Za 20 lat bardziej będziesz żałował tego czego nie zrobiłeś, niż tego co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj. Śnij. Odkrywaj.
poniedziałek, 14 lutego 2011
Rozmówki przy filmie

Z cyklu rozmówki przy filmie.

Oglądamy Twin Peaks, to nasze najnowsze hobby, przeżuwając rytmicznie, wymieniamy się uwagami, których nie powstydziłby się żaden krytyk filmowy.

Ja: ładna ta kobieta

K: tak, fajne ma oczy..

Ja: tak – zwracam uwagę na ślicznie wykrojone, z masą ilością (pewnie doczepianych - myślę zazdrośnie) rzęs, ciemne oczęta głównej bohaterki.

K (kontynuując): … takie białka ma białe.

10:18, kot_w_butach84 , kot kinomaniak
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 06 grudnia 2010
Filmowy weekend

Za mną bardzo udany weekend. Po dość stresującym tygodniu, piątkowy i sobotni wieczór były dla mnie czasem w którym mogłam się zatrzymać, nie myśleć o obowiązkach, napić się z K wina. Jako, że my właściwie zawsze jesteśmy głodni tak w piątek w menu były zapiekanki (wyszły palce lizać) a w sobotę kiełki na patelnię (nowość, jeszcze się z nią oswajamy, doprawiłam carry, chyba zbyt dużo,  ale zjedliśmy).

Te dwa wieczory sponsorowała literka d jak dobre kino. Mieliśmy możliwość oglądnąć dwa różnorodne tematycznie filmy i właśnie o nich chciałabym Wam dziś opowiedzieć.

Na pierwszy plan (wybrany w wyniku uczciwie przeprowadzonego losowania) poszło „Not without my daughter” - (polski tytuł Tylko razem z córką) w reżyserii Brian’a  Gilbert’a (nie znam gościa dla porządku podaję).

Nie chciałabym abyście podeszli do tej historii szablonowo: kobieta (Europejka, amerykanka, obojętnie) poznaje muzułmanina, wychodzi za niego za mąż i zaczynają się jej kłopoty. Myślę, że trzeba na tę historię spojrzeć z dwóch strony: oczami mężczyzny i kobiety.

Betty, główna bohaterka, jest żoną Moodiego, lekarza irańskiego pochodzenia. Mają razem śliczną córeczkę. Mieszkają w Stanach. Ich życie układałoby się klarownie i bez przeszkód gdyby nie niechęć współpracowników Moodiego. Dodatkową komplikacją jest tęsknota mężczyzny za krajem, rodziną, przyjaciółmi. Dwudziestoletnia nieobecność w Iraku powoduje, że Moody patrzy na swoją ojczyznę przez różowe okulary. Wszędzie dobrze gdzie nas nie ma, chciałoby się powiedzieć.

To obraz sytuacji widziany oczami męża. Dla Betty natomiast wszystko co amerykańskie jest dobre, znajome, bezpieczne. Kobieta niby zdaje sobie sprawę, z uczuć Moodiego ale chyba tak naprawdę nie wie jak mu pomóc. Coraz częściej poruszanym tematem w ich domu jest ewentualny wyjazd na dwutygodniowe wakacje do Iraku.

Moodiemu w końcu udaje się przekonać Betty do tego przedsięwzięcia. I właściwie tutaj zaczyna się historia. I ich problemy.

Nie chcę za wiele zdradzać. Już po kategorii filmu – dramat – możecie się domyślić, że nie będą to sielskie wakacje. Irakijska rzeczywistość z jaką przyjdzie się zdarzyć Betty nawet w połowie nie odpowiada jej wyobrażeniu. Przestrzeganie surowego muzułmańskiego prawa nie jest dobrowolną decyzją ale wymogiem respektowanym przez rząd i zbrojną policję.

Moddy również jest zaskoczony zmianami jakie zaszły w jego kraju, ale z racji pochodzenia i wyznania łatwiej jest mu wrócić do ojczyzny.

Betty dowiaduje się o innym niż turystycznym celu wyprawy do Iraku.

To by było na tyle odnośnie samej treści. Na Internecie znajdziecie dużo bardziej szczegółowe opisy. Ale przecież nie o zdradzanie filmowych tajemnic chodzi.

Pragnę Was gorąco namówić do obejrzenia tego filmu. Myślę, ze jest wartościowy ze względu na jego rolę edukacyjną. Dwa światy, którym ciężko jest się połączyć. Świat Betty, rodowitej amerykanki, której nie spotyka nigdzie dyskryminacja, która żyje w swoim kraju „pełna prawa i obowiązków” i przeciwstawny do niego świat Moodiego, irakijskiego emigranta, co prawda dobrze wykształconego, ale którego kwalifikacje są podważane ciągłymi docinkami i szykanami. Choć Moody czuje się jak Amerykanin i tak chce wychować swoją córeczkę, to ciągle on i ona, są traktowani jak obcy.

