Za 20 lat bardziej będziesz żałował tego czego nie zrobiłeś, niż tego co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj. Śnij. Odkrywaj.
niedziela, 25 października 2015
Moje śliczne - Karin Slaughter

Książka „Moje śliczne” Karin Slaughter przerwałam długą książkową suszę. Nawet nie będę się przyznawać jak długo nie czytałam nic oprócz gazet do-obiadkowych, artykułów na Internecie, literatury naukowej. Zwykle czytałam w tramwajach, autobusach. Nie mam choroby lokomocyjnej więc był to przyjemny wypełniacz czasu. Na uszy nakładałam słuchawki, wyjmowałam książkę lub czytnik i pół godziny byłam w innym świecie. To był taki mój prywatny czas. Do nowej pracy zaczęłam jeździć z koleżanką z poprzedniej pracy. Tak się jakoś złożyło, że jedna praca jest tylko przecznicę dalej od tej starej. Ta sama droga a jesteśmy sąsiadkami. I tak jeździłam z skądinąd bardzo sympatyczną dziewczyną jej autkiem, coraz bardziej zatapiałam się w sprawy poprzedniej firmy i było mi coraz bardziej źle. Nie czytałam, nie relaksowałam się przed pracą, rozmawiałam o dawnej firmie, o rzeczach które nie miały już dla mnie znaczenia, ba! których nie chciałam wiedzieć!. Aż do dnia w którym postanowiłam odciąć to wszystko grubą zdrową kreską. Elegancko przeprosiłam miłą koleżankę (serio, świetna laska!) i wsiadłam do  wlekącego się, zatłoczonego różnie nie-pachnącymi ludźmi tramwaju i byłam SZCZĘŚLIWA :-)

Pewnego dnia zwolniłam się wcześniej z pracy, spokojnie, w swoim tempie pojechałam do małej dzielnicowej galerii, wstąpiłam do sklepu Ziaji (uwielbiam!), i przechodząc obok księgarni po prostu tam weszłam i kupiłam właśnie „Moje śliczne”. Szczęśliwa, czytać zaczęłam jeszcze w tramwaju. Wreszcie miałam czas dla siebie.

Książka jest naprawdę dobra, choć mam niejasne przeczucie że po takim okresie czytelniczego postu na wszystko zareagowałabym z jednakowym entuzjazmem.

Jest dość brutalnie, ale są ciekawi bohaterowie, świetny język i trafione w punkt spostrzeżenia. Brakło trochę bohaterów drugoplanowych, pewne rzeczy zbyt łatwo się układało (przeczytacie, zobaczycie co mam na myśli). Karin Slaughter uwielbiam za realnych, ludzkich bohaterów. Tutaj było tego pazura mało.

Cieszę się że znów mam czas dla siebie. To trudne gdy pracuje się w dwóch firmach i chce się poświęcać czas rodzinie i przyjaciołom. Za tydzień zaczynamy urlop i ja już planuję co będę czytać. Przeglądam zaprzyjaźnione blogi książkowe (oj zaległości mam wielkie!), chcę wybrać się dziś do księgarni po kolejną książkę.

Kot w butach czyta :-) I jest z tego powodu bardzo szczęśliwy.

Kocisko wie że są sprawy ważne i mniej-ważne, odciął się od ludzi, którym wiecznie jest źle. Umie odpuścić rzeczy na które nie ma wpływu, ta nauka nie przyszła sama, wiele kociej sierści spadło, kocie łapki zmęczyły się szukając własną drogę. Kot w butach celebruje chwile, cieszy się szczegółami.

Kot w butach wydoroślał ;-)

10:33, kot_w_butach84 , kocie czytanki
Link Komentarze (5) »
czwartek, 28 czerwca 2012
Amazon Kindle 3G

Z zamiarem kupna Amazon Kindle nosiłam się od pewnego czasu, dopiero perspektywa dwumiesięcznej książkowej abstynencji przyśpieszyła decyzję. Nie jestem wielką fanka tego typu gażdżetów, jednak zdaję sobie sprawę, że w przypadku dalekiej podróży, gdy bagaż waży 20 kg nie można zabrać 30 kg książek. I oczywiście, że przyjemniej czyta się książki papierowe, że miło przewracać kolejne kartki, trzymać w dłoni. Ba! Nawet  zapach książki jest na jej korzyść w stosunku do elektronicznego urządzenia. Mój wybór był prosty – albo czytnik książek albo maksymalnie jedna książka czytana na okrągło przez dwa miesiące. Średnia przyjemność. Innym miłym dodatkiem AmazonKindle jest słownik angielsko-polski, który niechybnie będzie mi w Azji potrzebny. No i Internet, ponieważ wybrałam wersję 3G + wifi.

Obsługa czytnika jest intuicyjna, jeśli ktoś ma problemy, w sieci można znaleźć wiele bardzo pomocnych stron tłumaczących „jak to hula”. Poręczny, lekki, Internet może nie szaleje (przecież to nie jego funkcja) ale daje radę, trochę mam problem z gmailem, jeszcze muszę doczytać na mądrzejszych stronach jak to obejść. Jestem zadowolona, mam nadzieję, że pomoże  spędzić mi noc na lotnisku w Moskwie i zminimalizuje zespół książkowych odstawień.

