Huberta znajdujemy miejsce kaźni żołnierzy Polskich. Jak czytamy: "W nocy z 25 na 26 września 1946 funkcjonariusze UB zwabili podstępem ok. 140 żołnierzy oddziału Bartka z Podbeskidzia następnie ich rozbrojono i zamknięto w stodole, którą obrzucono w nocy granatami, podpalono i wysadzono w powietrze."

To bardzo przejmujące miejsce. Tam po raz kolejny uświadamiam sobie jak mało wiem o historii Polski.

 

 

 

 

 Staw Hubert

 

 Wracamy w promieniach zachodzącego słońca.

To piękna i pouczająca wyprawa, w sama raz na jedno popołudnie. Niestety samego stawu nie możemy oglądać z bliska ze względu na ogrodzonie i tablice informujące, że jest to teren szpitala psychiatrycznego.

Osobiście mogę powiedzieć, że pokochałam opolszczyznę. Jest tam może odrobinę zbyt płasko, ale te lasy, czyste powietrze, bezkresne przestrzenie pozwalają odpoczać. Szlaki rowerowe są kapitalnie oznaczona i chyba jeszcze mało znane, bo niewiele osób nimi jeździ. Sądzę, że na pewno się to zmieni - wszak to tereny stworzone na wakacyjny wypoczynek!

Zapraszam i polecam ;-)

sobota, 19 listopada 2011
"Ciało" Tess Gerritsen

Mało skomplikowany wątek kryminalny, przyjemny romansik, dająca się lubić główna bohaterka, jeśli są opisane przez sprawną autorkę dają gwarancję, że podróż pociągiem przestaje być uciążliwym obowiązkiem. Podobna kombinacja w przypadku drewnianego pisarza może powalić na kolana, wydłużyć o kolejne godziny opóźniony ponad zdrowy rozsądek pociąg PKP.

Godzinna rozmowa z współpasażerką (o córce studentce stomatologii i synu studencie medycyny we Wrocławiu), dwie godziny czytania, godzina zerkania przez okno na kolorowe pola, lasy i mniej kolorowe miasteczka i jakoś dojechałam do Krakowa. PKP zbliża ludzi, to nieprawda, że ludzie ze sobą nie rozmawiają, co tydzień spotykam kogoś ciekawego, wymieniamy uwagi, czasem rady (dwa tygodnie wcześniej wyjaśniałam, na czym polega hospitality club w zamian słuchając o rehabilitacji dzieci z zespołem Downa i autyzmem). Najgorsze jest oczekiwanie na pociąg, gdy z głośnika, co kilka minut słyszymy znudzony, ale niezmarznięty głos informujący, że pociąg spóźniony jest n minut a jego opóźnienie może ulec zmianie do n2.

Akcja zaczyna się w momencie, gdy do prosektorium zostaje przywiezione nowe ciało, co samo w sobie nie powinno nikogo dziwić, wszak na tym polega ta praca. Jednak sprawa wydaje się dość podejrzana, ponieważ doświadczona Kat Novak – lekarz sądowy – ma problemy z zidentyfikowaniem przyczyn śmierci. Wkrótce pojawiają się kolejne ofiary, a odważna pani doktor podejrzewa o wszystko tajemniczego właściciela firmy farmaceutycznej Cygnus.

Na tle dużo ambitniejszych książek „Ciało” wypada bladziutko, ale w swoim gatunku jest całkiem przyzwoite. Polecam.

20:37, kot_w_butach84 , kocie czytanki
Link Komentarze (7) »
niedziela, 13 listopada 2011
Skutki parkowania równoleglego

Mamy (ja i K) dość osobliwą awersję, no może niechęć będzie właściwszym słowem, mianowicie nie lubimy: tankować. Nie wynika ona z faktu konieczności uiszczenia coraz to wyższych kwot za tą samą objętość paliwa, nie. My prostu nie lubimy samej tej czynności, konieczności zjechania z ustalonej trasy, wysiadania, stania w kolejkach, zapachu stacji benzynowej. Takie z nas leniwce. Odwlekamy tą czynność jak daleko jesteśmy w stanie. Sądzę nawet, że K jest w tym nieco lepszy, skrupulatnie oblicza ile jeszcze mamy gazu, ile możemy przejechać kilometrów dowodząc absolutną zbędność naszej obecności na stacji benzynowej. I właśnie te obliczenia (a raczej błąd w ich wykonywaniu) stały się przyczyną pewnych niebezpiecznych zdarzeń.

Było już całkiem późno, jechaliśmy do K na mieszkanie planując ten przyjemnie zapowiadający się wieczór. W pewnym momencie nasze autko zaczęło przemieszczać się po ulicy ruchem dżdżownicy: przód-stop-przód-stop. Wyraźnie coś było nie tak, Kubuś (tak pieszczotliwie nazywamy naszego śmigacza) był głodny, TU i TERAZ, tym samym udowadniając nam, że co, jak co ale matematyka nie jest naszą silną stroną. Z paniką w oczach ja, K i Kubuś wyglądaliśmy paliwodajni. Resztkami rozpędu (pomogła nam w tym pewna pochyłość terenu i zielone jak nigdy światła na drodze) doturlaliśmy się na najdroższą (a jakże!) stację. Rozpędu niestety nie starczyło na jazdę zgodnie z nakazanym kierunkiem w wyniku, czego tankować postanowiliśmy „pod prąd”. Auto zgasło i z rozdziabioną paszczą czekało na jedzonko. Poczekać musiało godziną – wielka ciężarówka (stojąca przepisowo) dopompowywała gaz. Godzinę później odrobinę obrażony Kubuś ruszył dziarsko w kierunku mieszkania K. Jak zwykle udaliśmy się w kierunku ulubionego miejsca parkingowego, które jak się okazało jest ulubionym miejscem, co najmniej połowy osiedla. Nasze (!) ślicznie prostopadłe poletko zajęte było bezczelnie przez jakieś wypasione bryki. Chcąc nie chcąc odjechaliśmy w kierunku mniej lubianego – równoległego kawałka jezdni. Okrążyliśmy blok i w dość ciemnym zaułku zaczęliśmy przypominać sobie
wszelkie rady instruktora jazdy dotyczącej tej ciężkiej ewolucji. Wysiadłam i wydając wskazówki próbowałam pomóc K. Chwilę później K zamiast być coraz bliżej krawężnika przesuwał się ruchem zygzakowatym na środek jezdni. Zrezygnowana podniosłam wzrok szukając bardziej dogodnego niż malutkie 10x10 metrów jezdni. Podniosłam wzrok, popatrzyłam na bandziorów demolujących auto obok i wróciłam do wydawania poleceń. ??? Tym razem wgapiłam się w dziesięciu zakapturzonych właścicieli wielkich bejsboli chłopaczków jednocześnie uświadamiając sobie, że parkowanie równoległe już nigdy nie będzie naszą mocną stroną – spadamy stamtąd. Ze zwinnością księżniczki, która wsiadanie i wysiadanie z limuzyny ćwiczy godzinami wgalopowałam do autka i zawyłam do ucha skupionego na parkowaniu K: szybko jedziemy stąd!!!! K zaskoczony był aż tak nagłym wybuchem awersji do równoległego parkowania. Znów powtórzyłam moje żądanie: Spadamy stąd!! Kubuś jak rzadko odpalił tylko za drugim razem i przyspieszyliśmy do 100km/h w ciągu jakiś 3 sekund pod drodze mijając drugą grupkę obciążoną długimi drewnianymi przyrządami do demolowania wszystkiego, co bezczelnie stoi na drodze tych dzielnych wojowników. Chłopcy wyraźnie szli na spotkanie tych pierwszych dżentelmenów. Pech chciał, że my i nasz Kubuś staliśmy na drodze ich romantycznego spotkania.

Łamiąc kilka przepisów drogowych pognaliśmy w kierunku innych
prostopadłych samochodowych postojów próbując przypomnieć sobie numer na
policję. K trzeźwo podał mi telefon i polecił dzwonić. Policjant był konkretny,
rzeczowy a rozmowa odbyła się szybko, w przeciwieństwie do innej naszej rozmowy
z przedstawicielami władzy, kiedy to bardziej niż jeżdżący po alejkach ludzie z
bronią interesujący był nasz kod pocztowy, adres i powody przeszkadzania w
niedzielnepopołudnie.

Chwilę poczekaliśmy stojąc prostopadle (a nie mówiłam!)
obiecując sobie solennie, że a) przekonamy się do częstszego odwiedzania stacji
benzynowej, b) parkowanie równoległe wyraźnie nie jest naszym powołaniem.

