Za 20 lat bardziej będziesz żałował tego czego nie zrobiłeś, niż tego co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj. Śnij. Odkrywaj.
wtorek, 08 stycznia 2013
Trzy dni bez snu, dwie noce na lotniskach - czyli mój powrót z Azji

Usiadłam na środku pokoju w kraju w którym spędziłam dwa miesiące. Usiadłam i załamałam ręce, bo nijak nie mogłam sobie wyobrazić, że wszystkie moje pamiątki z Macau wraz z przywiezionymi rzeczami uda się wpakować do jednej walizki i jednego plecaka na laptopa. Poznana Niemka rozsądnie doradziła, żebym wyrzuciłam trochę swoich niepotrzebnych rzeczy tym samym robiąc dodatkowe walizkowe miejsce. Rada przednia jednak nie dla osoby, która na wyjazd, tak, zgadza się z czystej próżności, zapakowała najlepsze ubrania. Regularnie zaczęłam upychać: rajstopy (nie wiedzieć po co zapakowane do kraju tropikalnego), kałamarnice, koszulki, raki w sezamie, sukienki: sztuk wiele, groszki wasabi, podręczniki do nauki języka angielskiego - w wolnych chwilach (przez dwa miesiące nie udało się takich znaleźć), tony ulotek z przeróżnych świątyń, chińską wódkę sztuk dwa (bardziej przypominającą rozpuszczalnik niż napój pity dla przyjemności). Szybko ubywało miejsca w bagażach, a rzeczy na podłodze, łóżku, szafkach jakby wciąż było tyle samo. Po kilku godzinach skomplikowanych obliczeń matematycznych, dopasowywania na zasadzie puzzli skarpetek do kształtu butelki napoju ryżowego, spojrzałam na swoje dzieło: walizka: sztuk raz, plecak: sztuk raz, torebka i dwie siatki. Nijak nie chciało być inaczej. Zapobiegawczo zapakowałam do siatek jedzenie, w razie czego planując że będę tłumaczyć, że to na drogę. Kontrolerzy będą musieli uwierzyć, że jestem w stanie zjeść te kilka kilogramów jedzenia podczas dwóch lotów.

Znajomy z pracy zamówił taksówkę. Opuszczałam miejsce w którym zostawiłam kawałek siebie. Kraj który udowodnił mi, że dam sobie radę, że jestem dzielna, otwarta, samodzielna. Pokazał, że w Azji też żyją ludzie, maja marzenia, plany. Te kilka informacji które przed wyjazdem zdobyłam na temat kraju do którego leciałam niewiele miały wspólnego z rzeczywistością. Codziennie życie zweryfikowało, zmusiło mnie do stworzenia własnego opisu Macau. Bardzo subiektywnego, ale podpartego wieloma godzinami rozmów z osobami z pracy, mieszkańcami Macau, Hong Kongu i Chin Kontynentalnych.

Jednym z trzech mostów łączących Tajpę z Macau dojechaliśmy do portu promów  TurboJET pływających pomiędzy Macau i Hong Kongiem. Stanęłam w kilometrowej kolejce słuchając ostatnich informacji, rad i przestróg, odebranie wcześniej zarezerwowanego i zapłaconego biletu wydawało się być formalnością. Pani spojrzała na mój paszport, bilety lotnicze i wydrukowany bilet i stwierdziła, że nie mogę płynąć tego dnia do Hong Kongu. Dalszych tłumaczeń nie zrozumiałam. Były one w tej odmianie angielskiego z którą nawet rodowity Anglik miałby problem. Spytałam kolejny raz dlaczego nie mogę jechać dziś skoro mam kupiony bilet. Z chińsko-chińskiego z domieszką angielskiego nie zrozumiałam nic. Mój towarzysz podróży w swoim języku zaczął rozmawiać z panią. Po 15 minutach wiedział i próbował mi to wyjaśnić normalnym angielskim. Okazało się, że moja linia lotnicza nie dogadała się z TurboJETem żeby on transportował pod swoją opieką bagaże podróżnych. Słowem: nie mogłam nadać noc wcześniej bagaży na lot dnia następnego. Wyjścia były dwa:  płynąć rano, a to odpadało ze względu ze mogłabym nie zdążyć na lot, płynąć do innego portu w Hong Kongu (początkowo miałam płynąć do portu koło lotniska) a stamtąd wziąć taksówkę, nią dojechać do stacji kolejowej, złapać pociąg Airport Express i nim, sama opiekując się swoimi tobołami w końcu, okrężną drogą dopłynąć na terminal.