A oto zdjęcie:

 

10:23, kot_w_butach84 , kocie czytanki
Link Komentarze (16) »
środa, 18 kwietnia 2012
"Latarnik" Camilla Läckberg i trochę kociej prywaty

O książce „Latarnik” Camilla Läckberg napisano sporo, nic dziwnego, to bardzo znana seria. Pierwsze kilkadziesiąt stron czytało mi się ciężko, w głowie szumiały informacje na temat wad tego odcinka serii. Z częścią z nich się zgadzałam (odnośnie zbytniego nagromadzenia dzieci na metr kwadratowy w powieści) a część z nim pewnie bym nie zauważyła gdyby nie wcześniej przeczytane recenzje. Żebyście nie pomyśleli ze neguję pisanie takich notek (przecież właśnie piszę kolejna, staram się nie piłować gałęzi na której siedzę!). Sadzę jednak że recenzje trzeba umieć czytać (że nie wspomnę o pisaniu), ja wzięłam je zbyt na serio. Następnym razem będę powściągliwsza.

Jednak gdy skupiłam się na tekście, odzyskałam przyjemność z czytania. Ze wstydem przyznam się, że gdzieś w połowie książki najpierw przeczytałam do końca historię żony latarnika (wybaczcie zapomniałam jak się ta dzielna kobieta nazywa) a dopiero później część właściwą. Całość podobała mi się bardzo. Opisana intryga była dla mnie zaskakująca, nie domyślałam się kto jest „tym złym”. Polecam!

------------------------------------------------------

Odnośnie tego co u mnie to trochę się dzieje, kot w butach lata po lekarzach zamiast kurować się w domku gania jak kot w pęcherzem próbując postawić się na cztery łapy. Cel jest ważny, w wakacje koci odkrywca wyrusza w daleką podróż. Całość dokumentów jeszcze krąży pomiędzy tymi odległymi krajami, wszelkiego rodzaju ubezpieczenia, wizy i inna papierologia zajmuje dużo kociej energii. Futrzasty niedowiarek choć dostał oficjalne potwierdzenie „I am pleased to inform you that Kot w butach is accepted for this offer!” wciąż boi się zapeszania i szczegóły poda później, gdy dopnie wszystko na ostatni guzik, szlufkę, zamek, zatrzask (dla pewności zamuruje).

Majowy weekend zapowiada się – niezależnie od pogody, kot w butach jest bardzo zdesperowany, gotów jechać choćby w strugach deszczu i śniegu – ciekawie i górsko . Nocleg, jak poinformowała miła pani gospodyni, zarezerwowany. Potrzebny twardy reset, może nawet format dysku. Żadne tam „odśwież”. Potrzeba gór, mgieł o poranku, zapachu runa leśnego, zieleni, wiatru na szczycie. Zmęczone kocisko chce wdrapać się na jakiś pagóras, wystawić pyszczek do słońca i odpocząć.



11:50, kot_w_butach84 , kocie czytanki
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 12 marca 2012
"Panna młoda w śniegu" Jan Seghers

Przede mną pracowity dzień w domu.  Lubię takie spokojne początki tygodnia. Poranna kawa, prysznic, wartościowe śniadanie. Za oknem szaro, mgliście ale czuć że do wiosny „bliżej niż dalej”. Wciąż jeszcze nakładamy na siebie tony ubrań, czapka „na wszelki wypadek” wędruje w mojej torebce, kolorowy szal porządnie związany na szyi chroni przed zdradliwym ciepłem. Weekendowa wyprawa do sklepu zaowocowała, zupełnie niezależnie od kociej woli (no może niezupełnie), nowymi ślicznymi, delikatnymi czółenkami,  odżywczym kremem do twarzy, przecudnej urody lakierem do paznokci, płynem do demakijażu.

W sobotę rano skończyłam czytać kolejną bardzo dobrą książkę. „Panna młoda w śniegu” pomimo koszmarnej okładki okazała się bardzo zajmującą lekturą. Brutalne morderstwo, ofiara o której  niewiele wiadomo, przesympatyczny, ludzki komisarz Robert Marthaler, znów ciekawe tło społeczne, barwne postacie drugoplanowe. To wszystko co można ostatnio znaleźć w wielu książkach. Dlaczego uznałam, że ta właśnie powieść jest wyjątkowa? Ujęły mnie opisy przeszłości komisarza, wigilia spędzona z rodzicami. Główny bohater spacerując ulicami Frankfurtu przypomina sobie pewne zdarzenia, spotyka starych znajomych, opowiada o swoich mniejszych lub większych przygodach. Wszystko to jest wyklecone w  historię śledztwa jakby mimowolnie, ale u mnie wywołuje uczucie trój-wymiaru całej powieści. Historia przestaje być plaska, miałam wrażenie, że spotkałam się z Marthalerem tylko na chwile, w momencie zakończenia książki nasze drogi się rozeszły, co nie oznacza, że postać komisarza odpłynęła w niebyt. Uczucie, że postać książkowa żyje sobie gdzieś tam, według mnie jest jednym z niewiększych komplementów jakie można powiedzieć na temat powieści i jej autora.

Moja ocena to: 5.5/6

10:25, kot_w_butach84 , kocie czytanki
Link Komentarze (20) »
czwartek, 01 marca 2012
"Zabawa w miłość" Margaux Fragoso

Nie jestem pewna w jakiej kategorii powinnam oceniać „Zabawę w miłość”. Gdybym brała tylko pod uwagę moje subiektywne odczucie, byłaby to nota raczej słaba. Zaskoczona byłam tak wysokimi punktami, hymnami pochwalnymi na jej cześć. Chwilami miałam wrażenie, że czytam nie tę książkę o której była mowa. Historia związku pedofila z dziewczynką, w później nastolatką, była dla mnie trudna, szczegółowe relacje początków molestowania dziecka były.. no właśnie jakie? Niesmaczne? No a jakie miały być? Szokujące? Trochę tak, ale codzienne bombardowanie informacjami na temat niegodziwości ludzkiej w jakiś sposób znieczulają na tego typu relacje. Sam fakt iż jest to historia pisana na faktach, bodajże autobiograficzna, nie pozwala mi powiedzieć: ta książka była kiepska. Podobnie jak Żona mormona jest swoistą spowiedzią bohaterki, która, czego jej życzę, pomogła. Dla nas może być przestrogą, lekcją na zasadzie filmu dokumentalnego. Jeśli ktoś takiej lekcji potrzebuje niech przeczyta, jeśli jednak, tak jak ja, czuje że jest to ponad jego siły lepiej niech się do tej chyba jednak przechwalonej książki nie zmusza. Tym razem nie wystawię oceny, na biblionetce i lubimy czytać pewnie zaznaczę 4, czyli jakoś w okolicach „dobra” jednak w moim osobistym mniemaniu będzie to ocena tylko za „prawdziwość”, nie za styl i wykonanie.