09:45, kot_w_butach84 , Kot za kółkiem
Link Komentarze (2) »
środa, 26 października 2011
Na karuzeli

Do wakacji daleko, przecież co dopiero z nich wróciłam, więc teoretycznie nie powinnam być taka zmęczona. Raz po raz przeglądam kalendarz sprawdzając czy 11 listopada wypada jakoś rozsądnie (w tym roku idealnie bo w piątek) co by przedłużyć weekend. Myślę o Świętach (jestem w stanie zaakceptować mrozy, ciemno i śniegi byle mieć wolne), już bym chciała pucować szafki i łazienkę (mam nadzieję, że nikt z mojej rodziny tego nie czyta) byleby nie musieć wychodzić z domu i gnać na uczelnię, do pracy czy nie wiadomo gdzie. Marzę o wolnych weekendach, niedzielach, które można spędzić gotując w kuchni coś pysznego a nie na przedzieraniu się przez trzy województwa busem-autobusem-pociągiem. Ostatnio czytałam, że MPK Kraków ograniczyło liczbę kursów i rzeczywiście ludzie jeżdżący autobusami (tramwaje omijam, jakoś nie lubię) przypominają bardziej glonojady rozpłaszczone na szybie niż relaksujących się z książką świadomych zalet komunikacji publicznych użytkowników.

Ale co jakiś czas zatrzymuję się w miejscu, czytam słowa bliskiej osoby „Take care of your health......ok?) I need you ;)” i już wiem, że to ma sens, bo jeszcze trochę się „sprężę” i będzie łatwiej. Bo czasem lepiej pogadać przez telefon choćby o 1 w nocy, pośmiać się wspólnie do słuchawki niż pospać godzinę dłużej.

I gdy podejmuję się kolejnych zadań, zgłaszam na kolejne szkolenie, planuję następną wyprawę, angażuję w niepewne przedsięwzięcie przypominam sobie moje motto:

„Za 20 lat bardziej będziesz żałował tego czego nie zrobiłeś, niż tego co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj. Śnij. Odkrywaj.”

To trochę jak samospełniające się życzenie ;-)



09:39, kot_w_butach84 , kot myśliciel
Link Komentarze (8) »
czwartek, 13 października 2011
Krym - wróciliśmy :-)

Pomysł wyprawy na Krym kiełkował we mnie już od kilku lat, kiedy to miałam okazję wybrać się tam po raz pierwszy podczas mojego Ukraińskiego stażu. Jako że nie lubię wracać dwa razy w to samo miejsce, a K kategorycznie powiedział, że jedziemy tylko tam gdzie ja jeszcze nie byłam nasz wzrok padł na niedocenianą wschodnią część Krymu.  Odwiedziliśmy kolejno: Kerch (Kercz), Feodosiya (Teodozja), Sudak. Były to nasze miejscowości wypadowe z których udaliśmy się do:  Kurortne, góry Kara Dag, Novyi Svit (Nowy Świat). W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w Odessie (2 dni) i dzień w Lwowie.  Obliczyliśmy, że pokonaliśmy około 5000 km pociągami, busami, marszrutkami i piechotką.

To były dwa szalone, intensywne, ale pod względem odpoczynku psychicznego spokojne wakacje. Zaplanowane „na wariata” z obawą, że w ostatnim momencie ja lub K nie dostaniemy urlopu, wypadnie coś, co nas zatrzyma. Baliśmy się nawet marzyć o wakacjach, mówiliśmy o nich mało a przyparci do muru zgodnie twierdziliśmy że nie wiemy dokładnie gdzie pojedziemy (choć w głowach było tylko jedno: KRYM). W ciągu jednego dnia znalazłam noclegi (co moja przyjaciółka określiła jako cud i duży fuks, który zwykle mnie nie opuszcza). Przyjaciółkę z Ukrainy poprosiłam o kupno biletów na pociąg Lwów - Simferopol i Odessa - Lwów. Pracę skończyliśmy w piątek (Opole), w sobotę lataliśmy jak kot z pęcherzem pod Krakowie kupując niezbędne na wyjazd rzeczy i około 22 wpakowaliśmy się do pociągu jadącego do Rzeszowa, gdzie spędziliśmy ponad 3 godziny (które były dla nas niczym tydzień), czekając na pociąg do Przemyśla.

Tam zaczęła się nasza Krymska przygoda :-)

W kolejnych wpisach chciałabym podzielić się z Wami moimi wrażeniami, subiektywnymi radami i całą masą zdjęć.

Zapraszam serdecznie!



środa, 28 września 2011
Krym

Witam!

Nie chcialam nic wczesniej pisac, zeby jak to sie mowi nie zapeszyc (bylo wiele przeciwskazan i niejasnosci) ale aktualnie jestesmy na Krymie a konkretnie w Kerch :-) Jest pieknie, slonecznie, smacznie. Dzis w planach Morze Azowskie i slone jezioro z lecznicza glina.

Wszystko fotografuje, wiec foto i opiso - relacja bedzie na pewno. A jest co pisac!

Staramy sie ostatni rok ciezkiej pracy zostawic za soba, nie jest latwo, czasem wraca ale walczymy.

Dobrego dnia dla Was!

Pozdrawia kot w butach - podroznik :]

piątek, 26 sierpnia 2011
Suceava (Suczawa) - czyli trzydniowy powrót do Polski

Jako, że opanował mnie nastrój walizkowy a z pracy nijak nie możemy się teraz „urwać” z jeszcze większą przyjemnością wracam do wspomnień minionych wakacji, planując co zwiedzimy tego roku. Przeglądając te wszystkie GB zdjęć zwróciłam uwagę na to, że jak do tej pory nie opisałam na łamach mojego bloga całości naszej rumuńsko-ukraińskiej przygody.  Zdaje się, że skończyłam na Sibiu i na naszej wyprawie w góry Rumunii. Ten odcinek chciałabym zostawić na koniec, dziś mam ochotę opisać naszą trwającą 3 (słownie: TRZY) dni drogę powrotną.

Bezrobocie ma swoje zalety - stęskniony pracodawca nie czeka na swojego niewolnikiem, czas powrotu wyznaczają proste i ekonomiczne zasady: data odwrotu planowana jest wraz z pojawieniem się dna w portfelu. Mało stęskniona rodzina kota w butach zbytnio nie zaprzątała sobie głowy, kiedy koci włóczęga planuje powrócić na łono ojczyzny. Nie gonił nas czas, mogliśmy pozwolić sobie na powolną „reemigrację”, długie stanie na granicy rumuńsko-ukraińskiej (tego akurat nie planowaliśmy, to zostało nam, że tak powiem zagwarantowane „w pakiecie”), zwiedzanie Suceavy, zakupy na granicy ukraińsko-polskiej (zgodnie z normami, o które można zapytać kota w butach nawet w środku nocy i które kot w butach zapominając swoje własne imię, pamiętać będzie).

Rumuńsko (wspomagani słowniczkiem w przewodniku) - rosyjskim (nie wiedzieć czemu właściciele pensjonatu w którym się zatrzymaliśmy starali się mówić do nas po rosyjsku zakładając, że jest to język, którym każdy polak włada tak dobrze, jak drugim ojczystym. U gospodyni spowodowane było to prawdopodobnie – jak odkryliśmy później – popijanym alkoholopodobnym płynem, być może samą palinką, słynną rumuńską wódką. Nota bene: nasi hostowie z Cluj Napoca z dziką radością odkryli, że głowy ich polskich gości – czyli nas – są znacznie mocniejsze niż innych gości, np. z Niemiec czy z innych krajów) poinformowaliśmy gospodarzy, że wyruszamy w poniedziałek rano.

Spakowaliśmy nasze sto kilo bagażu do auta gospodarza, który jak co poniedziałek jechał do Sibiu na zakupy, pożegnaliśmy się z tymi pięknymi okolicami i wyruszyliśmy w naszą pielgrzymkę powrotną.

Pierwszym przystankiem było Sibiu, które jak na złość przywitało nas słoneczkiem, błękitem nieba idealnym do zdjęć (co można zobaczyć na moim poprzednim wpisie o Sibiu). Kot w butach przekonał K do przytargania całych bagaży wzdłuż i wszerz zabytkowego miasteczka radośnie zapełniając kartę pamięci ślicznymi zdjęciami. W między czasie kupiliśmy bilety na pociąg (co dało nam jeszcze kilka godzin zwiedzania) i wróciliśmy do naszego zwiedzania z „obciążeniem”.