W Hong Kongu znalezienie kogokolwiek mówiącego po angielsku jest dziecinnie proste. Pan sprzedający bilety perfekcyjnym Englishem odpowiada na wszystkie pytania. Taksówkarz kasuje ustalona wcześniej – po angielsku – cenę.

Z perypetiami ale wyjątkowo szczęśliwa docieram na gigantyczny terminal lotniczy Hong Kong. Szybko znajduję dogodną do spędzenia nocy miejscówkę z kontaktem do podłączenia laptopa. Wcześniej u pań dowiaduję się, gdzie będzie odprawa mojego samolotu. Przede mną pierwsza  z dwóch nocy na lotnisku. Już o północy wszyscy śpią, beztrosko zostawiając bagaże, torebki, czasem nawet telefony komórkowe samopas. Jest cicho, spokojnie, przyjemnie. Internet działa sprawnie, wreszcie jest czas, żeby pogadać z przyjaciółmi, poukładać sobie kilka rzeczy w głowie.

Na kolejnym lotnisku - Moskwa-Szeremietiewo ani możliwość rozmyśleń, ani dostęp do Internetu nie cieszy. Po dwóch dniach bez snu jestem wręcz nieprzytomnie śpiąca. Sekunda nieuwagi i głowa leci, oczy zamykają się błagając o sen. 10 godzin lotu z Hong Kongu do Moskwy bardziej mnie wymęczyło niż pozwoliło się zrelaksować. Gdy już czułam że zaraz usnę, wlecieliśmy w strefę nad Mongolią i przez bile 3 godziny samolot udawał wagonik diabelskiego młyna. Byłam tak zmęczona, że nawet nie wpadłam na pomysł, żeby się wystraszyć. Na lotnisku w stolicy Rosji miałam spędzić 17 godzin i nijak nie wiedziałam jak uda mi się przeżyć tyle godzin. To był koszmarny czas. Zwiedziłam wszystkie sklepy strefy bezcłowej, pomalowałam paznokcie (każdy w innym sklepie), obwąchałam perfumy po raz kolejny dochodząc do wniosku, że moje otrzymane w prezencie od K pachną najpiękniej. Byłam głodna, było mi niesamowicie zimno – te kilkanaście stopni, które było w Moskwie było temperaturą o dwadzieścia niższą niż w Azji. Pierwszy raz poczułam, że będę tęsknić, za opętańczo gorącym latem Macau. Umyłam kilka razy zęby, obeszłam jeszcze kilka razy terminal i prawie zaczęłam wyć ze zmęczenia. Byłam pijana z niewyspania, marzyłam o domu, łóżeczku, prysznicu – pachniałam jak żul. Ta śpiąca część mnie cieszyła się że zobaczy bliskich, ale moimi zmysłami rządziły potrzeby pierwszego rzędu, był nim SEN.

Jako jedna z pierwszych odprawiłam się na lot do Krakowa, Wstające słońce pięknie zaglądało w okna, startujące i lądujące samoloty jak zabawki unosiły się i opadały zdawałoby się bez trudu. Lęk przed lataniem spał, nie czułam żadnego strachu, co to jest lot z Moskwy jak ja przeleciałam nad Mongolią z jakimiś tornadami?? Oczami wyobraźni widziałam siebie nie muszącą bać się o zawartość torebki, dwóch siatek i plecaka pasażerkę samolotu Moskwa-Kraków ŚPIĄCĄ.