22:14, kot_w_butach84 , kocie czytanki
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 grudnia 2011
"Dziewczęta z Szanghaju" Lisa See / końcowo-roczne porządki

Koniec roku pod znakiem próby „pchnięcia” zaległych rzeczy w myśl, której: odwiedziłam ostatni raz dentystę (ząbki wyglądają ślicznie), jadę do Opola, wtłaczam do głowy najnowsze (i sporo zaległych) słówka z kursu, próbuję zrobić jak najwięcej projektów, spotkam się ze znajomymi, powysyłałam własnoręcznie zrobione karteczki (kto już dostał?). Również w życiu prywatnym sporo zmian: mój K wreszcie wraca do Krakowa, zmienia pracę :-)

Jednym z „końcowo-rocznych” zadań jest także dodanie tej notki, którą w głównej mierze chciałabym poświęcić książce „Dziewczęta z Szanghaju” autorstwa Lisy See.

Zapewne każdy zna (o ile nie czytał) świetnie napisaną „Kwiat śniegu i sekretny wachlarz”, którą polecam z całego serca. Oto opowieść z tajemnym języku kobiet w Chinach a także szczegółowe studium krępowania stóp, tradycji (makabrycznej), która była przez wieki kultywowana w tym kraju (z tego, co pamiętam jakoś do początków XX wieku).

Kolejna czytana przeze mnie „Miłość Peonii” zanudziła mnie straszliwie. Za dużo tam było jak na mój gust połączenia duchów z rzeczywistością, momentami nie wiedziałam, czy dane zdarzenia dzieją się naprawdę, czy są wytworem wyobraźni głodującej Peonii, czy może kolejną opowieścią, baśnią, lub wierzeniem. Jeśli ktoś „lubi takie klimaty” i ma silną potrzebę poznania wierzeń odnośnie pośmiertnych losów to jest to książka warta polecenia. Mnie ona rozczarowała.

Ostatnią czytaną przeze mnie powieścią pani See były „Dziewczęta z Szanghaju”, całkiem przyjemna, różnorodna, pozwalająca poznać spory kawałek historii opowieść. To jak tytuł wskazuje historia dwóch kobiet z Szanghaju, które zmuszone są w czasie Japońskiej okupacji do ucieczki z rodzinnego kraju do USA. Poznajemy wpływ znaków zodiaku na charakter człowieka, nęceni jesteśmy smakowicie opisanymi potrawami, wydaje mi się też, że odrobinę bardziej zaczynamy rozumieć mentalność ludzie z tamtego rejonu świata. I właśnie tutaj mam odrobinę trudności z oceną tej książki. Z jednej strony, mam wrażenie, że opisy zawarte w książce są zbyt suche, coś nie do końca mi się „klei”. Może to właśnie wynikać, z wspomnianych wcześniej różnic kulturowych. Z drugiej strony na końcu książki czytamy listę podziękowań od autorki dla konkretnych osób wraz z zasługami. Pani Lisa See informuje czytelnika skąd czerpała informacje na temat znaków zodiaku, historii, przesłuchań, którym poddawani byli obywatele innych państw próbujących dostać się do Ameryki. Wydawało mi się, że autorka najpierw zebrała całą masę informacji a później wpasowała w nie historię szanghajskich dziewcząt. Zapewne pani See, chciała być jak najbliższa prawdy historycznej (i rzeczywiście ta książka to niezłe kompendium wiedzy tamtego okresu), jednak jak dla mnie zrobiła to (odrobinę!) kosztem postaci.

Nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie, to tylko taka luźna dygresja, książkę gorąco polecam, bo naprawdę jest dobra.

11:30, kot_w_butach84 , kocie czytanki
Link Komentarze (13) »
sobota, 19 listopada 2011
"Ciało" Tess Gerritsen

Mało skomplikowany wątek kryminalny, przyjemny romansik, dająca się lubić główna bohaterka, jeśli są opisane przez sprawną autorkę dają gwarancję, że podróż pociągiem przestaje być uciążliwym obowiązkiem. Podobna kombinacja w przypadku drewnianego pisarza może powalić na kolana, wydłużyć o kolejne godziny opóźniony ponad zdrowy rozsądek pociąg PKP.

Godzinna rozmowa z współpasażerką (o córce studentce stomatologii i synu studencie medycyny we Wrocławiu), dwie godziny czytania, godzina zerkania przez okno na kolorowe pola, lasy i mniej kolorowe miasteczka i jakoś dojechałam do Krakowa. PKP zbliża ludzi, to nieprawda, że ludzie ze sobą nie rozmawiają, co tydzień spotykam kogoś ciekawego, wymieniamy uwagi, czasem rady (dwa tygodnie wcześniej wyjaśniałam, na czym polega hospitality club w zamian słuchając o rehabilitacji dzieci z zespołem Downa i autyzmem). Najgorsze jest oczekiwanie na pociąg, gdy z głośnika, co kilka minut słyszymy znudzony, ale niezmarznięty głos informujący, że pociąg spóźniony jest n minut a jego opóźnienie może ulec zmianie do n2.