Pod koniec zrobiliśmy nalot na spożywczak kupując całkiem przyzwoite salami, jako, że rumuńskie drożdżówkopodobne  (coś podobnego jak na Ukrainie, trójkątne drożdżówki smażone w głębokim tłuszczu z nadzieniem od typowo drożdżówkowego z dżemem, przez serowe (także z żółtym, zwykle to kupowaliśmy, choć dość słone) aż do ziemniaczanych (też lubię w domu czasem piekę takie przekąski dosypując pieprzu ziołowego) i mięsnych) przekąski wychodziły nam już bokiem zapakowaliśmy się do super wygodnego pociągu.

dworzec w Sibiu

W środku pociągu znajdowała się ubikacja, która czystością i świeżością odpowiada nie jednej domowej łazience i która wprowadziła kota w butach (i także K, do czego przyznał się później) w konsternację dziwnie zasysając próżniowo i „przeżuwając” (wybaczcie, nie znajduję innego słowa) klozetową zawartość , zupełnie jak w samolocie.

pociąg

Co przyjemne szybko się kończy i tak po jakiś dwóch godzinach dotarliśmy do Dupanowic Małych – jak roboczo nazwaliśmy Vintu de Jos (niewiele się pomyliliśmy).

Wszyscy pasażerowie (w tym my, radośnie idąc w ślady naszych południowych współpasażerów) nieomal wzięliśmy prysznic w tej oto zimnej, przyjemniej, ochładzającej, świeżej (mam nadzieję, bo później wszyscy się nią napoiliśmy, ale sądzę, że było ok. bo nic nie wskazywało że nie;-)) wodzie:



Z rozbawieniem zauważając tą oto tabliczkę:



Godzinę później wsiedliśmy do mniej wypaśnego, lecz bardziej polskiego (haha) pociągu i udaliśmy się w nocną podróż pociągiem przez całą Rumunię. I tutaj chciałam zatrzymać się kawałek. Rumunia nie wydaje mi się być krajem mniej bezpiecznym niż Polska. Sądzę, że te same zasady rozsądnego podróżowania można przypisać do obu krajów a więc: rozsądne wybieranie współtowarzyszy przedziału, nie zasypianie, głębokie schowanie cennych rzeczy, ostrożność i jeszcze raz ostrożność. Jak się w trakcie podróży okazało, nasi współtowarzysze za nic mieli wymieniowe wcześniej rady, dość szybko zapadli w sen (babcia z wnuczkiem, plus kilka innych osób różnych płci) licząc zapewne, ze złodzieje śpią a my czuwamy. Zdrowy rozsądek nie pozwolił  dołączenia do śpiącej brygady, na zmianę kimaliśmy mordując się niemiłosiernie podczas gdy towarzysze radośnie przewracali się z jednego boku na drugi (zmieniając układ kto pod kim leży, podczas snu granice gdzieś się zatarły i wszyscy leżeli podkładem). Złodziej się nie pojawił, maksymalnie niewyspani dotoczyliśmy się do Suceavy w godzinach wczesno-rannych.

dworzec kolejowy Suceava

Poczekaliśmy na dworcu aż wzejdzie słońce i wpakowaliśmy się do autobusu jadącego do centrum licząc na dobrą pamięć kota w butach, która w tym rumuńskim natłoku tabliczek z abstrakcyjnie brzmiącymi nazwami rozpozna tą pożądaną wybraną dwa tygodnie wcześniej w drodze przeciwnej. O dziwo się udało i chwilę później dotargaliśmy coraz cięższe (w skrytości ducha podejrzewałam K o dokładanie kamieni do naszych siat, toreb, plecaków i plecaczków) pod ten oto malowniczy monastyr:

 Biserica Sf. Ioan Botezatorul – Monastyr Jana Chrzciciela. 

Całkiem blisko (z międzylądowaniem w Mc Donald’s na frytki i mycie zębów) jest Dom Polski

 i Monastyr Jana Nowego:



Z wiedzą laika ale zapałem zdobywcy K2 obfotografowaliśmy każdą ścianę, malunek, przybudówki nie wgłębiając się zbytnio w rozwlekłe opisy w przewodniku (architekt i historyk złapaliby się w tym momencie za głowę) ciesząc się spokojem (i chłodem w rozgrzanej już całkiem Suceavie).

Kotu w butach udało się namówić K na zaliczenie kolejnych punktów MUST SEE w Suceavie. Dowlekliśmy się do ruin zamku dość przyjemną trasą wzdłuż drogi,

spotykając kolejne, przyjazne (na szczęście) i rozleniwione psy (jeden z nich podbił nasze serce i gdyby nie kontrola na granicy niechybnie stałby się on obywatelem naszego pięknego kraju. Niestety, z bólem serca, musieliśmy zostawić pieska, karmiąc go wcześniej całą pozostałą salami). Zwiedzanie zabytku zostawiliśmy grupie emerytów, która właśnie podjechała na parking. My zadowoliliśmy się zdjęciami z oddali:



A to jeszcze inny monastyr, nie mam pojęcia jak się nazywa bo przewodnik został w Krakowie, w każdym razie załapaliśmy się nawet na nabożeństwo:



na pewno prze-wygodne krzesełka


I w końcu daliśmy się w kierunku dworca autobusowego (wyjątkowo obskurnego ale z dobrze mówiącą po angielsku panią w okienku) po drodze zahaczając o inne punkty kontrolne:



polski akcent i katolicki (bodajże też polski, nie pamiętam) kościół



punkt informacyjny (polecam!)

Rumunia to także Unia Europejska

Odsiedzieliśmy swoje na dworcu (każde pięć minut było ciężkie) obserwując zaczepiające wszystkich i ubrane w jakieś pstrokacizny Romki (nie mylić z Rumunami – obywatelami Rumunii, którzy swoim wyglądem niczym nie różnią się od Polaków. Nieraz jadąc autobusem  odnosiłam wrażenie, że są oni z wyglądu bardziej „polscy” niż np. Ukraińcy ze swoimi dość charakterystycznymi rysami. Co ciekawe Rumuni do Romów (o liczebności podobnej jak np. na Słowacji) są dość ostrożni) wpakowaliśmy się do busa z kierowcą mówiącym, ku naszej nieukrywanej uldze, po ukraińsku, dość mieliśmy obcobrzmiącego i nic nam nie mówiącego języka rumuńskiego.

W marszrutce spotkaliśmy kreującą się na znawczynię Rumunii, Ukrainy i tamtejszych gór polkę. Te kilka godzin jazdy i postoju na granicy minęło nam dzięki temu przyjemniej, choć musieliśmy słuchać takich perełek jak opowieści o wielkim oburzeniu, że w Wilnie kelner nie chciał mówić po polsku. Widać byliśmy bardzo zmęczeni (druga doba niespania) bo wtedy te historie wydawały nam się nawet ciekawe, dopiero w domu uświadomiliśmy sobie, że mówienie w Wilnie po polsku jest co najmniej tak rozsądne jak mówienie w zachodniej części Ukrainy po rosyjsku. Niemniej jednak zawarliśmy chwilową znajomość i posłuchaliśmy o jej przygodach. 

Przekroczyliśmy granicę i dotarliśmy do Czerniwców (Czerniowce, Chernivtsi).

dworzec Chernivtsi (Czerniowce)

Tam kupiliśmy bilety na nasz kolejny (już 7) całonocny środek transportu do Lwowa i wyruszyliśmy na poszukiwanie lodów i czegoś do jedzenia.

zabytkowy czołg w Chernivtsi

Kilka napotkanych „maghazynów (ukraiński sklep z charakterystycznym akcentem na „gh”, który dla przeciętnego polaka jest nie do wymówienia) sprzedawało lody z datą ważności gwarantującą salmonelle „for free” więc w sto-stopniowym (w-cieniu) ciepełku z dwustu-tonowym bagażem udaliśmy się jeszcze dalej aż trafiliśmy na dość dobrze wyposażony spożywczak. Lody sobie darowaliśmy, kupiliśmy coś mniej psującego się i wróciliśmy na dworzec, gdzie dołączyliśmy do zbieraniny ludzi różnie pojmujących pojęcie „higiena”.

Kolejne godziny podróżowania praktycznie uśpiły nasze nosy, nawet w pociągu bliskie sąsiedztwo (tak tak jest gdy bilety kupowane są na ostatnią chwilę, zostają miejscówki tylko w pobliżu ubikacji albo pojedyncze miejsca w środku) toalety nam nie przeszkadzało. Błogosławiliśmy palckartę i kuszetki. Wykupiliśmy pościel i jako pierwsi z wagonu przebraliśmy materace i poduszki w czyste pościelowe ubranka, szybko zjedliśmy czerniwcowe  zakupy i padliśmy spać długo przed tym zanim słońce schowało się za horyzontem.