Radośnie wfrunęłam na pokład oceniając że jest szansa, że będę siedziała sama bo jest niewiele osób. Radośnie czekałam na start gdy radosny Rosjanin zapytał czy kolo mnie jest wolne miejsce. Co miałam zrobić, mniej radośnie powiedziałam że jest. Następne trzy godziny spędziłam, zadziwiająco elokwentnie, co zwykle włącza mi się gdy się napiję na niesamowicie gramatycznej rozmowie po angielsku z miłym moskwiczaninem.  

Szczęśliwa rodzina wraz z K na wyścigi zaczęli mi opowiadać co czeka mnie do jedzenia na obiad w domu. Swoje menu planowałam już od miesiąca, nie mogąc się zdecydować, czy chcę rosołek czy może pomidoróweczkę. Nie chciałam za to ryżu.

Każdy z członków mojej rodziny wziął jakąś sztukę bagażu dziwiąc się jak ja to wszystko dotargałam, widząc ich uginających się pod tymi ciężarami sama zaczęłam się sobie dziwić. W domu wtuliłam się w psie futerko, dosłownie wlałam w siebie rosół, zaskoczony brakiem ryżu żołądek wpierw chciał zaprotestować ale chyba usnął, jeszcze trochę zabawiałam wszystkich rozmową, a później padłam i spałam 24 godziny sama nie wiedząc która jest godzina. Byłam w domu :-)

21:07, kot_w_butach84 , Kot w Macao
Link Komentarze (44) »
piątek, 17 sierpnia 2012
Wyprawa do chińskiej stołówki

Wyszłam głodna z mieszkania, echo odchodzącego tajfunu Kai Tak wciąż było odczuwalne pod postacią przyjemnych podmuchów CHŁODNEGO wiatru, zachmurzonego nieba. Niezrażona wcześniejszymi złymi doświadczeniami udałam się do stołówki pracowniczej w głowie układając prawdopodobne menu. Pan przyzwyczajony do osób nie-mówiących po chińsku grzecznie wyszedł z swojego kantorka – czekał na moje zamówienie, które powinnam wskazać palcem. Chwila zastanowienia i w przypływie odwagi zdecydowałam się na coś brzmiącego jak zapiekany ryż z kurczakiem. Z otrzymanym kwitkiem potwierdzającym uiszczenie opłaty udałam się do miejsca gdzie kilka osób szykowało obiad wkładając rzeczy do mikrofali. Zapiekany ryż z kurczakiem chwilę podgrzewał się w maszynie aby z plasknięciem wylądować na mojej tacce. Wciąż pełna dobrych chęci, choć odrobinę mniej odważna udałam się w poszukiwanie wolnego stolika i pierwszy raz uważniej przyjrzałam się zamówionemu obiadkowi: metalowa miska z ryżem na który ktoś zbyt obficie, zapewne z dobroci serca, wylał sosopodobną maź koloru żółtego z utopionymi w niej kawałkami całego kurczaka (łącznie ze skorą, kośćmi i cholera wie czym jeszcze) kilkoma zielonymi groszkami i pokrojoną w kratkę marchewka. Zaczęłam z uporem górnika przekopywać się przez zawiesiste pyszności aby dostać się do ryżu. Mój sposób jedzenia nie był apatyczny wiec rozglądnęłam się dookoła w poszukiwaniu zniesmaczonych marnotrawstwem jedzenia spojrzeń. Dwa stoliki dalej siedziała samotna Chinka, która karkołomna czynność wykonywała z równie pracowitym zacięciem. Niepodglądana przez nikogo – oprócz mojej osoby oczywiście – przeczesywała własny talerz w poszukiwaniu JEDZENIA od czasu do czasu tylko biorąc do ust coś zgrabnie za pomocą pałeczek. Jako że te kilka ziarenek ryżu nie oblepionych wyśmienitym sosikiem, które udało mi się wyłowić z własnej “miski ryżu” nie zaspokoiły mojego głodu po raz drugi udałam się do pana z kantorka i poprosiłam o Hot coffee. Większość napojów w Macau dostępne jest w dwóch wersjach (czasem trzech, ale zwykle i tak jest to coś pomiędzy, zimnym, letnim i odrobinę ciepłym) cold i hot. Nieraz wersja hot różni sie tym od cold że nie posiada wrzuconego do niej lodu.