Akcja zaczyna się w momencie, gdy do prosektorium zostaje przywiezione nowe ciało, co samo w sobie nie powinno nikogo dziwić, wszak na tym polega ta praca. Jednak sprawa wydaje się dość podejrzana, ponieważ doświadczona Kat Novak – lekarz sądowy – ma problemy z zidentyfikowaniem przyczyn śmierci. Wkrótce pojawiają się kolejne ofiary, a odważna pani doktor podejrzewa o wszystko tajemniczego właściciela firmy farmaceutycznej Cygnus.

Na tle dużo ambitniejszych książek „Ciało” wypada bladziutko, ale w swoim gatunku jest całkiem przyzwoite. Polecam.

20:37, kot_w_butach84 , kocie czytanki
Link Komentarze (7) »
środa, 17 sierpnia 2011
"Dotyk śmierci" Nora Roberts

„Dotyk śmierci” to świetna książka dla kogoś kto lubi ten typ literatury. A ja lubię. Już od dawna czytam serię In Death, niekoniecznie po kolei  ale za to z zapałem. Jak to przy takich tasiemcach bywa: zdarzają się części lepsze i słabsze - co nie oznacza, że złe.

Dotyk śmierci jest zdecydowanie jedną z lepszych. To właśnie od tej książki zaczęła się cała seria, jesteśmy świadkami rozkwitającej miłości Eve i Roarka - gdy to piszę sama się sobie dziwię, zdaję sobie sprawę jak tandetnie to brzmi i pewnie gdybym czytała taką recenzję trzy razy zastanowiłabym się czy mam ochotę na podobne romansidło. Ale seria In Death romansidłem nie jest, choć nie stroni od romantycznych wątków – na które nota bene wierni fani czekają z utęsknieniem.  To wersja kopciuszka przyszłości, gdzie kopciuszkiem jest porucznik Eve Dallas a księciem, może nie ma białym koniu, bo w prywatnym odrzutowcu - Roark.

Każdy tom opisuje inną zagadkę kryminalną przed którą staje– ze sporą pomocą multimilionera Roarka - dzielna policjantka. Dość brutalne, momentami zbyt sentymentalne, nieprawdopodobne, ale wciągające historie gdzie za pieniądze można wszystko kupić – milczenie, spokój, sex i władzę a miłość staje się słabością, którą można wykorzystać. Eve i Roark nie mają łatwej przeszłości, w kolejnych częściach okaże się, że ich losy pełne są zatopionych na mieliźnie i czekających na odnalezienie puszek Pandory. Staną przed dylematem komu można zaufać, a kto tylko udaje przyjaciela, zdecydują że miłość, która między nimi wybuchła – bo nie jest to powolne kiełkowanie tylko właśnie wybuch – jest jedyną pewną rzeczą w ich życiu.

Trochę to wszystko naciągane – zdaję sobie z tego sprawę, ale seria In Death właśnie taka ma być i nich taka zostanie!  To literatura bardziej dla kobiet, choć udało mi się namówić K na jakieś dwa tomy (kolejnego nie chciał, zresztą nie o to chodziło). Polecam, ja bardzo lubię.

Moja ocena  to składowa sentymentu, przywiązania do bohaterów i próba realnego podsumowania książki: 6.0/6

11:47, kot_w_butach84 , kocie czytanki
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 08 sierpnia 2011
"Oznaki życia" Barbara Wood

Lubię opowieści o lekarzach, przydługie i zawiłe opisy rzadko spotykanych medycznych przypadków nie wywołują u mnie przeciągłego ziewania, ba! nawet obrazowo przedstawiona sekcja zwłok dla takiego starego wyjadacza kryminałów jak kot w butach nie jest czymś co mogłoby przerwać zajadaną w międzyczasie kolację. Lubię o tym wszystkim czytać, to wszystko teoria. Natomiast praktyka, choćby tak niewinna jak pobieranie krwi może skończyć się w najlepszym przypadku oblaniem zimnym potem, mroczkami przed oczami.

Dlatego gdy mama podsunęła mi książkę Barbary Wood "Oznaki życia" o trzech lekarkach z przyjemnością poza ustaloną kolejnością położyłam ją na wierzch pokaźnego wakacyjnego stosiku i szybko się za nią zabrałam.

 Akcja pierwszej, mniejsza (na szczęście!) części umiejscowiona jest na studiach. Główne bohaterki: Sondra, Mickey i Ruth zaprzyjaźniają się, żyją egzaminami, strachem przed wykładowcami, zawalonymi egzaminami i popełnieniem medycznego błędu. Gdyby cała książka wyglądała tak jak ta część to nie wiem czy udałoby mi się przez nią przebrnąć. Wszystko to było jakieś płaskie, brakowało mi rozwinięcia tematu, prawdziwych opisów studenckiego życia. U naszych przyszłych lekarek wszystko szło jak po przysłowiowym maśle. Niby autorka wspominała o chronicznym niewyspaniu, problemach z niektórymi przedmiotami, to jednak miało się wrażenie, że książka idzie w złym kierunku, że wpadła mi w łapki czytadło niskich lotów (czasem i takie są potrzebne). Jako, że czytałam kapitalną i niezapomnianą serię o lekarzach Segala (jedna z najlepszych książek jakie czytałam), sporo innych thrillerów medycznych, ja jako czytelnik czułam się zawiedziona.