Do dziś wspominamy tą drogę, ten sen, ten czas jako jeden z najmilszych w naszym życiu. Dwudniowe niespania, 3 dniowe niemycie, wiele kilometrów, tony bagażu to wszystko było nieważne, gdy mogliśmy zapaść w sen w słodko kołyszącym się pociągu.

Trochę bardziej wypoczęci i bardzo zadowoleni wysiedliśmy we Lwowie na dworcu, z miną znawcy udaliśmy się na odpowiedni peron marszrutkowy. Jeszcze dwie godziny i Medyka, ale nawet ona i tłumy mrówek nie odebrały nam dobrego humoru. Byliśmy już „prawie” w domu. Prześcigaliśmy się z planowaniu co dobrego zjemy, ile będziemy spać, jak długo będziemy się odmaczać w wannie.

Opaleni, zadowoleni, z plecakami wypełnionymi wspomnieniami (i ukraińskim alkoholem) wróciliśmy z naszej ukraińsko-rumuńskiej przygody.

piątek, 19 sierpnia 2011
Rowerowy relaks

Po relaksującym weekendzie łatwiej było wrócić do pracy. Tak właśnie – relaksującym. Bo wcześniejsze weekendy to był czas na załatwianie spraw w Krakowie, zakupy, które nie są przyjemnością, naprawianie laptopa, butów z gwarancji i tysiąca innych rzeczy, które choć drobne sprowadzały na ziemię do szarej rzeczywistości, tłuczenia się autobusem do centrum (wciąż niepewnie czujemy się za kierownicą naszego autka, niepewnie czuje się K, choć z dumą przyznaję, że świetnie daje sobie radę, ja niepewnie w zasadzie się nie czuję bo nie siadam tam wcale), ciągły ruch, który po tygodniu jeżdżenia do Opola i z powrotem a potem do Krakowa może być bardzo męczący.

Początkowy pomysł na wypad w góry spalił na panewce, wybraliśmy dłuższy sen, spacer z psem, leniwe popołudnie, spotkania towarzyskie i nie żałujemy! Wyczytaliśmy że w Tatrach padł rekord – już o 8 rano cały parking pod drogą do Morskiego był zajęty, dzikie tłumy, kolejki – nie dziękuję. Nie tak wyobrażam sobie góry. Pewnie nie lepiej było w Gorcach i innych Beskidach.

Lato przypomniało sobie o swoich obowiązkach, co dodatkowo zmobilizowało nas do wycieczek rowerowych. Siąpiący deszczyk nam nie przeszkadza, szczególnie że las pachnie wtedy jakby intensywniej ale słoneczko też uprzyjemnia leśne wycieczki. I tak codziennie gdy wpakowaliśmy w siebie obiad (w tym tygodniu danie arabskie, które wyszło nam wręcz konkursowo i uświadomiło, że czego jak czego ale talentu kulinarnego nam nie brakuje), przezornie przygotowanego na kilka dni, wsiadaliśmy na rower i dołączaliśmy do wielu innych cyklistów tych okolic. Jeżdżą starzy, młodzi, grubi (tych jakby mniej – wiadomo – codzienny rower „wyciąga”) i szczuplutcy. Mnogość ścieżek rowerowych wyklucza tłuk, czasem miniemy innych pasjonatów świeżego powietrza, jedną z naszych ulubionych jest grupka trzech energicznych starszych pań z nornic walking, innym razem grzybiarze dumnie prezentujący wypełniony po brzegi koszyk (któż by się oparł pokusie „luknięcia”? Zresztą szczęśliwy łowca zwykle tak niesie dany koszyk co by nikt nie przeoczył jego leśnych zdobyczy).

Jeździmy, szusujemy, czasem biegamy ciągnąc rower (przezabawny widok), wleczemy się, to innym razem pobijamy leśne prędkości. Wszystko z uśmiechem, rozładowując napięcie, wygaszając złe emocje, wdychając tak pachnące powietrze jakie tylko krakus może docenić. Zbieramy jeżyny przygotowując jogurty jeżynowe a nie tylko o „smaku jeżynowym”. I wiemy, że to miejsce gdzie teraz wylądowaliśmy było dziełem przypadku, ten etap naszego życia kiedyś się skończy, znów nas gdzieś rzuci, może za granicę, ale wiemy, że ciężko będzie wyjechać.

A to kilka zdjęć z naszej krainy:

I mój rower: zdezelowany, ze słabo działającymi hamulcami (które na stromej górce nie działają prawie wcale), ciężki jak czołg ale do którego tak się przywiązałam, że trudno namówić mnie na jego wymianę:

Chmury zmiany pogody (przynajmniej coś pamiętam z klimatologii), które ja nazywam "zsiadłym mlekiem":

Wszędzie las, dzikie łąki, bardzo mało ludzi, spokój, cisza – na ile cicho może być w lesie pełnym leśnych zwierząt ;-)



11:32, kot_w_butach84 , kot myśliciel
Link Komentarze (5) »
środa, 17 sierpnia 2011
"Dotyk śmierci" Nora Roberts

„Dotyk śmierci” to świetna książka dla kogoś kto lubi ten typ literatury. A ja lubię. Już od dawna czytam serię In Death, niekoniecznie po kolei  ale za to z zapałem. Jak to przy takich tasiemcach bywa: zdarzają się części lepsze i słabsze - co nie oznacza, że złe.

Dotyk śmierci jest zdecydowanie jedną z lepszych. To właśnie od tej książki zaczęła się cała seria, jesteśmy świadkami rozkwitającej miłości Eve i Roarka - gdy to piszę sama się sobie dziwię, zdaję sobie sprawę jak tandetnie to brzmi i pewnie gdybym czytała taką recenzję trzy razy zastanowiłabym się czy mam ochotę na podobne romansidło. Ale seria In Death romansidłem nie jest, choć nie stroni od romantycznych wątków – na które nota bene wierni fani czekają z utęsknieniem.  To wersja kopciuszka przyszłości, gdzie kopciuszkiem jest porucznik Eve Dallas a księciem, może nie ma białym koniu, bo w prywatnym odrzutowcu - Roark.

Każdy tom opisuje inną zagadkę kryminalną przed którą staje– ze sporą pomocą multimilionera Roarka - dzielna policjantka. Dość brutalne, momentami zbyt sentymentalne, nieprawdopodobne, ale wciągające historie gdzie za pieniądze można wszystko kupić – milczenie, spokój, sex i władzę a miłość staje się słabością, którą można wykorzystać. Eve i Roark nie mają łatwej przeszłości, w kolejnych częściach okaże się, że ich losy pełne są zatopionych na mieliźnie i czekających na odnalezienie puszek Pandory. Staną przed dylematem komu można zaufać, a kto tylko udaje przyjaciela, zdecydują że miłość, która między nimi wybuchła – bo nie jest to powolne kiełkowanie tylko właśnie wybuch – jest jedyną pewną rzeczą w ich życiu.

Trochę to wszystko naciągane – zdaję sobie z tego sprawę, ale seria In Death właśnie taka ma być i nich taka zostanie!  To literatura bardziej dla kobiet, choć udało mi się namówić K na jakieś dwa tomy (kolejnego nie chciał, zresztą nie o to chodziło). Polecam, ja bardzo lubię.

Moja ocena  to składowa sentymentu, przywiązania do bohaterów i próba realnego podsumowania książki: 6.0/6

11:47, kot_w_butach84 , kocie czytanki
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 08 sierpnia 2011
"Oznaki życia" Barbara Wood

Lubię opowieści o lekarzach, przydługie i zawiłe opisy rzadko spotykanych medycznych przypadków nie wywołują u mnie przeciągłego ziewania, ba! nawet obrazowo przedstawiona sekcja zwłok dla takiego starego wyjadacza kryminałów jak kot w butach nie jest czymś co mogłoby przerwać zajadaną w międzyczasie kolację. Lubię o tym wszystkim czytać, to wszystko teoria. Natomiast praktyka, choćby tak niewinna jak pobieranie krwi może skończyć się w najlepszym przypadku oblaniem zimnym potem, mroczkami przed oczami.

Dlatego gdy mama podsunęła mi książkę Barbary Wood "Oznaki życia" o trzech lekarkach z przyjemnością poza ustaloną kolejnością położyłam ją na wierzch pokaźnego wakacyjnego stosiku i szybko się za nią zabrałam.