Chciałabym zwrócić Waszą uwagę na grę aktorską. To dość stary film, bez hollywoodzkich sztuczek, ze zwykłymi aktorami. Odtwórczyni Betty roli jest bardzo wiarygodna.

Co więcej mogę napisać? Polecam!

8/10

 

Drugim oglądanym przez nam filmem była „Różyczka” w reżyserii Jana Kidawy-Błońskiego. Kolejny dramat, bardzo ambitny film. Podejrzewam, że przez krytyków okrzyknięty filmem ze zbytnim epatowaniem nagością. Tak, nie jest to film przeznaczony dla osób poniżej osiemnastego roku życia, ale wszelkie „rozbierane” sceny są moim skromnym zdaniem celowe i potrzebne. Zresztą nie ma się czego wstydzić! Pani Magdalena Boczarska (filmowa Kamila Sakowicz vel Różyczka) jest ślicznie zbudowaną młodą kobietą. Bardzo dobrą aktorka, która pewnie nie raz jeszcze pojawi się na szklanym ekranie.

Akcja filmu „Różyczka” umiejscowiona jest w latach 60-tych. Umiejętnie wstawione zdjęcia archiwalne budują klimat i oddają realizm tamtym czasów. Filmowymi bohaterami „Różyczki” są Roman Rożek świetnie grany przez Roberta Więckiewicza (jednego z moich ulubionych Aktorów, literka A celowo napisana z dużej litery) i pisarz Adam Warczewski (równie dobra rola Andrzeja Seweryna).

Różyczka dostaje się między przysłowiowy młot i kowadło, ukochany Roman prosi ją o zbliżenie się i szpiegowanie Adama Warszewskiego. Prośba ta jest na tyle ciężka do zrealizowania ze względu na ustępstwa na jakie musi iść Różyczka. Rozpoczyna się żmudny proces  zdobywania zaufania pisarza…

Różyczka to opowieść o miłości, namiętności, zazdrości, związkach ze starszym mężczyzną. Trudne komunistyczne czasy, inwigilacja.

 

Naprawdę dobry film. W mojej skali mocne:

8/10.

00:16, kot_w_butach84 , kot kinomaniak
Link Komentarze (4) »
piątek, 05 marca 2010
"W chmurach" reż. Jason Reitman

Za kilkadziesiąt godzin zacznie się gala rozdania prestiżowych nagród – Oskarów. Moja przygoda z tą nagrodą zaczęła się właściwie rok temu. Wcześniej fakt nominacji niewiele dla mnie znaczył. W 2009 roku miałam możliwość oglądnąć większość nominowanych filmów, które w mojej opinii odznaczały się bardzo na plus w porównaniu z innymi. Nominacje do Oskarów zyskały mój szacunek, więc bez wahania zdecydowałam się na oglądnięcie „W chmurach” i przestrzegam: to absolutna strata pieniędzy i czasu. Oczywiście szanuję zdanie innych, rozumiem, że komuś może się ten film podobać, ale wg mnie jest to gniot.

Ryan Bingham (George Clooney) pracuje w zawodzie, który dla większości ludzi byłby ciężkim do zniesienia, stresującym i dołującym – zajmuje się, opisując w skrócie, zwalnianiem pracowników, komunikowaniem im, że następuje redukcje etatów. Ryan jest z tej pracy bardzo zadowolony, ponieważ umożliwia mu ona podróżowanie i przybliża go do spełnienia marzenia – dostania się do elitarnej grupy ludzi, którzy przelecieli samolotem więcej niż milion mil lotniczych.

Prawdopodobnie w sposobie na życie Ryana można by było doszukać się lęku przed stabilizacją, zapuszczeniem korzeni, a on sam w pewnym momencie mówi o dniach wolnych jak katordze którą niestety zmuszony jest znosić. Nawet jego związek wygląda dość nietypowo: Ryan poznaje Alex (Vera Farmiga), której życie wygląda jak lustrzane odbicie jego życia. Porównują doświadczenia z hoteli i restauracji, sex traktują instrumentalnie.

Poukładane zdawałoby się życie Ryana burzy plan restrukturyzacji firmy, który polega na ograniczeniu wydatków na służbowe podróże takich pracowników jak Ryan zaproponowany przez Natalię (Anna Kendrick), młody firmowy narybek.

I tu film, który dało się jeszcze jakoś oglądać zaczyna leżeć, pełzać, czy jak by to nazwać – staje się dnem totalnym. Ryan postanawia przekonać Natalie, że jej pomysł, aby zwalniać pracowników przez Internet jest zły. Zabiera ją w podróż, która ma na celu zaprezentowanie jej jak niezbędna jest rola Ryana w firmie. Widz staje się świadkiem zaskakującej przemiany Natalie z babki z jakami na rozpłakanego, rozhisteryzowanego dzieciaka. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki Natalie nie potrafi sobie poradzić z takimi prostymi czynnościami jak ciągnięcie walizki po płycie lotniska…

Ciężko mi napisać coś dobrego na temat tego filmu. Clooney nie zachwyca, Anna Kendrick drażni, film nuży, a nominacje do Oskara śmieszą.