Sytuacja zmieniła się diametralnie w momencie opuszczenia przez Sondrę, Mickey i Ruth uczelni. Historia nabiera rumieńców, przestaje być słodko-lukierkowa. Autorka kolejno przedstawia nam losy uczelnianych przyjaciółek. Trudno mi powiedzieć która z opowieści bardziej przypadła mi do gustu, wszystkie były napisane świetnie. Obrazowo, realistycznie. Żywe problemy, zmieniające się postacie, ich słabości i marzenia, wszystko układało się w zgrabną całość. Czytało mi się tak dobrze, że po ponad 500 stronach gdy czytałam ostatnią stronę szczerze żałowałam, że to już koniec, dalsze losy bohaterek zostały jedynie lekko zasugerowane, jak to w życiu bywa – czas pokaże.

Świetna (pomimo początkowej wpadki). Kapitalnie opisana Afryka, realia prowadzenia praktyki lekarskiej w tamtej części świata.

Było wszystko – wielka miłość, opis co się dzieje gdy się zaniedbuje całkiem dobry związek i rozmienia go na drobne, problemy ojciec – córka, wyjątkowo poruszające i jak się czytelnik może przekonać wpływające na życie i decyzje poczucie, że cokolwiek by się nie robiło wspomniany przed chwilą ojciec i tak nie będzie zadowolony.

Spokojnie polecam. Wg mnie warto, to był dobry czas z dobrą książką.

Moja ocena: 6.0/6

07:45, kot_w_butach84 , kocie czytanki
Link Komentarze (2) »
środa, 15 czerwca 2011
"Ulica tysiąca kwiatów" Gail Tsukiyama

Oszczędna w słowach, spokojna, kojąca, dająca nadzieję – to jedne z pierwszych określeń jakie cisną mi się na usta po przewróceniu ostatniej kartki „Ulicy tysiąca kwiatów”. Gdzieś pomiędzy kolejnymi zaliczeniami zanurzałam się w odrobinę baśniowy i inny świat tej powieści. Przeniosłam się do Japonii targanej trudnościami II wojny światowej. Zwróciłam uwagę, że autorka Tsukiyama Gail opisując ten trudny dla wielu narodów temat był bardzo obiektywna. Nie próbowała idealizować żadnej ze stron. Skupiła się na opisie życia w ogarniętym głodem i strachem Tokio. Dla mnie najbardziej wstrząsającym był akapit dotyczący wybuchu bomby atomowej:

„Głosy opowiadające, co stało się po tym, jak spadły bomby atomowe, brzmiały jak szepty duchów. Możecie sobie wyobrazić wiatr tak silny, że zrywa człowiekowi twarz? Możecie sobie wyobrazić eksplodujące organy wewnętrzne, ubrania i ciała buchające płomieniem i rozpadające się w okamgnieniu? Możecie sobie wyobrazić chmurę w kształcie grzyba, powstałą z dymu i szczątków, widoczną gołym okiem z odległości wielu kilometrów, a potem spadający czarny deszcz, nazwany czarnymi łzami, i szerzące się w ślad za nim promieniowanie? Ci, którzy zginęli, byli szczęściarzami - ciągnęły głosy. Ci, którzy przeżyli, nigdy nie będą tacy sami.” [ strona 154]

Centralnymi postaciami wokół których koncentruje się akcja są bracia – silny, odważny Hiroshi oraz Kenji - jego istne przeciwieństwo . Osieroceni i wychowywani przez kochających dziadków walczą o własną tożsamość, spełnienie marzeń. Hiroshi pragnie zostać sumoką, wojna początkowo krzyżuje plany chłopca, jednak w myśl zasady co się odwlecze to nie uciecze, w końcu udaje się dostać do stajni – szkoły dla przyszłych mistrzów sumo. Czytelnik ma możliwość poznać trudy tego często niezrozumianego przez europejczyków sportu. Nigdy nie pomyślałabym, że arkany tego sportu będą dla mnie tak interesujące.

Na przeciwwadze Kenji, do którego w dzieciństwie przylgnęło określenie duch. Małomówny, wycofany, zakochany w maskach teatru no trafia pod opiekę słynnego wytwórcy masek. I tu przetaczająca się wojna odkłada realizację marzeń w czasie.

Jestem zauroczona dziadkami Hiroshego i Kenjiego – państwem Fumiko i Yoshio Wada, który są oddanym , ciepłym małżeństwem. Wspierają się, wspólnie walczą z przeciwnościami losu, kochając się miłością mądrą i pełną zrozumienia dla drugiej osoby.

W książce podobało mi się absolutnie wszystko. Niespieszna ale nienużąca akcja, celebrowanie spędzonych razem chwil, ukłony, tradycje, ciekawe postacie drugoplanowe.

Sądzę, że warto było zatrzymać się nad tą książką, odrobinę inną od tych które zwykle czytam.

Moja ocena to oczywiście 6.0/6

19:34, kot_w_butach84 , kocie czytanki
Link Komentarze (1) »
środa, 13 kwietnia 2011
"Roseanna" Maj Sjowall, Per Wahloo

Jak zachęcić czytelnika do kupienia książki? Wydać dobrą książkę. Proste. A jak zachęcić go do kolejnych zakupów? Wydać serię książek, najlepiej w kolejności chronologicznej (czytelnicy Mankella wiedzą o czym mowa).  I właśnie taką dobrą, pięknie wydaną serię aktualnie czytam. Drugi tom opowieści o sztokholmskim policjancie autorstwa szwedzkiego małżeństwa, państwa Sjöwall i Wahlöö.