 Akcja pierwszej, mniejsza (na szczęście!) części umiejscowiona jest na studiach. Główne bohaterki: Sondra, Mickey i Ruth zaprzyjaźniają się, żyją egzaminami, strachem przed wykładowcami, zawalonymi egzaminami i popełnieniem medycznego błędu. Gdyby cała książka wyglądała tak jak ta część to nie wiem czy udałoby mi się przez nią przebrnąć. Wszystko to było jakieś płaskie, brakowało mi rozwinięcia tematu, prawdziwych opisów studenckiego życia. U naszych przyszłych lekarek wszystko szło jak po przysłowiowym maśle. Niby autorka wspominała o chronicznym niewyspaniu, problemach z niektórymi przedmiotami, to jednak miało się wrażenie, że książka idzie w złym kierunku, że wpadła mi w łapki czytadło niskich lotów (czasem i takie są potrzebne). Jako, że czytałam kapitalną i niezapomnianą serię o lekarzach Segala (jedna z najlepszych książek jakie czytałam), sporo innych thrillerów medycznych, ja jako czytelnik czułam się zawiedziona.

Sytuacja zmieniła się diametralnie w momencie opuszczenia przez Sondrę, Mickey i Ruth uczelni. Historia nabiera rumieńców, przestaje być słodko-lukierkowa. Autorka kolejno przedstawia nam losy uczelnianych przyjaciółek. Trudno mi powiedzieć która z opowieści bardziej przypadła mi do gustu, wszystkie były napisane świetnie. Obrazowo, realistycznie. Żywe problemy, zmieniające się postacie, ich słabości i marzenia, wszystko układało się w zgrabną całość. Czytało mi się tak dobrze, że po ponad 500 stronach gdy czytałam ostatnią stronę szczerze żałowałam, że to już koniec, dalsze losy bohaterek zostały jedynie lekko zasugerowane, jak to w życiu bywa – czas pokaże.

Świetna (pomimo początkowej wpadki). Kapitalnie opisana Afryka, realia prowadzenia praktyki lekarskiej w tamtej części świata.

Było wszystko – wielka miłość, opis co się dzieje gdy się zaniedbuje całkiem dobry związek i rozmienia go na drobne, problemy ojciec – córka, wyjątkowo poruszające i jak się czytelnik może przekonać wpływające na życie i decyzje poczucie, że cokolwiek by się nie robiło wspomniany przed chwilą ojciec i tak nie będzie zadowolony.

Spokojnie polecam. Wg mnie warto, to był dobry czas z dobrą książką.

Moja ocena: 6.0/6

07:45, kot_w_butach84 , kocie czytanki
Link Komentarze (2) »
piątek, 05 sierpnia 2011
Poranna owsianka z żurawiną i do pracy!

Dzień zaczynamy od owsianki z żurawiną gdzieś w środku nocy, zdecydowanie nie o wakacyjnej porze. Zwykle bardzo zaspani staramy się jeszcze trochę porozmawiać, pożartować, nastroić się optymistycznie do czekających nas obowiązków. Gdy jadę do Opola do pracy gnam na pociąg (7 minut piechotką do dworca) skrótem, skradając się na paluszkach koło jednego domu przed stacją gdzie dwa wielkie psy zbyt przykładają się do swoich obowiązków szczekając tak, że zaraz inne futrzaki z całego miasteczka dołączają się do tego psiego jazgotu, czasem same nie wiedząc dlaczego szczekają i skąd „przychodzi zagrożenie”.

W ostatniej chwili kupuję bilet (w dwie strony), po chwili wsiadam do regio. To czas dla mnie i dla książki. Godzina spokojnej podróży, na przemian czytając lub obserwując przepiękny las za oknem.

Ostatnio pękła szyna, staliśmy na jakiejś malutkiej stacji grzecznie poinformowani przez konduktora, że naprawa potrwa coś około godzinę. Trwało 1,5h ale szczęśliwie pojechaliśmy. Do firmy dotarłam po 3 godzinach od wyjścia z domu cała będąc jednym wielkim „przepraszam”. I chyba dopiero szef uświadomił mi mówiąc że nic się nie stało, że dobrze, że szczęśliwie dotarłam, że pociąg się nie wykoleił, że mogło być inaczej.

Zabiegani staramy się odnaleźć równowagę pomiędzy pracą a odpoczynkiem. Jesteśmy na takim etapie życia (oboje intensywnie podnosimy swoje kwalifikacje), że każda godzina pracy procentuje. Kradzione chwile razem: jedno robi projekt, drugie w tym czasie zmywa lub robi ciasto. Ważne, że razem w tym samym pokoju. Gotowanie na kilka dni, wycieczki rowerowe na borówki, weekendowe powroty do Krakowa. Tysiące pomysłów na nowe wyzwania (chcę zacząć kurs niemieckiego) muszą być skalkulowane tak abyśmy mieli czas dla siebie nawzajem i dla siebie samych.

I mimo iż mieszkanie wygląda jakby przeszedł przez nie tajfun (staramy się codziennie coś grzebnąć, ale nasz talent do bałaganienia jest wręcz spektakularny) śpimy wciąż za mało, jest jeszcze wiele niejasności co do naszej przyszłości zawodowej cieszymy się wpadającym o poranku przez otwarte okno zapachem lasu świerkowego, kawą, grającą muzyką, weekendowymi spacerami odchudzającymi dla naszego Futrzastego, codzienną obecnością, której wciąż za mało.

09:09, kot_w_butach84 , kot myśliciel
Link Komentarze (7) »
środa, 27 lipca 2011
Praca, lasy, mrożący rupieć vs ziemianka i cała masa książek

Gdybym miałam opisać co działo się u mnie w ciągu ostatniego miesiąca zmuszona byłabym do sporządzenia listy, która nawet w wersji elektronicznej porządnie obciążałaby procesor komputera. Sinusoidalne wydarzenia – od radości, że udało się coś załatwić, zdać, nauczyć porządnie - po rozczarowanie, że inne rzeczy nie udało się zdać w ogóle lub tak dobrze jak bym chciała. Ale chyba nie tylko ja przyzwyczajam się powoli, że średnia zdawalność danego egzaminu, kolokwium na moim kierunku wynosi kilka procent. Mimo wszystko staram się nie stosować zasady 3xZ – zakuć, zaliczyć, zapomnieć. Mam świadomość, że te wiadomości będę mi kiedyś potrzebne.

Aktualnie kursuję pomiędzy województwem opolskim (pn – pt) a Krakowem (weekendami). Czas wypełnia mi praca – staż w Opolu i kilometrowe spacery po cudnych lasach. Ciche, czyste, pachnące, ogromne lasy ze świetnie wyznaczonymi trasami rowerowymi to dla mnie synonim wakacji, więc nie traktuję mojego pobytu tutaj tylko pod kątem zawodowym.