Na migi poprosiłam o kawę hot i stanęłam w kolejnej kolejce. Pani chlupnęła do mojego kubka mało białe - zapewne mleko (domyśliłam się inteligentnie) a następnie dopełniła brunatna cieczą będącą (miałam nadzieję) kawą. Szybciutko wróciłam do stolika, gdzie zostawiłam moje jedzonko. Oczywiście nikt przy zdrowych zmysłach nie zainteresowałby się moim talerzem, jednak bałam się ze sprzątająca malutka (130cm) pani pomyśli ze skończyłam. Kawa o kolorze niepokojąco podobnym do wody, którą niziutka pani używała do mycia podłogi, patrzyła na mnie. Pierwszy (ani następne też nie) łyk stawiającego-na-nogi napoju nie przekonał mnie ze pije coś, co choć w minimalnym stopniu przypomina kawę. Wciąż głodna znalazłam kolejne kilka ziarenek ryżu, tym razem bardziej oblepionych dziwnie słodkawym sosem, popiłam woda ze ścierki i wróciłam do obserwowania innych współcierpiących. Grupa czterech mężczyzn zajętych rozmową bez zastanawiania zmiatała wszystko z talerzy. Uważny obserwator mógł zwrócić uwagę że od czasu do czasu któryś z nich krzywił się nieznacznie, dyskretnie wypluwał nie chcę wiedzieć co i wracał do rozmowy. Samotna, szczupła Chinka widać najadła się za wsze czasy bo wolnym krokiem (zapewne z głodu, bo nie z przejedzenia) udała się do wyjścia. Kolejne przekopywanie talerza w poszukiwaniu jedzenia było bezcelowe, zmusiłam się do wypicia jeszcze dwóch łyków brunatnej wody i także zaczęłam zbierać się do wyjścia gratulując sobie w duchu że i tak zjadam całkiem dużo. Udałam się do pracy gdzie współpracownik poczęstował mnie sprasowanymi glonami z wasabi (pierońsko ostre ale smaczne) i dziwnymi chrupkami z carry (pycha). Nawet suszona meduza, którą dostałam od niego ostatnim razem wydawała mi się w obliczu dzisiejszego lunchu jakby smaczniejsza. Pojedzona odpaliłam program i zabrałam się do pracy.



11:52, kot_w_butach84 , Kot w Macao
Link Komentarze (15) »
wtorek, 07 sierpnia 2012
Jak się bawią chińczycy?

Jak się bawią chińczycy? Chińczycy śpiewają. Zapamiętale, z przyjemnością, ukontentowaniem. Podczas gdy europejczycy tańczą, skaczą od klubu do klubu, nasi wschodni dalecy sąsiedzi wolą wydzieranie się do mikrofonu. Dla skrzywdzonego sąsiadką wiolonczelistką kota w butach jest to zabawa wyjątkowo niezrozumiała. Jak bardzo - przekonałam się dziś. Właśnie wróciłam, u mnie 3 nad ranem, obawiam się, że chińskie melodie na długo zostaną mi w głowie. Nie spodziewałam się, że można tak unieszczęśliwić moje uszy. Udało się. Nie żałuję, ale raczej nie dam się namówić na replay. Angielskie teledyski nie wiedzieć czemu miały zmienione tło wideo, po ekranie hasały jakieś niewiasty z wczesnych lat 80-tych wdzięczące się do kamery, wymachując czym mogły (tyle, że zgrabne były, męska część widowni na pewno doceniła). My heart will go on śpiewane z chińskim akcentem dało się przeżyć, ale lokalne mega przeboje, coś jak nasze disco polo były małym koszmarkiem. Kot w butach został zakrzyczany.