„Rosseanna” to tytuł pierwszej części, przyjemny początek, dowcipny język, bohater dający się lubić, taki  normalny, ale nie mylić z typowym (o typowych policjantach wiem tyle co przeciętny, dość sporo czytający kryminały mol książkowy),  pijący hektolitry kawy, posiadający rozpadające się małżeństwo (gderliwa żonka, też bym ją wysłała w kosmos), swoje zwyczaje i lęki. Pracowity, inteligentny, obdarzony detektywistyczną intuicją.

Wszystkie te cechy Martina Beck’a stają się nagle bardzo użyteczne, z wody zostaje wyłowione ciało o którym wiadomo niewiele. Tożsamość ofiary (bo w roku śledztwa wychodzi na jaw, że mamy do czynienia z morderstwem), motywy zbrodni są nieznane. Śledztwo staje w martwym punkcie, prasa naciska, chce znać szczegóły, których nota bene praktycznie nie ma.

No cóż, mnie się podobało. Poręczna książka do torebki pozwalająca przyjemnie spędzić czas w autobusie i zrelaksować się pod koniec ciężkiego dnia. Tak jak napisano na okładce, to kryminał z klasą, bez zbytniego epatowania przemocą, hollywoodzkich  super-bohaterów i sztucznych happy-endów.

Polecam miłośnikom Mankella, ale nie tylko.

Moja ocena 5.0/6

16:53, kot_w_butach84 , kocie czytanki
Link Komentarze (7) »
czwartek, 31 marca 2011
"Pawilon Kwiatu Brzoskwini" Mingmei Yip

Pawilon Kwiatu Brzoskwini to dla mnie taki literacki „średniak”, który raczej nie zostanie mi zbyt długo w pamięci (więc czym prędzej pędzę do recenzowania) ale nie znużył mnie wystarczająco mocno aby zaniechać dalszego czytania. Książka dość pokaźnych rozmiarów, troszkę sztucznie „napompowana” szerokimi odstępami i marginesami, choć przyznaję wizualnie ładniutka. Okładka cudo!

Ale nie o stronie wizualnej będzie a o merytorycznej.

Młoda Xiang Xiang zostaje podstępem zwabiona do tytułowego Pawilonu. Podstępem, ponieważ matka Xiang Xiang jest przekonana, że oddaje córkę na służbę do dobrego domu, zapewniając jej lepsze życie. Nota bene, sama wybiera życie mniszki. Matka i córka zmuszone są do tak drastycznych kroków, ponieważ mąż/ojciec obu kobiet zostaje skazany na karę śmierci za przestępstwo, którego się nie dopuścił. Niestety w tamtych czasach słowa wyżej postawionych osób cenione były bardziej, mężczyzna nie miał szans na obronę a pogrążona w smutku rodzina skazywana była na niełaskę społeczeństwa. Rodzina „traciła twarz”.

Trzynastoletnia Xiang Xiang początkowo czuje się dość dobrze w Pawilonie. Dziewczyna bardzo tęskni za matką ale nowi opiekunowie otaczają ją luksusem, ucząc sztuki grania na lirze, kaligrafii i prowadzenia rozmów. Wkrótce do umiejętności, które ma posiąść ma dołączyć –dawanie rozkoszy, znajomość sztuki kochania. Gdy dziewczynka postępuje zgodnie z zaleceniami przybranych „rodziców” jest nagradzana i rozpieszczana smakołykami, ale gdy się buntuje, próbuje wyruszyć na poszukiwanie matki zostaje zamknięta w piwnicy wraz ze szczurami.

Xiang Xiang – która przyjmuje imię Drogocenna Orchidea zaprzyjaźnia się z kilka lat starszą Perłą, ulubienicą klientów. Starsza koleżanka daje dziewczynce istotne wskazów, radzi jak przetrwać w Pawilonie, przestrzega przed surowszymi karami. Cyniczna i doświadczona Perła ma w stosunku do Xiang Xiang iście matczyne uczucia. Czytelnik poznaje tragiczną historię Perły i kilku innych kobiet, trafiających to „przybytków rozkoszy”.

I to byłoby na tyle w kwestii „streszczania”. Drogocenna Orchidea zostaje kurtyzaną i próbuje znaleźć swoje miejsce w życiu.  Całość dość ciekawa, niemniej jednak nie przekonała mnie ona. Nie wiem czy to kwestia tłumaczenia (tą sugestię wysunęła moja przyjaciółka, której ową książkę dosłownie „wcisnęłam”) czy może dość drętwy język. Odnosiłam wrażenie, że pewne zdarzenia w tej książce opisanie były celowo, miały zszokować czytelnika. Tylko, jak to czasem bywa, gdy ktoś się za bardzo stara… nic z tego nie wychodzi i widać sztuczność sytuacji.

Przeszkadzał mi wulgarny język, jakoś nie współgrał on z opisywanymi postaciami, dla mnie to kolejny pozowany zabieg.

Zaciekawił mnie natomiast opisywany świat, Szanghaj, zwyczaje. I to jedzenie! Tej książki nie da się czytać na głodniaka! Bohaterka co rusz podjada, zajada, przekąsza. Jak tu czytać o „suchym pysku”? Dla takiego głodomora jak ja niewiele trzeba, oczami duszy i żołądka widziałam te wszystkie maleńkie pierożki, ryż na tysiąc sposobów, egzotyczne owoce. Ciekawa jestem czy to wszystko tuczące, autorka nie opisywała „znacznej nadwagi” wiecznie przeżuwającej Drogocennej Orchidei ;-)

Polecam osobom zainteresowanym tematem Chin, sytuacją kobiet w Chinach no i oczywiście samymi Pawilonami Rozkoszy.