Kilka dni temu szef – biorący pod uwagę miejsce mojego zamieszkania poprosił mnie o wykonaniu pewnych pomiarów w terenie. Przetaczające się nad Opolszczyzną burze odwlekały jego realizację. Wreszcie wczoraj zapowiadało się, że tylko popada a burze pobłyskają i pogrzmią w innych rejonach. Wyposażeni w stosowny sprzęt, mapę, aparat i dokumentację wyznaczyliśmy trasę (najpierw szlakiem zielonym a później odbić w lewo, w prawo i znów w lewo – łatwizna!) i ruszyliśmy dziarskim krokiem. Spryskani Off-em od stup po „głów” odstraszaliśmy komary z całego województwa. Żyłka myśliwego nie pozwalała nam iść bezczynne, co chwile zbaczaliśmy ze ścieżki w poszukiwaniu borówek i grzybów i wspomnianego wcześniej odbicia „w lewo, w prawo i znów w lewo – łatwizna!”. Oczami wyobraźni widzieliśmy borówkowy serniczek na zimno, sosik z grzybami i inne pyszności z dodatkiem owoców lasu. Coraz to nowe pomysły kulinarne przychodziły nam do głowy. Gdzieś pomiędzy naleśnikami z farszem kurkowym (lub borówkowym, tu nie mogliśmy dojść do porozumienia) uświadomiliśmy sobie, że zgubiliśmy zielony szlak i odbicie „w lewo, w prawo i znów w lewo – łatwizna!”. Co gorsze naszą ścieżkę przecinała dość solidna droga z rozpędzającymi się dwukrotnie więcej niż zalecanym 50 km/h samochodami. Lekko zdezorientowani wyjęliśmy mapę i metodami fizyko-chemiczno-mechanicznymi próbowaliśmy dojść do wniosku gdzie jesteśmy. Chwilę szliśmy poboczem ulicy z ograniczeniem do 50km/h wywołując zdziwienie wśród kierowców. Widok dwóch osób spacerujących w deszczu (chwile wcześniej zaczęło siąpić) poboczem wcale nie przyjemnej drogi może wywołać zastanowienie co do kondycji psychicznej piechurów. Liczyliśmy, że za zakrętem (przed którym postawiono ignorowany przez wszystkich – a niesłusznie bo zakręt miał nieomal 180 stopni- okrągłym znakiem z 30) znajdziemy poszukiwany przez nas cel wyprawy. Ostrożnie weszliśmy w zakręt i zobaczyliśmy… cd drogi, tym razem prostej jak strzała, kolejne hektary lasu i wciąż mżący deszcz. Kolejne oblukanie mapy dało tyle samo co za poprzednim razem. Widać nie dane nam było wykonanie pomiarów. Zachowując narzucone ograniczenia prędkości ;-) – spacerem, poboczem w deszczu ruszyliśmy w drogę powrotną. Samochody dość kulturalnie zachowywały odpowiednią odległość więc nie byliśmy zmuszeni wskakiwać do rowu za każdym razem gdy jakiś wariat gnał w stronę 180-stopniowego zakrętu. W pewnym momencie jeden z samochodów zatrzymał się koło nas i opuścił szybę czekając aż podejdziemy. Dziecko na tylnim siedzeniu wykluczało chęć napadu, niechybnie chciał zapytać nas o drogę (hahaha). Już miałam powiedzieć, że tak jak i on się zgubiliśmy gdy pan uprzejmym głosem zapytać czy nas nie podwieźć. Niestety nie jechał w nasze okolice. Ale sama propozycja była miła.

Pan odjechał a my poszliśmy. Droga, deszcz, droga, deszcz, grzyb, droga, deszcz. Grzyb? Zarejestrowany kątem oka obraz powrócił z prędkością bumerangu. Cofnęliśmy się odrobinę, z własnej woli przebrnęliśmy przez rów i weszliśmy do lasu. Chwilę potem nie wierząc własnym oczom staliśmy się posiadaczami całkiem zdrowego (nóżka odrobinę nadgryziona – odkroi się), ślicznego grzyba. Co prawda nie byliśmy pewni, czy przystojniak jest jadalny (to zostawiliśmy na głowie moim rodzicom). Obfotografowane znalezisko zapakowaliśmy do plecaka i ruszyliśmy dalej. W domu oczyściliśmy i pokroiliśmy go na całkiem spore kawałki, zapakowaliśmy i wrzuciliśmy do zamrażarki.

Jeszcze tydzień temu zmuszeni bylibyśmy zostawić ślicznocha w lesie na pastwę innych, rozpieszczonych grzybiarzy (słyszałam, że tutaj nie trzeba wiele się nachodzić, żeby wrócić z koszykiem grzybów). Tydzień temu żyliśmy jak ludzie pierwotni. Codzienne gotowanie obiadów, w sklepie wybór produktów trudno psujących się. Dlaczego? Nie mieliśmy lodówki. Właściwie decyzja o kupnie własnej, naszej pierwszej lodówki – zapadła dość dawno. Jednak informacje, które można znaleźć na forach internetowych na temat tego „wiecznie psującego się luksusu” były jednoznaczne – dużo lepszym pomysłem będzie wykopanie ziemianki i tam trzymanie swoich wymagających zimna produktów. Czego ja na tych forach nie znalazłam?? Lodówki wydające dźwięki startującego odrzutowca budzącego wszystkich domowników co noc, odklejające się gumy, pękające ścianki, półeczki, lejąca się woda, zasysanie, bulgotanie, zbyt zimno, za ciepło, za nisko uchwyty (za wysoko też). Generalnie – jakość coraz gorsza, badziewie, strata kasy. Nic tylko ziemianka. Jako, że mieszkamy w bloku, nie mamy ogródka z miejscem na własną ziemiankę postanowiliśmy zaryzykować i kupić tego psującego się, budzącego wszystkich rupiecia. Na razie nasz „rzęch” pracuje cicho, mrozi normalnie, nic nie pękło (ale jesteśmy przygotowani). Pierwszej nocy zamknęliśmy drzwi od kuchni i pokoju w którym śpimy co by nas nasz „mrożący odrzutowiec” nie budził. Nie budził. Drugiej nocy bez zamykanych drzwi też. I cieszymy się jego chłodzącymi możliwościami planując jakie kulinarne cuda będziemy w niej przechowywać.

Dziś na obiad Boeuf strogonow :-) Lekko zmodyfikowany (bardzo lubię eksperymentować). Zaraz idę go nastawić. K pokroił przed pracą mięso (nie lubię) ja pokroję pieczarki i ogórki kiszone, wrzucę wszystko do gara i zagotuję. W międzyczasie skończę inny projekt dla szefa, nałożę maseczkę pokrzywową na włosy (polecam!) i poczytam. Godzinna podróż do Opola, znacznie więcej wolnego czasu pozwala nadrabiać czytelnicze zaległości. Czego i Wam życzę mając nadzieję, że nie zanudziłam tą przydługą opowieścią.



czwartek, 16 czerwca 2011
Słowa kluczowe cd

czy policja moze znalesc mnie po ip komputera  - po ip raczej nie, ale id… ;-)

czy warto w zyciu przezyc prawdziwa historie  - a które by były nieprawdziwe?

czy worek bokserski może wyrwac sufit  - zdecydowanie może, w całym pionie i wszyscy sąsiedzi będą mieszkać razem

czy podobało mi się przedstawienie "kot w butach" i dlaczego  - myślę, że nie bardzo

duński film jazda po alkoholu  - bomba

jak się odchudzała foremniak  - hmm

makijaż kota w butach  - oszczędny, mam nadzieję elegancki :]

mama przyłapała mnie jak ja podgladam – to słabo…

nie lubię adele  - a ja lubię ;-)

podglądam mamę jak sie schyla - no comment

przejśćie graniczne ukraina rumunia, czas  - długo

sa fryzjerki  - są!

stary dwur kupie krakuw  - perełka :D



21:30, kot_w_butach84 , kot myśliciel
Link Komentarze (2) »
środa, 15 czerwca 2011
"Ulica tysiąca kwiatów" Gail Tsukiyama

Oszczędna w słowach, spokojna, kojąca, dająca nadzieję – to jedne z pierwszych określeń jakie cisną mi się na usta po przewróceniu ostatniej kartki „Ulicy tysiąca kwiatów”. Gdzieś pomiędzy kolejnymi zaliczeniami zanurzałam się w odrobinę baśniowy i inny świat tej powieści. Przeniosłam się do Japonii targanej trudnościami II wojny światowej. Zwróciłam uwagę, że autorka Tsukiyama Gail opisując ten trudny dla wielu narodów temat był bardzo obiektywna. Nie próbowała idealizować żadnej ze stron. Skupiła się na opisie życia w ogarniętym głodem i strachem Tokio. Dla mnie najbardziej wstrząsającym był akapit dotyczący wybuchu bomby atomowej:

„Głosy opowiadające, co stało się po tym, jak spadły bomby atomowe, brzmiały jak szepty duchów. Możecie sobie wyobrazić wiatr tak silny, że zrywa człowiekowi twarz? Możecie sobie wyobrazić eksplodujące organy wewnętrzne, ubrania i ciała buchające płomieniem i rozpadające się w okamgnieniu? Możecie sobie wyobrazić chmurę w kształcie grzyba, powstałą z dymu i szczątków, widoczną gołym okiem z odległości wielu kilometrów, a potem spadający czarny deszcz, nazwany czarnymi łzami, i szerzące się w ślad za nim promieniowanie? Ci, którzy zginęli, byli szczęściarzami - ciągnęły głosy. Ci, którzy przeżyli, nigdy nie będą tacy sami.” [ strona 154]

Centralnymi postaciami wokół których koncentruje się akcja są bracia – silny, odważny Hiroshi oraz Kenji - jego istne przeciwieństwo . Osieroceni i wychowywani przez kochających dziadków walczą o własną tożsamość, spełnienie marzeń. Hiroshi pragnie zostać sumoką, wojna początkowo krzyżuje plany chłopca, jednak w myśl zasady co się odwlecze to nie uciecze, w końcu udaje się dostać do stajni – szkoły dla przyszłych mistrzów sumo. Czytelnik ma możliwość poznać trudy tego często niezrozumianego przez europejczyków sportu. Nigdy nie pomyślałabym, że arkany tego sportu będą dla mnie tak interesujące.