----------------------

Zdjęcie pochodzi z Filmweb

19:28, kot_w_butach84 , kot kinomaniak
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 01 lutego 2010
Gdzie do diabła jest Matt??

Ten filmik podbił moje serce, mogłabym go słuchać wciąż i wciąż

Sami zobaczcie:

 

18:57, kot_w_butach84 , kot kinomaniak
Link Komentarze (21) »
poniedziałek, 25 stycznia 2010
"It's Complicated" reż. Nancy Meyers

Drodzy Państwo: Zwracam honor komediom romantycznym! Niewiele gatunków filmowych omijam z takim zacięciem jak właśnie ten. Bo komedia, jak nazwa wskazuje ma być komiczna, śmieszna. Albo to ze mną jest coś nie tak, albo komedie takie jak: 27 sukienek, American Pie, Tylko mnie kochaj i tym podobne komediami nie są. Mam wrażenie, że jak ktoś nie wie o czym kręcić film to kręci o miłości właśnie. No bo zawsze znajdą się chętni. Gdzieś dziewczynę na pierwszą randkę trzeba zaprosić, coś puścić wieczorem żeby leciało a i kurze lepiej się ściera jak można zawiesić oko od czasu do czasu na prostych jak konstrukcja cepa perypetiach zakochanej pary. Mogę oczywiście podać wyjątki, to nie tak, że ten gatunek nie bawi mnie wcale, a moje poczucie humoru śpi. Jest przyczajone, to prawda, ale są filmy na których wybucham serdecznym śmiechem: Love Actually, Pretty Women, Mamma mia! Nie mogę pominąć mojego ukochanego:  Dziennika Bridget Jones.

I przychodzi taki czas, kiedy fakt posiadania bloga oraz podczytywania innych stron procentuje. Dostałam cynk! Nakręcono komedię, która mogłaby odpowiadać moim standardom. Dzięki uprzejmości znajomej zza granicy miałam możliwość oglągnięcia tego filmu wcześniej:-)

It’s Complicated to film z świetną obsadą (boska Meryl Streep! Jak ona to robi że ma takie ciało w TAKIM wieku?), zabawnymi tekstami, ciekawym pomysłem.

Jane (Meryl Streep) rozwódce, matki trójki dzieci dopiero po kilku latach udaje się poskładać życie od nowa po odejściu męża. Psychoterapia, rozkręcenie własnego biznesu – restauracji ale także pomoc dzieci i przyjaciół pozwalają jej stanąć na nogi i cieszyć się życiem. Jane ma na tyle klasy, aby ze swoim byłym mężem Jakem (Alec Baldwin) utrzymywać zdrowe relacje. Choć szczerze nie znosi obecnej wybranki byłego męża, akceptuje jej obecność na imprezach rodzinnych. I właśnie podczas jednej z takich uroczystości, gdy dzieci świętują na mieście ze swoim młodszym towarzystwem a pasierb Jake’a dostaje grypy żołądkowej Jane spotyka eksmęża w hotelowej restauracji. Ponieważ nie mogą udawać że się nie znają siadają razem i piją wino. Z ilością wypitych kieliszków, co ja mówię butelek wina maleje (podejrzewam wprost proporcjonalnie) odległość między nimi. Zaczynają tańczyć (swoją drogą podziwiam, że jeszcze trzymają się na nogach!) i od kroku do kroku… lądują w łóżku. Przychodzi poranek a wraz z nim otrzeźwienie (złośliwi dodadzą: oraz kac). Jane dopadają wyrzuty sumienia. Jej poukładane życie staje pod znakiem zapytania, wypracowane opanowanie ustępuje miejscu seksapilowi, którego ślicznej Meryl odmówić nie można. Jake’owi układ żona i kochanka zdaje się odpowiadać, przebąkuje nawet od odrodzonej miłości do byłej żony.

Wszystko (jak tytuł wskazuje) staje się skomplikowane, a sytuacji nie polepsza przystojny (moim skromnym zdaniem znacznie od Alec’a Baldwina) architekt (Steve Martin) zainteresowany piękną kuchareczką Jane…

It’s Complicated porusza temat sexu po 50 i rozwodu a przy tym nie jest moralizatorskie i patetyczne ale ciepłe i zabawne.

--------------------------------------------

zdjęcie pochodzi z http://www.filmweb.pl/

19:21, kot_w_butach84 , kot kinomaniak
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 18 stycznia 2010
"Avatar" reż. James Cameron

Urodziny mojego K. były już jakiś czas temu, ale splot okoliczności doprowadził do tego, że nie było czasu na jakieś bardziej uroczyste obchodzenie tego Ważnego Dnia. Jako, że staram się był dobrą dziewczyną (hehe), już wcześniej zaplanowałam, że pójdziemy do kina. Filmy oglądać uwielbiamy. Całe szczęście gust mamy podobny, najczęściej podoba nam się podobny typ filmów (wyjątek stanowi Jim Carrey, którego szanuję za naprawdę dobrą grę, tylko niektóre filmy jak Maska i temu podobne rzeczywiście mi nie podchodzą) więc mogłam śmiało decydować co oglądnąć. Wahałam się pomiędzy 2012 o którym słyszałam, że szału nie ma, więc odpada, Rewersem, który nota bene oglądnęliśmy ciut później i jest świetny, a właśnie Avatarem.