Moja ocena 4.0/6

12:29, kot_w_butach84 , kocie czytanki
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 14 lutego 2011
"Kuźnia głupców" Ewa Siarkiewicz

„Kuźnia głupców” to moje drugie spotkanie z Adelą, kobietą, która za namową przyjaciół, przez przypadek czy jak by to nazwać - postanawia zmienić swoje życie. Od słowa do czynu daleka droga, tym cięższa jeśli każdy jej centymetr zmuszeni jesteśmy śledzić.  Przysłowiowy krok do przodu i dwa do tyłu to życiowa dewiza Ady. Bo Adela do zdecydowanych nie należy. Wybiera rozwiązania asekuracyjne, bezpieczne. Daje się prowadzić na smyczy oczekiwań rodziców, męża i teściowej. Autorka Ewa Siarkiewicz na drodze rozmemłanej Adeli  stawia przystojnego, ANIELSKO przystojnego (of course!) Gabriela. Chłopina wyszumiał się w młodości, skakanie z kwiatka na kwiatek go męczy, strzała Amora ugodziła go dotkliwie w okolicach poniżej pasa, zahaczając  o serce i postanawia związać się z Adelą. Biedaczek nie wie co czyni. Zaczyna się jego codzienna walka o związek: nocami imponuje łóżkowymi akrobacjami a dniami chodzi, jeździ, biega, czasem nawet na bosaka, wydzwania do nigdy nie odbierającej telefonu Adeli oczekując zapewnień o odwzajemnieniu uczuć.

Wielokrotnie zastanawiałam się czy będąc na miejscu Gabriela zniosłabym ciągłe humory, huśtawki nastrojów, wahania głównej bohaterki. Adela stanowi centralną postać tej książki i jak na osobę wokół-której-wszystko-się-kręci przystało mamy kolejno: następnego zakochanego w odkrywającej-swoją-kobiecość Adeli mężczyznę, klątwę rzucaną na Adelę, truciznę (zgadnijcie dla kogo?), nienawiść teściowej, brak uczuć rodzicielskich (Adela +jej wypędzona z domu siostra).

A co Adela ma? Wiernych przyjaciół, wielokrotne orgazmy, wyskakującą jak zając z kapelusza wróżkę-psychologa-powiernicę Eleonorę, męża którego najchętniej upchnęłaby redakcyjnej koleżance (powstaje nawet odpowiedni plan „spiknięcia” ślubnego i biurowej famme fatal), siostrę w szpitalu (historia w poprzedniej części), mamę w szpitalu, przyjaciółkę, oczywiście też na pogotowiu.

Żeby nie było tylko źle. Jestem głęboko przekonana, że gdzieś po ziemi chodzi sobie takie ciele jakim jest Adela. Więc realności i trzymania się konwencji nie mogę odmówić pani Siarkiewicz. Nie mogę odmówić też zgrabnego języka, pomysłu, dowcipu, talentu pisarskiego. Jeśli kogoś nie doprowadzają do szewskiej pasji Adelo-podobne kobietki będzie bawił się co najmniej dobrze. Niestety ja takiego nieogarnięcia nie trawię.

Moja ocena to tylko 3.0

20:30, kot_w_butach84 , kocie czytanki
Link Komentarze (9) »
środa, 02 lutego 2011
"Chemia śmierci" Simon Beckett

Książka „Chemia śmierci” zaczyna się niezwykle interesującym (oczywiście jeśli ktoś lubi takie szczegóły), soczystym, dokładnym opisem procesu rozkładu ludzkiego ciała. Dowiadujemy się o kolejności w której różne mikro i makro organizmy pojawiają się na miejscu śmierci. Autor – Simon Beckett uracza nas ciekawostkami z życia tych padlinożerców. Trudno oderwać się od tak dobrze rozpoczynającej się książki. Kilka kartek później pojawia się główny bohater, sympatyczny David Hunter ubiegający się o posadę lekarza rodzinnego w małej miejscowości Manham. Czytamy o perypetiach medyka, nieufności lokalnej zamkniętej społeczności, rodzącej się przyjaźni pomiędzy Davidem a jego pracodawcą. Wszystko napisane sprawnie, klimatycznie. Książka niechybnie przypominałaby dziennik Jamesa Herriota wiejskiego weterynarza (seria obowiązkowa dla każdego zjadacza książek lubiącego cudowne powieści) gdyby obiektem badań nie byli ludzie zamiast zwierząt i gdyby sielskość Manham nie została brutalnie zniszczona przez szereg okropnych zbrodni.

Akcja przyspiesza, policja odkrywa tajemnice Davida, jego że tak się wyrażę - specjalizację. Znakomicie napisane, wiarygodne postacie, oryginalny pomysł. Ale tylko do połowy. Gdzieś w okolicy półmetka brakło pomysłu, czytelnik (tzn kot w butach we własnej osobie) odnosi wrażenie, że książka była kończona pospiesznie, wątki które ślicznie się rozwijały ucinane są banalnie i płasko. Tak jakby „Chemia śmierci” miała dwóch autorów. Może to tylko moje odczucia. Chętnie poznam zdanie innych czytelników tej książki. Mimo wszystko jestem przekonana, że sięgnę po drugą część opowieści o Davidzie Hunterze, szczerze go polubiłam i ciężko było mi odłożyć książkę na półkę.

Moja ocena 5.0/6

18:15, kot_w_butach84 , kocie czytanki
Link Komentarze (14) »
niedziela, 30 stycznia 2011
Stosik

Tak jak obiecałam wrzucam zdjęcia moich stosików. Przygotowałam biurko (nawet starłam kurze!) i fotografowałam, fotografowałam, fotografowałam. Donoszonych książek z całego mieszkania przybywało, po jakimś czasie zaczęło brakować miejsca na łóżku. Sądziłam, że wstawię zdjęcia książek, które przeczytam w najbliższych dniach a zrobiło się ich tak wiele, że nie wiem czy do końca roku starczy mi czasu! Pokazałam kilka swoich, choć szczerze mówiąc musiałam fotografować półka po półce w mojej biblioteczce, bo tam też jest jeszcze wiele niedobitków. Tylko spokój mnie może uratować :]  No i rzecz jasna ograniczenie znoszenia nowych książek do domu. Dobrze, że sesja mi się powoli kończy.