Na przeciwwadze Kenji, do którego w dzieciństwie przylgnęło określenie duch. Małomówny, wycofany, zakochany w maskach teatru no trafia pod opiekę słynnego wytwórcy masek. I tu przetaczająca się wojna odkłada realizację marzeń w czasie.

Jestem zauroczona dziadkami Hiroshego i Kenjiego – państwem Fumiko i Yoshio Wada, który są oddanym , ciepłym małżeństwem. Wspierają się, wspólnie walczą z przeciwnościami losu, kochając się miłością mądrą i pełną zrozumienia dla drugiej osoby.

W książce podobało mi się absolutnie wszystko. Niespieszna ale nienużąca akcja, celebrowanie spędzonych razem chwil, ukłony, tradycje, ciekawe postacie drugoplanowe.

Sądzę, że warto było zatrzymać się nad tą książką, odrobinę inną od tych które zwykle czytam.

Moja ocena to oczywiście 6.0/6

19:34, kot_w_butach84 , kocie czytanki
Link Komentarze (1) »
piątek, 10 czerwca 2011
Z życia studenta

Środa wieczór. Kot w butach przezwyciężył ogromną niechęć, która uniemożliwiała zabranie się za kolejny projekt. Było to trudne ponieważ kot w butach miał zielone pojęcie o temacie, wpierw musiałby przestudiować wykłady pracowicie wysyłane w ilościach hurtowych przez wykładowcę na grupowego maila, później należałoby przejrzeć prawie cały zapisany 96 kartkowy zeszyt a następnie wybrać model dla którego trzeba policzyć przeróżne niezwykle-ważne parametry. Model wybierany w myśl zasady jak-kto-chce zwykle bardzo stopuje kota w butach, bo jak tu wybrać coś co nie będzie zbyt łatwe, dyskredytujące kota w oczach Nauczyciela, odpowiednio pedagogiczne ale też dające się obliczyć przed końcem sesji? W końcu kot odważnym ruchem kociej łapki szkicuje na własną odpowiedzialność model mając nadzieję, że nie jest to akurat jeden z tych przypadków, których rozwiązać się nie da, wyjątek-wśród-wyjątków, przypadek-szczególny. W okolicach 1 w nocy kot czując dobrze spełniony obowiązek udaje się na spoczynek, zostawiając pracowicie rozpoczęty projekt.

Następnego dnia wstaje odrobinę połamany (wielogodzinne przesiadywanie przy biurku trudno porównać do relaksującego pływania) przygotowuje nieodłączną ostatnio wodę z cytryną i odważnie udaje się do biurka. A tam (mogę się założyć) podmieniony projekt napisany kocią ręką. Gdy kot w butach próbuje dojść do wniosku co skłoniło go do pisania takich głupot, zaprzeczania podstawowym prawom matematyczno-fizycznym nie potrafi odpowiedzieć na pytanie. Ściera kropelki potu z kociej skroni ciesząc się w duchu, że ten niewybaczalny-błąd znalazł teraz, a nie za trzy dni, gdy projekt będzie gotowy, początkowy błąd pomnożony przez sto, a spojrzenie Nauczyciela coraz bardziej zdezorientowane. Kot do dziś słyszy w uszach słowa Nauczyciela „Pani kocie w butach, pani ma poważny problem z matematyką”. Ale kot w butach wie, że to nie matematyka stanowi problem ale legendarne wręcz roztrzepanie. Dlatego teraz każde (jak się później okaże, jednak nie każde) obliczenie sprawdzane jest dwukrotnie.

Innym razem inny Nauczyciel zwrócił 7 stronnicowy projekt ponieważ zaraz na początku kot w butach ryzykowanie rezygnuje z pomocy wypaśnego kalkulatora stwierdzając, że 3  podzielone na 2 to 1,25. A na kolokwium 60 + (-40) + 10 to dla kota 20.

Czwartek płynie pod znakiem wyliczania kolejnych parametrów, popijanych hektolitrami kawy i wody z sokiem przerywanych ćwiczeniami, które nie tyle mają sprawić, że kocie ciało zacznie przypominać ciało modelki ile sprawi, że kocia główka nie położy się dosłownie-na-chwilę na biurku do spania.

50 brzuszków – godzina nauki – 50 brzuszków – godzina nauki to koci sposób na upakowanie kolejnych kilogramów wiedzy w głowie.

Późnym wieczorem kot z miną biegacza na 100 kilometrów zbliża się do końca. Nie mogąc uwierzyć w swoje szczęście szybko skanuje projekt, robiąc kilka kopii w kilku miejscach na dysku i wysyłając na kilka maili na wypadek gdyby pies (który przecież nie chodzi po biurku i do tego nie ma zębów) zjadł przez noc (co jest jeszcze mniej prawdopodobne bo w nocy pies kota w butach ma inne zajęcie, próbuje udowodnić że środek kociego łóżka jest najwygodniejszy… dla psa) te kilka cennych kartek.  Kot w butach wysyła projekt do Nauczyciela, pozdrawiając go serdecznie, kłaniając się wirtualnie, śląc poważania.

Kot w butach pada. Usypia w spódnicy, okularach, nie przejmując się psem leżącym na środku łóżka z wyciągniętymi jak najdalej łapkami.

Rano, jeszcze bardziej połamany kot, w sumie już bardziej kocisko, sierściuch, biegnie po cytrynową wodę, odpala laptopa i czyta:

„Pani kocie w butach

Część druga -> DRAMAT.
Proszę mnie łapać  w przyszłym  tygodniu na PK bo to do niczego sie nie nadaje.

Pozdrawiam

Nauczyciel”

Silny rumieniec oblewa kocie policzki, kot w butach WIE że w oczach Nauczyciela jest beznadziejną ciapą, dlatego z miną biegacza na 100 metrów siada do projektu z postanowieniem, że nie spocznie póki na kocią łapę nie wytropi nieposłuszną liczbę.

15 minut później JEST. Wiersz 23 strona 3. Bezczelny brak minusa. Co gorsze: celowy brak minusa. Nawet pod lupą wyraźnie widać, że w miejscu gdzie on powinien być jest puste, nietknięte długopisem miejsce.

Wypaśny kalkulator + trzykrotne sprawdzanie każdego działania na następnych 3 stronach + naniesione poprawki na założony model dają całkiem nowy LEPSZY projekt.

W odpowiedzi na drugiego maila Nauczyciel wysyła upragnione

„Pani kocie w butach, Teraz to wygląda OK.
Pozdrawiam Nauczyciel”

Kot w butach pada, ale przecież zaraz znów zaczyna się zabawa… „Piątek rano. Kot w butach przezwyciężył ogromną niechęć, która uniemożliwiała zabranie się za kolejny projekt. Było to trudne ponieważ kot w butach miał zielone pojęcie o temacie…”

piątek, 27 maja 2011
The end of the rainbow

Studia pochłonęły mnie niczym zazdrosny kochanek, zajmując dnie i noce, męcząc, tłamsząc, ciesząc i smucąc. Jest ciężko, szczególnie gdy trzeba się przełamać aby za daną z pozoru absolutnie nie do ogarnięcia rzecz się zabrać. Godziny spędzone nad takimi perełkami jak metody numeryczne dają rezultaty. Kolejne cegiełki wiedzy wskakują na odpowiednie miejsce, a kot w butach ma ochotę krzyknąć „Exactly!”

Wymordowałam całkiem dobrą przecież „Weź moją duszę”. Zabrało mi to przyjemność czytania i nauczyło, że czytanie jest jak powietrze, wprost niezbędne do codziennego życia. Jako, że taki uczelniany maraton potrwa jeszcze 1,5 miesiąca wrzucam w siebie kilogramy zdrowych rzeczy, spaceruję z Futrzastym i kuję, kuję, kuję.  Wszelkie wieści o kolejnej fali światowego kryzysu puszczam mimo uszu. Co ma być to będzie. W razie czego będę naprawdę wykształconym bezrobotnym. Wraz z K kursujemy pomiędzy Śląskiem a Krakowem, licząc że wakacje uda spędzić się u niego, pod Opolem.

Dużo pomysłów rodzi się w głowie, staram się nie oglądać kolejnych zdjęć ślubno-porodówkowych znajomych z mojego rocznika. Myślę o pływaniu (wbrew lub zgodnie z wolą mojego ortopedy, nie wiem, ostatnio nie mogliśmy złapać wspólnego języka, byłam ostatnią pacjentką w kolejce i bardziej niż o mnie, myślał o parującym kotlecie z surówką czekającym na stole w domu), odświeżeniu języka niemieckiego, szlifowaniu ukraińskiego, aby przestał być tylko słuchano-czytany, a stał się także mówiono-pisany.