Avatar to przepięknie zrobiona bajka. Podoba mi się motyw ekologiczny i wiążące się z nim przesłanie o naszej odpowiedzialności za planetę. Film, choć długi, nie nuży. Od początku do końca siedzimy i delektujemy się nim pogryzając jakieś słodkości (lubię jeść w kinie, sądząc po odgłosach jakie były w kinie, nie tylko ja).

Tytułem przybliżenia treści filmu (która nie jest zbyt skomplikowana, ale przecież nie o to chodzi!): Były komandos dostaje możliwość wzięcia udziału w doświadczeniu naukowo-wojskowym. Jake Sully, jako, że jest sparaliżowany, nie miałby właściwie szans, na takie wyróżnienie, gdyby nie fakt, że jego brat bliźniak ginie i szkoda by było stracić specjalnie przygotowanego (wyhodowanego?) dla tego brata Avatara. Mimo braku przygotowania (nauka języka, historii i innych aspektów życia ludu zamieszkującego Pandorę - Na'vi) i kalectwa Jake dostaje zgodę na zajęcie miejsca brata. Dla samego Jake’a jest to wspaniała szansa, aby poczuć się potrzebnym i stanąć na własnych, no prawie własnych bo Avatara – nogach.

Dziwnym zbiegiem okoliczności (bez których nie byłoby filmu, to jasne;-)) Jake’owi udaje się poznać Na'vi, uczy się ich zwyczajów, zdobywa zaufanie.

Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że Sully musi to zaufanie wykorzystać i przekonać lud Na'vi do opuszczenia swojego świętego miejsca.

W jaki sposób i czy w ogóle Jake będzie chciał to zrobić dowiemy się z filmu.

Niewątpliwymi zaletami Avatara jest magiczny, barwny i niesłychanie różnorodny świat Pandory. Latające góry, sześciu-kopytne konie, drzewo dusz to tylko kilka ciekawostek, a wszystko to można jeść łyżkami.

Uważny widz, po wyjściu z kina i otrząśnięciu się z wielkiego „wow” zauważa, że w filmie brakuje drugiego dna, wszystko jest proste i podane na tacy. Myślę, że możemy to spokojnie wybaczyć, wszak nie można mieć wszystkiego.

13:19, kot_w_butach84 , kot kinomaniak
Link Komentarze (12) »
czwartek, 07 stycznia 2010
Filmowe odkrycia duże i małe

Ostatnio sporo pisałam o książkach a przecież nie samym czytaniem człowiek żyje (choć rzeczywiście ostatnio gdy tak zimno i szaro na polu  niewiele więcej mi potrzeba)!  W ciągu ostatnich kilku tygodni udało mi się oglądnąć kilka naprawdę ciekawych filmów i chciałabym się nimi z Wami podzielić. Mieszanka będzie niedobrana pod względem tematycznym, ale będzie te filmy łączyło jedno: były (moim skromnym zdaniem) dobre:-)

Pierwszy na taśmę pójdzie: Jabłka Adama duńsko-niemiecka czarna komedia, która dodatkowo jest dramatem. Kiedyś już pisałam, że nie bawią mnie komedie romantyczne i ten film oczywiście nim nie jest. To kawałek naprawdę dobrej, momentami wręcz absurdalnej komedii. Tytułowy Adam, postać do szpiku przesiąknięta neofaszyzmem i jak sam siebie określa po prostu zła trafia do ośrodka prowadzonego przez pastora. Ma tam spędzić z tego co pamiętam (oglądałam jakiś miesiąc temu ten film) trzy miesiące resocjalizując się. Pastor Ivan proponuje Adamowi aby ten sam sobie wyznaczył cel, któremu będzie się poświęcał przez ten okres czasu. Wybór pada na upieczenie jabłecznika z jabłek rosnących na jabłoni przed kościołem. Adam poznaje innym podopiecznych pastora Ivana. Jest to iście wybuchowa mieszanka: Gunnar alkoholik, popijącący syropy na kaszel (zawierające alkohol) dzielnie dostarczany przez pastora oraz Khalid arabski imigrant, który napada na znienawidzone stacje benzynowe Statoil. Wszyscy (łącznie z Ivanem) żyją w swoim świecie, robią rzeczy wydaje się abstrakcyjne. Adam w swojej przekorze stara się udowodnić naiwnemu  pastorowo, że nie każdy ma w sobie dobro.

W międzyczasie na jabłoń spadają nieszczęścia i możliwość upieczenia jabłecznika staje pod znakiem zapytania.