Chińczycy śpiewają. Bez problemu można znaleźć specjalne boksy z mikrofonami, monitorami
świetnym nagłośnieniem.

Chyba puszczę sobie jadą wozy kolorowe, lepiej na brackiej pada deszcz, może jakoś
usnę bez koszmarów.

Welcome in China ;-)

21:04, kot_w_butach84 , Kot w Macao
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 30 lipca 2012
Macau - świątynia Tin Hau (Tin Hau Temple)

Kot obudził się skoro świt, zerknął na zegarek, 11, czas wstawać, wystawił łapkę za okno, poczuł swąd spalonego futerka, uf, dość ciepło, raczej zrezygnuję z dodatkowej pary rajstop i zaczął zbierać się na wyprawę. Uważnie przestudiował  mapę mając nadzieję, że wysiądzie tam gdzie zaplanował. Ubrał najlżejszą z możliwych sukienek, która biorąc pod uwagę lejący się z nieba żar, w połączenia z wilgotnością 90% dawał wrażenie pracującej na pełnych obrotach sauny. Zjadł obfite śniadanie: płatki owsiane z Chin kontynentalnych, polane mlekiem z Nowej Zelandii (to jedno z tych tańszych i tak pierońsko drogich, ale przypominających mleko płynów) z dosypanymi suszonymi owocami mango z Tajlandii. Pożywne, zdrowe śniadanie, które nieraz zastępuje kotu w butach lunch obiad i kolację pewnie niedługo będzie wywoływać odruch niemający nic wspólnego z „yummy”, jednak zdesperowany futrzak musi coś jeść. Mówiąc otwarcie: nie smakuje mi kuchnia w Macau. Pewnie gdyby założyć budżet przeznaczony na obiad 3 krotnie większy, pozwalający na żywienie się hotelu Lisboa zapewniłoby to obiadek godny kociego podniebienia. Niestety takiego budżetu nie ma, czasem tylko wpadnie na ruszt coś smaczniejszego. O jedzeniu tutaj będzie osobny, bardzo subiektywny wpis. Dziś o wyprawie do świątyni Tin Hau, kościoła świętego Francis Xavier, świątyni Tam Kung (oczywiście sprawdzam z mapą, w życiu nie nauczę się tych nazw).

Wskoczyłam do jakiegoś autobusu jadącego w stronę Coloane, czyli południowej części wyspy Taipa, wreszcie mogłam złapać oddech. Praktycznie wszędzie: w środkach komunikacji, sklepach, bankach, firmach, aptekach jest działająca sprawie, czasem nawet zbyt sprawie klimatyzacja. Podczas gdy na zewnątrz jest jakieś 100 stopni w cieniu, tak w autobusie spokojnie można narzucić na siebie sweter i się nie przegrzać. Początkowo od tych ciągłych skoków temperatur bolało mnie gardło, teraz przyzwyczajam się powoli i do zimna w autobusach i gorąca wszędzie na zewnątrz. Zaczęłam nawet doceniać parasolkę używaną w słoneczny dzień. Obowiązkowo okulary przeciwsłoneczne.