Nie myślę o tym czego nie mogę mieć, w myśl zasady cieczenia się z tego co się ma. Intensywny zapach kwitnących akacji wpadający przez okno przypomina o koniecznej wyprawie po miód do mojego ulubionego sklepu pszczelarskiego.

Poranna kawa, makijaż, coraz mocniej kryjący cienie pod oczami, jabłko do torebki wypchanej projektami wykonanymi poprzedniej nocy i ruszam wiedząc, że…

„Po co ten stres, myślisz, że nie masz nic
Każdy ma - nawet Ty
Czasem trzeba to po prostu znaleźć
Miłość, noc i deszcz, życie też
Dla tego warto starać się
Powiedz, czy naprawdę nic nie jesteś wart
Znajdź to w sobie, tak

Nie poddaj się, bierz życie jakim jest
I pomyśl, że na drugie nie masz szans” (Myslovitz)




środa, 27 kwietnia 2011
Przy kawie... - czyli trochę wszystkiego, nawet przepis na racuchy z jabłkami

Kto rano wstaje… - ten jest niewyspany, powie każdy śpioch (poprawnie – Sowa). Z drugiej jednak strony poranne wake up ma swoje zalety. Ostatnie kilka dni właśnie tak zaczynałam, od szybkiego prysznica, kawy, Eski Rock. Wszystko po to aby w pełni wykorzystać te kilka świątecznych dni. W środę busem-pociągiem-pociągiem udałam się w pięknie zalesione terany opolskiego. To właśnie tam K znalazł pracę i to tam co niedziele wyjeżdża aby w piątek w przeciwnym kierunku (pociąg-pociąg-bus) wrócić do mnie, do Krakowa. W czasach gdy znalezienie pracy wymaga solidnego nagimnastykowania się, wyjazd poza miejsce zamieszkania bywa koniecznością. Nie od dziś wiadomo, że Kraków to miasto studenckie. Pracodawcy mogą przebierać w kandydatach jak w ulęgałkach. Skomplikowane testy psychologiczne, co najmniej kilkuletnie doświadczenie zawodowe, zmusza biednych absolwentów do postawienia sobie pytania: praca w zawodzie, która często równoznaczna jest z wyjazdem, czy przekwalifikowanie się. Większość moich koleżanek z poprzednich studiów pracuje w bankach i ubezpieczeniach. To praca dobra i stabilna, ale niektóre uparciuchy, w tym ja i K, nie chcą rezygnować z wyuczonego zawodu. Rozjeżdżają się po Polsce (K), podejmują drugie, znów inżynierskie studia (kot w butach) realizują swoje marzenia.

W środę popołudniu doturlałam się do obecnego miejsca zamieszkania mojego K. Zostałam nakarmiona i oprowadzona po miasteczku. Następnego dnia, gdy K udał się do pracy, przed wyjściem instruując odpowiednio swoją zaspaną dziewczynę co by przypadkiem nic nie pracowała, tylko czytała przytaszczoną książeczkę (Weź moją duszę), przespała się jeszcze (wszak była 6.45)  i odpoczywała. Jako, że kot w butach nie lubi się kłócić położył się grzecznie i odpoczywał, odpoczywał, odpoczywał. Całe 10 minut. Sen nie przychodził. Po chwili zrobiona kawa, też nie działała usypiająco. Kot w butach odpalił mobilny Internet i zaczął nadrabiać blogowo-onetowe zaległości. Gdy wiedział już co w trawie piszczy zaczął się nudzić i wymyślił - postanowił pobawić się w kurkę domową. Zawzięcie pucował, szorował, przecierał, płukał. Gdy każda łazienkowa płyteczka, zlew, bieluśka wanna pięknie odbijało kocie odbicie, a kocie łapki (przyodziane w twarzowe gumowe żółte rękawiczki) odpadały od solidnej pracy dzielna kurka domowa postanowiła przeznaczyć resztę swoich godzin odpoczynkowych na smażenie racuchów z jabłkami. Przepis banalny zamieszczam poniżej

RACUCHY NA CIEŚCIE NALEŚNIKOWYM

Składniki:

- Szklanka mleka

- ¼ szklanki wody gazowanej

- Łyżeczka proszku do pieczenia

- Cukier waniliowy – nie bardzo konieczny, ale ja zawsze daję, bo lubię ten aromat

- Cukier, kilka łyżek,  ile-kto-chce, czyli w zależności jak słodkie mają być racuchy,  jak kto bardzo dba o linię ;-)

- Jajko

- Jabłka pokrojone w kratkę. Ja daję 2 duże.

- Mąka w ilości takiej aby uzyskać masę trochę gęstszą od masy na naleśniki. Serio nie wiem jak to inaczej opisać. Myślę, że trochę ponad 2 szklanki. Ja daję na oko. Zawsze inaczej, zawsze wychodzi :-))

- Mikser

- Cukier puder do przybrania – nie konieczne, ale ładnie wygląda.

Przygotowanie – sposób ekspresowy:

Do garnka wlać mleko, wodę i jajko (całe). Dosypać cukier (zwykły i waniliowy), proszek. Na koniec dosypywać mąkę (po trochu) równocześnie miksując. Gdy uzyskamy żądaną masę wsypujemy jabłka,  mieszamy łyżką.

Wszystko smażymy jak placki ziemniaczane. Ja daję bardzo mało oleju, dosłownie kropelkę, wcale nie trzeba w głębokim tłuszczu ich smażyć.

Z takiej ilości składników można nakarmić dwie osoby. Ale ja zwykle daję wszystkiego dwa razy tyle, kot w butach lubi jeść :]

Gdy K wrócił z pracy spakowaliśmy racuszki i wyruszyliśmy na piknik okoliczną, super oznaczoną trasą rowerową. Lasy, pola, strumyczki, źródełko. Wszystko rozwijające się, ćwierkające, błyszczące od słoneczka, bezludne. Mogłabym tak iść godzinami!

Wreszcie mogliśmy odpocząć, porozmawiać, pomilczeć i posłuchać dzięcioła, które uparcie próbował przewiercić się przez drzewo. Siąść nad źródełkiem w lesie i planować sobotnią wyprawę – w góry!

Tak, tak jest dobrze :-)

 

14:27, kot_w_butach84 , kot myśliciel
Link Komentarze (9) »
środa, 13 kwietnia 2011
"Roseanna" Maj Sjowall, Per Wahloo

Jak zachęcić czytelnika do kupienia książki? Wydać dobrą książkę. Proste. A jak zachęcić go do kolejnych zakupów? Wydać serię książek, najlepiej w kolejności chronologicznej (czytelnicy Mankella wiedzą o czym mowa).  I właśnie taką dobrą, pięknie wydaną serię aktualnie czytam. Drugi tom opowieści o sztokholmskim policjancie autorstwa szwedzkiego małżeństwa, państwa Sjöwall i Wahlöö.

„Rosseanna” to tytuł pierwszej części, przyjemny początek, dowcipny język, bohater dający się lubić, taki  normalny, ale nie mylić z typowym (o typowych policjantach wiem tyle co przeciętny, dość sporo czytający kryminały mol książkowy),  pijący hektolitry kawy, posiadający rozpadające się małżeństwo (gderliwa żonka, też bym ją wysłała w kosmos), swoje zwyczaje i lęki. Pracowity, inteligentny, obdarzony detektywistyczną intuicją.

Wszystkie te cechy Martina Beck’a stają się nagle bardzo użyteczne, z wody zostaje wyłowione ciało o którym wiadomo niewiele. Tożsamość ofiary (bo w roku śledztwa wychodzi na jaw, że mamy do czynienia z morderstwem), motywy zbrodni są nieznane. Śledztwo staje w martwym punkcie, prasa naciska, chce znać szczegóły, których nota bene praktycznie nie ma.

No cóż, mnie się podobało. Poręczna książka do torebki pozwalająca przyjemnie spędzić czas w autobusie i zrelaksować się pod koniec ciężkiego dnia. Tak jak napisano na okładce, to kryminał z klasą, bez zbytniego epatowania przemocą, hollywoodzkich  super-bohaterów i sztucznych happy-endów.

Polecam miłośnikom Mankella, ale nie tylko.

Moja ocena 5.0/6

16:53, kot_w_butach84 , kocie czytanki
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10