Zdaję sobie sprawę, że mój opis brzmi absurdalnie, ale uwierzcie.. film jest jeszcze bardziej zakręcony. Dla mnie był on po prostu świetny.

Obywatel Milk , chyba każdy o nim słyszał. Ja oglądanie go odkładałam dość dług. I niepotrzebnie, ponieważ ma on wszystko to co dobry film mieć powinien: ciekawą historię – tym razem prawdziwą, a takie lubię bardzo i świetnych aktorów. Smaczku dodają archiwalne zdjęcia San Francisco umiejętnie wplecione w film, ale tak, żeby było widać ten zabieg, przez co uwierzytelnia bardzo film.

Obywatel Milk – opowieść o walce o tolerancję, przypomnienie jak kiedyś było źle. Harvey Milk zdeklarowany gej, na tyle odważny, żeby podjąć  próbę pokazania problemów osób homoseksualnych i ich dyskryminacji. To nie opowieść wybielająca osoby o odmiennych preferencjach seksualnych, ale zwrócenie uwagi na jawne łamanie ich praw. Głównym celem  Milk’a jest nie pozwolenie na przyjęcie szóstej poprawki pozwalającej na zwalnianie homoseksualnych nauczycieli.

Obywatel Milk to pozycja obowiązkowa, szczególnie, że u nas w Polsce z tolerancją też nie jest najlepiej.

Kolejnym, świetnym, pokazywanym w Sylwestra w TV filmem był Kontakt z cudowną  Jodie Foster. Wciągający, zapierający dech w piersiach – oczywiście tych, którzy lubią Sci-Fi, a ja należę do takich osób. Ellie Arroway (grana właśnie przez panią Foster) wierzy w możliwość wysłuchania z szumu kosmicznego wiadomości przekazywanej nam przez istoty zamieszkujące inne planety. Całą swoją energię i dobrze zapowiadającą się karierę poświęca możliwości słuchania sygnałów i obsłudze radioteleskopów. Przez innych naukowców uznana za dziwaczkę, ciągle musi starać się o dotacje na swoje badania. Pewnego razu (oczywiście wtedy, gdy kończy jej się kontrakt na korzystanie z radioteleskopów) znajduje  wśród kosmicznej breji dźwięków, coś co nie jest przypadkiem tylko wiadomością…

Wciąga, mimo kilku niedociągnięć mogę szczerze polecić.

Niestety nie samymi dobrymi filmami człowiek żyje, czasami trzeba wpaść na jakiegoś gniota, do którym zaliczyć mogę August Rush (szczególne dno i dziesięć metrów mułu za ostatnią scenę, z założenia pewnie wzruszającą, ale dla mnie kicz bił po oczach), Bezcenny dar (Ultimate Gift) – mega gniot, szkoda tuszu (nawet tego wirtualnego) na opisywanie go.

_____________________________________

zdjęcia pochodzą z www.filmeb.pl

12:49, kot_w_butach84 , kot kinomaniak
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 18 maja 2009
Spotkanie z Afryką

Ostatnio udało nam się oglądnąć trzy wartościowe filmy, które choć opowiadające inne historie miały coś wspólnego – miejsce akcji: Afrykę

„Ostatni Król Szkocji” to nie jak nazwa wskazuje dzieje monarchy Szkockiego, ale króla Ugandy który samozwańczo mianuje sam siebie królem Szkocji.  Jest to opowieść o Idim Amirze, dyktatorze, barbarzyńcy, człowieku nieobliczalnym, widziana oczami szkockiego lekarza – Nicholasa Garrigan’a . Młody chłopak postanawia wyrwać się z domu rodziców i przeżyć przygodę, posługując się obracającym się globusem w ciemno losuje kraj do którego się uda aby nabrać doświadczenia zawodowego. Los rzuca go do Ugandy, biednego afrykańskiego kraju gdzie leczenie ludzi jest trudne, często niemożliwe z powodu braku dostatecznych  środków. Tak w wyniku splotu wydarzeń poznaje przywódcę kraju Idi, którym jest zachwycony,  dostaje lukratywną propozycję pozostania jego osobistym lekarzem. Nie potrafi odmówić… Tak zaczyna się jego przygoda na dworze króla, gdzie nie wszystko jest takie jak się wydaje, gdzie zdrowy rozsądek jest ostatnią cechą jaką posiada król.

Film momentami ciężki, ponieważ trudno opowiedzieć historię barbarzyńcy bez brutalnych scen . Nie jest to jednak głupie epatowanie przemocą, tylko smutna historia.

Drugim filmem jaki miałam okazję oglądnąć był „Wierny Ogrodnik”. Prawdopodobnie większość z Was już go widziała. Opinie o nim znalazłam różne, wiele osób zarzucało wiejącą zewsząd  nudę. Postanowiłam sama sprawdzić. I nie żałuję! To prawda, nie jest to film akcji. Powoli odkrywamy tajemnice Tess, odważnej żony Justina Quayle’a, która ginie w niewyjaśnionych okolicznościach. Justin postanawia bronić dobrego imienia ukochanej, wyrusza do Kenii, gdzie trafia na trop światowego spisku mogącego kosztować życie tysięcy Afrykańczyków. Jest to opowieść o odwadze w mówieniu prawdy prosto w twarz, o zaufaniu komuś do końca, mimo iż wydaje się że takiego zaufania mieć nie można, o pięknej miłości która trwa dalej, pomimo śmierci.