Co ciekawe, podczas gdy kot w butach powłócząc łapa za łapą, przemyka między klimatyzowanym sklepem, klimatyzowanym autobusem i niestety nieklimatyzowanymi ulicami, śliczne jak z obrazka Chinki kroczą dumnie czasem na obcasach (zawsze jednak bardzo gustownych i niewyzywających), nierzadko w spodniach (co w obliczu piekiełka na zewnątrz wydaje się torturą) czasem w swetrze (!!!!), marynarce (!!!!!!), pełnym (ale nie mocnym) makijażu. Makijaż kota w butach spływa z kocich oczek jakieś 10 metrów po wyjściu na zewnątrz. Po kolejnych 10 futerkowiec czuje jakby prysznic brał co najmniej tydzień temu. Uczucie, że każdy radzi sobie lepiej z upałem niż ja nie opuszcza mnie odkąd tu przybyłam. Postanowiłam przestać się przejmować, bo liczenie, że zrobi się chłodniej to czekanie na zimę, która tutaj ma mocno powyżej 10 stopni na plusie.

Wpełzłam do autobusu płacąc za przejazd „MACAUpass” klapnełam koło Chinki w średnim wieku i zaczęłam się zastanawiać w jaki sposób wyjaśnić jej, żeby wskazała mi gdy będzie mój przystanek. Wyjęłam obie moje mapy i najłatwiejszym angielskim, jaki znam poprosiłam, żeby wysadziła mnie na ścieżce do świątyni. Niestety żadna z dostępnym przeze mnie map nie posiada nazw przystanków. Pani dość szybko „złapała” co mam na myśli, rozsądnie zauważając, że chce wysiąść przy zoo z pandami.  Do zoo z racji przekonań się nie wybierałam, jednak rzeczywiście, to wydawało się być w okolicach. Wysiadłam i zalała mnie oszałamiająca fala gorąca. No moment straciłam oddech myśląc, że to będzie ciężki spacer. Był.

Zaczęła się mozolna wspinaczka asfaltową drogą pod górę. Z założenia drogą przeznaczoną na auta, bo podejrzewam, że żaden desperat, oprócz jednego, nie wpadł na pomysł, żeby pokonać te kilka kilometrów piechotą. W polskich warunkach byłby to niedzielni, poobiedni spacerek, w warunkach Macau, była to wspinaczka na Mount Everest co najmniej. Od czasu do czasu tylko rzucany przez zniszczone przez tajfun drzewa cień pozwalał na chwile odpoczynku połączone z popijaniem kończącej się wody do picia. Po piętnastu minutach zdesperowanego futerkowa minął samochód na chińskich rejestracjach, który po chwili zatrzymał się a z niego wychylił się starszy pan pytając „po swojemu” czy podwieźć, czy koci turysta na pewno idzie na górę PIECHOTĄ. Kot w butach dzielnie odparł „No, thanks so much!” kłaniając się w podzięce za propozycję, gratulując sobie hartu ducha, ostrożności, zaradności, odpowiedniego podejścia do bezpieczeństwa samotnej kobiety w obcym kraju, nie rozmawiania z obcymi… Gratulował sobie tego jeszcze przez jakieś 5 sekund, jednak widząc tył wypasionego samochodu, z KLIMATYZACJĄ, na chińskich rejestracjach poczuł, że może niebyła to najmądrzejsza decyzja. Godzinę później, gdy dotarł na miejsce, kot w butach WIEDZIAŁ, że NIE była to dobra decyzja. Kot w butach wyglądał jakby wyszedł z morza.

Jednak nic nie było w stanie przysłonić radości, gdy dzielny wędrownik zobaczył świątynię Tin Hau (odnośnie pisowni: często zdarza mi się, że jedna i ta sama świątynia nazywana jest ciut inaczej, tutaj na przykład znalazłam dwie wersje Tian Hau i Tin Hau, nie mam pojęcia, z czego to wynika).

Nie zważając na zalewający twarz, ręce, szyje tułów, nogi (ok., daruję sobie szczegóły) pot obfotografowałam i świątynie i statuę. A oto zdjęcie, z których jestem bardzo dumna:

 

Jutro ciąg dalszy, u mnie już późno w nocy, w Europie ledwo popołudnie. Kot w butach włączył klimatyzację na 30 (!!) stopni, upaja się ZIMNYM powietrzem lecącym z klimatyzatora, zajada się soczystym mango, popija ohydną wodę mineralizowaną (to kolejny temat na wpis) i już planuje następną wyprawę.