Trzeci film też opowiada o Afryce, ale jest ona jakby w tle historii miłosnej dwojga ludzi pochodzących ze skrajnie różnych środowisk : Szwajcarki i Masaja. „Biała Masajka” jest ekranizacją książki pod tym samym tytułem autorstwa Corinne Hofmann. Ogromną zaletą filmu jest pokazanie barw, dźwięków Afryki. Trudne zadanie, jednak reżyserowi się udało. Ciekawa byłam jak Lemalian i Carola  poradzą sobie z różnicami kulturowymi. Nie była to łatwa miłość. Carola zostawia swój dom, sklep i przenosi się do Afryki do wioski ukochanego. Sądzę że, niewiele kobiet zdecydowało by się na taki krok. Różniło ich wszystko: sposób patrzenia na świat, na związek, religia, doświadczenia życiowe. Nie zdradzę czy im się udało, warto samemu ocenić.

Natrafiłam przeglądając recenzję Masajki na opinię jakoby książka była lepsza. No jasna sprawa! Przecież film nie może trwać wielu godzin aby wszystkie niuanse książki przedstawić na ekranie. Reżyser musiał z czegoś zrezygnować. Myślę jednak, że zajrzę do książki, porównam, uzupełnię tą opowieść, mimo iż z reguły tak nie robię. Ale ciekawa jestem tej historii, jak to się mówi: siedzi mi ona w głowie bardzo.

Udało mi się znaleźć tytuły jeszcze innych filmów „afrykańskich”. Będę na nie polować;-) A co ciekawe wiem, że Afryki odwiedzać nie chce, czuję że to nie kraj dla mnie…

Zdjęcia pochodzą z naprawdę wartej odwiedzenia strony www.filmweb.pl 

 

 

10:35, kot_w_butach84 , kot kinomaniak
Link Komentarze (18) »
wtorek, 14 kwietnia 2009
"Księżna" reż. Saul Dibb

To prawdziwa perełka dla każdego kto lubi filmy kostiumowe.

To opowieść o Geogrianie – Księżnej Devonshire, kobiecie pełnej wdzięku, urody i intelektu za które podziwiali ją mężczyźni a nienawidziły kobiety.

Księżna to także opowieść o samotności na dworze pełnym ludzi, nieszczęśliwej miłości, sile miłości rodzicielskiej, trudnych wyborach w których cokolwiek się nie wybierze straci się kawałek swojego serca, siebie.

Główną bohaterką jest Georgiana, która w wieku lat szesnastu zostaje wydana za Charlesa Greya, Księcia Devonshire. Georgiana wierzy że uda jej się sprawić że w jej małżeństwie zagości miłość. Dość szybko jednak przekonuje się, że jej rola żony sprowadza się do ładnego prezentowania się na przyjęciach i spłodzenia potomka – oczywiście płci męskiej. Jednak  ku niezadowoleniu męża rodzi kolejne córki, a Charles w tym czasie zmienia kochanki jak rękawiczki. Georgiana przymyka oko na niewierność męża do czasu aż jego kolejną wybranką zostaje…

Polecam, naprawdę udany film. Pięknie nakręcony.

20:58, kot_w_butach84 , kot kinomaniak
Link Komentarze (10) »
piątek, 10 kwietnia 2009
"Dziewczyna z perłą" reż. Peter Webber

Zawsze zanim oglądnę jakiś film lub przeczytam książkę wchodzę na moje ulubione strony www i szukam informacji i opinii na ich temat. I tym razem było podobnie.

Na temat "Dziewczyny z perłą" zdania są bardzo podzielone, dla niektórych jest to film wyśmienity, barwny, dla innych przeciętny a nawet nudny. Ja zdecydowanie podzielam pierwsze zdanie.

To prawda, płynie nieśpiesznie, ale dzięki temu można się nim smakować, zasiąść w fotelu i dać się oczarować, poczuć zapach farby, zobaczyć proces tworzenia obrazu, mieszania farb.

Dużą zaletą filmu są kolory, dbałość o szczegóły - kostiumy, scenerie. Ma się wrażenie że naprawdę znajdujemy się w XVII wiecznej Holandii.

Główna bohaterka Griet rozpoczyna służbę u znanego ale uzależnionego finansowo od swojego mecenasa sztuki van Ruijvena - malarza Jana Vermeera. Podgląda go podczas pracy, zaczyna interesować się treścią obrazów. Vermeera zauważa zainteresowanie dziewczyny, uczy ją przygotowywać barwniki, ciekawi go jej opinii na temat obrazów. Jan Vermerra dostaje zlecenie od swojego patrona na malowania obrazu przedstawiającego Griete. Tymczasem między malarzem a służącą rodzi się nić porozumienia...

Dodając do tego zazdrosną żonę, wścibskie dzieci i chciwą teściową dostajemy naprawdę ciekawy film.

Zostają w nim postawione pytania - ile można dla sztuki zrobić, jak wycenić swoją pracę, jak głęboko mogą być relacje pomiędzy modelką a artystą.

Mnie film się bardzo podobał, polecam tym którzy chcą zobaczyć naprawdę ciekawy, ambitny film. 

 

22:27, kot_w_butach84 , kot kinomaniak
Link Komentarze (9) »
piątek, 13 lutego 2009
"Z archiwum X: Chcę wierzyć"

Już jako nastolatka lubiłam oglądać przystojnego Davida Duchovnego. Kolejne odcinki serialu oglądałam z mieszaniną strachu i zaciekanienia. Czytałam nawet kilka ksiażek powstałych na podstawie serialu (albo na odrwót). Przygotowana byłam na rozrywkę może nie najwyższych lotów ale jako przyjemny powrót do tamtych czasów.

Otulona poduszkami i kocami (choruję) próbowałam zrozumieć dlaczego kiedyś tak podobał mi się Agent Fox Mulder. Niestety zobaczyłam kiepskiego aktora, którago twarz nie wyrażała emocji - czyżby za dużo botoksu?? W sumie to możliwe bo zmarszczek ma chyba mniej ode mnie... Fabuła bardzo płytka, ksiądz pedofil jako medium to już totalne nieporozumienie. "Chcę wierzyć" to tak naprawdę film o tym czy dać WIARĘ w wizje duchownego, który pomaga odszukać porwaną przez rosyjskich badaczy agentkę, Mulder jest za, Agentka Scully przeciw. Piękna Anderson nie ma natomiast problemów z UWIERZENIEM w wyzdrowienia ciężko chorego chłopca którego ma pod opieką. W jego wyzdrowienie nie WIERZĄ  jego rodzice i lekarze (znowu jacyś księża! - reżyser wyraźnie im daje rolę czarnych charakterów). W filmie pojawia się też motyw przestrzepów rąk i innych części ciała, coś a'la frankenstein

Nie mogłam nadążyć za tym filmem, nie wciągnął mnie. Chyba jednak za dużo fikcji w Science-Fiction (SF)

Słowem: nieuwolna próba wskrzeszenia serialu. Nie polecam.

12:43, kot_w_butach84 , kot kinomaniak
Link Komentarze (13) »
niedziela, 01 lutego 2009
"Zbrodnie umysłu" reż. Breck Eisner

Zachęcona ocenami na onecie (4,09/5) i filmweb(8,1/10) nastawiłam się na naprawdę dobry kawałek thrillera. Zaciekawił mnie temat : telepatia, czytanie w ludzkich myślach, którą to umiejętność posiada główna bohaterka Freya McAlliste.

Życie Frey’i zmienia się radykalnie podczas balu maturalnego, kiedy po raz pierwszy słyszy myśli otaczających ją ludzi. Ta istna kakofonia dźwięków uniemożliwia jej normalne funkcjonowanie. Szybko trafia do szpitala psychiatrycznego, gdzie spędza następne osiem lat. Jedynym wytchnieniem dla dziewczyny jest czytanie książek, ponieważ tylko wtedy milkną głosy w jej głowie.

W szpitalu odnajduje ją psycholog Michael Welles, mężczyzna który ofiarowuje dziewczynie pomoc i jako jedyny nie uważa że jest ona chora tylko wyjątkowo uzdolniona. Freya dowiaduje się, że posiada niezwykły dar - telepatię.

I wszystko było by naprawdę fajnie, film by mnie zaskoczył gdyby nie to że jest on zbyt płytki. Do głowy od razu przychodzą podejrzenia czego chce od Frey’i za swą dobroć Welles. Dziewczyna jest zielona jak trawka na wiosnę, niczego się nie domyśla, nie zadaje sobie pytań, jej zaskoczenie prawdą jest wręcz dziecinne.

Myślę, że film powstał na podstawie jakiejś znacznie przyzwoitszej książki, z której wycięto nieuważnie fragmenty zamieniając ją na scenariusz filmu. Bohaterka jest płaska, jednowymiarowa.

Uważam, że powstał by z tego znacznie lepszy serial. Ale jako film - średniak.  

19:39, kot_w_butach84 , kot kinomaniak
Link Komentarze (2) »
piątek, 30 stycznia 2009
Operacja "Koza" reż. Konrad Szołajski

To jeden z niewielu polskich filmów, który rozczarował mnie aż tak bardzo. Scenariusz, że tak powiem miał potenciał: ciekawy pomysł więc można go było koncertowo zepsuć albo zrobić naprawdę dobrą polską komedię. Reżyser Konrad Szołajski wybrał opcję pierwszą. To dziwne, ponieważ biorąc pod uwagę liczbę znanych i naprawdę dobrych aktorów trzeba się było o taki gniot starać bardzo.