Ciąg dalszy: czyli wyprawa do Coloane Village oraz ofiarowanie wody dla kota w butach w świątyni Tam Kung wkrótce.

Pozdrawiam serdecznie

Kot w Macau



19:07, kot_w_butach84 , Kot w Macao
Link Komentarze (14) »
wtorek, 24 lipca 2012
Tajfun Vincent w Macao

Ostatnie dwa dni, a właściwie głównie poprzednia noc, uświadomiły mi jeszcze dobitniej, że zmieniłam strefę klimatyczną, kontynent a co za tym idzie także powinnam zwracać większą uwagę na zagrożenia. Tak o tajfunie mowa. Kto ogląda choć minimum telewizji, czyta wiadomości lub słucha radia mógł dziś usłyszeć (jak mi doniesiono z Polski) informację o spustoszeniach jakie dokonał zeszłej nocy Tajfun Vincent. Początkowo z czystej ciekawości śledziłam informacje na temat zbliżającego się Vincenta. Później popłynęłam do Hong Kongu i zagrożenie stało się realne. W przypadku silnego wiatru lotniska, promy, Turbo Jet (ferry pływający pomiędzy HK a Macau) są
odwołane. Mosty zamknięte, ludzie nie chodzą do pracy. Uwięzienie nawet w tak pięknym miejscu nie uśmiechało mi się. Skróciłam mój weekend w Hong Kongu i w poniedziałek zamiast dalej zwiedzać, (bo zwiedzania to tam jest na kilka miesięcy!) udałam się do pracy, gdzie co chwile odświeżałam stronę z wiadomościami na temat trasy tajfunu. Początkowo proponowana droga dość znacznie omijała Macao, po pewnym czasie Vincent zdecydowanie skręcił kierując się dużo bardziej zdecydowanie w moje okolice. Suma summarum wczoraj w nocy mieliśmy 9 stopień
zagrożenia (w 10-cio stopniowej skali).

Stopień 1 (No.1) to lekki wiatr, no może nie bryza, ale coś takiego możemy spotkać w Polsce.

Stopień 3 (No.3) bo nie ma stopnia 2, to silniejsze podmuchy wiatru.

Stopień 8 (No.8) znów omijamy 4,5,6,7, to bardzo silny wiatr, zamykane są szkoły, mosty, nic praktycznie nie pracuje.

Stopień 9 (No.9) jak łatwo sobie wyobrazić to masakra. Wieje okropnie, przewraca drzewa, niszczy niezabezpieczone rzeczy.

Stopień 10 (No.10) to silniejsza odmiana No.9. Tworzą się ogromne fale, wyrywane są drzewa, jak to określiła moja koleżanka, która mieszka w Hong Kongu w wieżowcu na 22 piętrze, wygląda to jak koniec świata.

W przypadku stopnia No.8 i większego nakazane jest pozostanie w domu, szczelne zamkniecie okien, drzwi.

Przyznam, że sama nie wiedziałam jak się to rozwinie, tak przeraźliwie wyło, bałam się, że Vincent skręci jeszcze bardziej w moim kierunku i uderzy centralnie w miasto. Niby żartowaliśmy, że podobno w oku tajfunu jest cicho, więc nie byłoby tak źle, ale sądzę, że były to raczej żarty odrobinę na wyrost.

Wszystko dobrze się skończyło (przynajmniej dla mnie, wiadomości podają, że sporo osób ucierpiało), to było ciekawe doświadczenie oglądać to „od środka”, choć myślę, że bez tej wiedzy mogłabym się spokojnie obejść.

19:41, kot_w_butach84 , Kot w Macao
Link Komentarze (5) »