Scenariusz pełen jest zwrotów akcji, ciekawych pomysłów - Adam Horn polski naukowiec, chce stworzyć preperat który pozwoli na zmianę osobowości dwojga ludzi. Tą cudowną miksturę stara się wykraść Rosyjska agentka (oczywiście piękna) Wiera. Suma sumarym zamieniają się oni ciałami (nic nie zdadzę ponieważ widzimy to już w pierwszych minutach filmu). Następnie jesteśmy świadkami naprawdę wielu pomyłek, zdrad, golizny, gaf które miały być śmieszne a nie wiadomo było czy się śmiać czy płakać...

A co do tego ma tytułowa koza? Nie zdradzę. Zakończenia też nie. Jeśli ktoś ma w sobie wystarczająco siły i samozaparcia to się sam przekona.

Tak więc filmu zdecydowanie NIE polecam.

10:31, kot_w_butach84 , kot kinomaniak
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 stycznia 2009
"Fuks"

Nastawiłam się na dobrą polską komedię z moim ulubionym Maciejem Stuhrem, a dostałam... jakiś niewypał. Owszem Maćko jak zawsze zabawny, ale film położyła Agnieszka Krukówna. Ktoś można napisać że jestem zazdrosna o blond piękność (którą każdy w chyba stu rozbieranych scenach mógł sobie oglądać do woli), ale nie o wygląd mi chodzi (nie mam nic przeciwko blondynką choć sama jestem brunetką) tylko o jej GŁOS. Piskliwy, głupawy (głos może być głupawy?? chyba tak bo ten był) i po prostu nie do zniesienia. Nieprzyjemny dla ucha. W połowie filmu miałam dość oglądania jej tyłka (oddam słusznosć - ładny), biustu, pyzatej buzi i jej zachowania. Nie jestem feministką, nie mam nic przeciwko krótkim spódniczkom ale... ona ubierała się jakby pracowała w najstarszym zawodzie świata a nie w biurze.

OK dość krytyki. Mam nadzieję że nie uraziłam niczyich gustów. 

A w kolejce do oglądania "Nie lubię poniedziałków". Już nie mogę się doczekać!

17:43, kot_w_butach84 , kot kinomaniak
Link Komentarze (1) »
środa, 31 grudnia 2008
"Pogoda na jutro"

Cudze chwalcie a swego nie znacie. Tak mogłabym podsumować moją przygodę z filmem polskim.

Od pewnego czas namiętnie i z przyjemnością ogladam starsze i nowsze polskie produkcje i muszę przyznać że są wyśmienite! Oczywiście trafiają się też takie które ani nie bawią ani nie śmieszą, nic po sobie nie zostawiają (Tylko mnie kochaj). Oglądałam kilka filmów hiszpańskich (REC - dla mnie masakra, oglądnęłam do końca bo liczyłam że koniec filmu mnie zaciekawi i coś wytłumaczy, nie wytłumaczył nic,  Labirynt Fauna - ciut lepszy i Kropka nad i - gdzie cały czas czekałam aż film wreszcie się zacznie, nie doczekałam się bo... się skończył) ale albo musiałabym urodzić się hiszpanką żeby je zrozumieć albo się ich zrozumieć nie da. (ok jest jeszcze inna wersja - to ja ich nie rozumiem, choć się starałam zachęcona dobrymi opiniami).

Za to polskie kino jest  tym co do mnie przemawia. Podoba mi się rzeczywistość w nich przedstawiona.W Pogodzie na jutro poznajemy sympatycznego Józefa Kozioła który od 17 lat przebywa za murami klasztoru. Dostaje propozycję wyjścia na zewnątrz (aby swoim głosem wesprzeć kościelny zespół w konkursie o statuetkę świętej Cecyli) gdzie rozpoznaje go żona. Zabawna komedia pomyłek, a zarazem dramat jego rodziny i współczesnej Polski (2003 rok) o którą on walczył. Więcej zdradzać nie będę aby nie psuć. Film mądry, z przesłaniem które nie jest nachalne i moralizatorskie. Każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Mnie osobiście podoba się pomysł "podróży w czasie" czyli porównania lat 80-tych w których żył Józef przed swoją ucieczka do klasztoru ze współczesnością, co było możliwe aż tak jaskrawie właśnie dzieki zamknięciu w klasztorze. 

Mam nadzieję że swoją recenzją zachęcam do oglądnięcia tego filmu, bo naprawdę WARTO. Dawno nie pisałam nic co nie miałoby wspólnego z geofizyką, dlatego proszę wybaczcie mi błędy stylistyczne. Wszak od matury coraz dawniej i wyszłam z wprawy co postaram się nadrobić:)

Przyjemnego oglądania! Udanej zabawy Sylwestrowej:)

10:47, kot_w_butach84 , kot kinomaniak
Link Komentarze (1) »