A teraz do rzeczy:

Książki biblioteczne (uważny krakus na pewno zauważy charakterystyczny emblemat biblioteki Rajskiej):

 

biblioteka osiedlowa:

biblioteka jagielońska:

a to już moje:

i pożyczone od znajomych (przed czym wcale się nie broniłam):

na koniec ślicznie wydana Hakawati też moja:

Mniam!

A tak po za tym to pojechaliśmy dziś się nasłonecznić na Łąki Nowohuckie. Zdjęć brak bo było tak zimno, że ciężko było zdjąć rękawiczki żeby te zdjęcia zrobić. Truchcikiem pokonaliśmy wyznaczoną trasę, omijając co groźniej wyglądające psy. Czy Wy też zauważyliście że panuje teraz jakaś moda na wielkie psy? Nie wiem czy to kwestia poczucia bezpieczeństwa, ale w Krakowie widzę ich coraz więcej. Jutro egzamin, jeszcze dwa zaliczenia i sesja na mojej nowej uczelni zakończona :-)

Pozdrawiam serdecznie, spokojnego niedzielnego wieczorku!

18:12, kot_w_butach84 , kocie czytanki
Link Komentarze (22) »
poniedziałek, 24 stycznia 2011
"W dalekim kraju" Linda Holeman

Po książkę „W dalekim kraju” sięgnęłam bez obaw, raz że oczywiście naczytałam się jej pozytywnych opinii a dwa, że jej autorką jest Linda Holeman (ta od świetnej „Księżycowej klatki”).

Początkowo trudno mi się było przekonać do głównej bohaterki Priscilli, wydawała mi się zapatrzona w siebie, niedojrzała, nie potrafiłam jej zrozumieć. Z upływem czasu (i odwracanych stron) moja niechęć zostawała przełamywana, odkrywałam powody postępowania Pree.

O  czym jest „W dalekim kraju”? To historia rodziny misjonarzy, którzy prowadzą małą lecznicę w Pendżabie (tak, też musiałam sprawdzić na mapie gdzie to jest), rodziny, która skrywa wiele tajemnic. Żyją na granicy ubóstwa, przez okoliczną społeczność akceptowani tylko dlatego, że pomagają w przypadkach medycznych. Brak sukcesów religijnych, czyli nawróconych duszyczek, jest powodem wstydu dla ultrareligijnych rodziców Pree.

Każda z postaci w tej książce jest dobrze dopracowana, ma swoje marzenia, słabości.  W niektórych książkach czytelnik może „powiedzieć” do bohatera „a nie mówiłem, że tak to się skończy? Trzeba było postąpić tak… i tak…” Tutaj nie możemy tego powiedzieć. To nie jest czarno-biała historia, w pewnym momencie pomyślałam nawet, że nie mam pojęcia co bym zrobiła na miejscu Pree. Sądzę, że gdy mamy takie myśli, utożsamiamy się z bohaterami, to oni wtedy zaczynają żyć, są realni. To duża sztuka napisać taką książkę.

Nie chcę pisać spoilera, jeśli kogoś interesuje treść to praktycznie jej ¾ można znaleźć na okładce. Trochę to wkurzające. Tak nawiasem mówiąc, nie wiedziałam czy o tym tutaj napisać ale postanowiłam jednak wspomnieć, ostatnio czytałam recenzję na przypadkowo napotkanym przeze mnie blogu w której ktoś zdradził całą treść książki. To nie była recenzja tylko streszczenie. Inna sprawa, że ta recenzja bardzo przypominała moją własną (rozszerzoną o streszczenie), nawet cytaty wybrane były te same. Czy spotkaliście się kiedyś z czymś takim? Pewnie nic z tym nie zrobię, bo nie złapałam za rękę podczas używania Ctrl+C i Ctrl+V ale myślę, że tak się po prostu nie robi.

Wracając do „W dalekim kraju” : polecam gorąco, to jedna z tym książek, które zostają w pamięci (bo przecież nie każda zostaje, no mnie zdecydowanie nie ;-)), która wzrusza, zastanawia i zaciekawia.

Moja ocena 5.0/6

15:18, kot_w_butach84 , kocie czytanki
Link Komentarze (6) »
piątek, 14 stycznia 2011
niedoczytane

Prawdopodobnie w innym czasie przeczytałabym te książki. Prawdopodobnie nawet pośmiałabym się i zaciekawiła co będzie dalej. „Chłód serca” i „Stateczna i postrzelona” miały pecha. Ta pierwsza ponieważ sama będąc kryminałem została wybrana do czytania po innym i to dobrym kryminale („Chemii śmierci” recenzja wkrótce). A „Stateczną…” zaczęłam ciągle zafascynowana Burką miłości. I to co w normalnym wypadku wywołałoby zamierzony przez autora rezultat – wzruszyło, rozśmieszyło, przestraszyło było tylko kiepsko napisanym pomysłem.

Nie chcę zniechęcać do czytania "Chłodu serca". Pomysł bardzo ciekawy, główna bohaterka Olivia posiada wyjątkową zdolność widzenia we śnie prawdziwych zdarzeń w czasie rzeczywistym, czyli śni ona o tym co w danym momencie się zdarza. A że śni akurat o morderstwach więc możemy zrozumieć jej zaniepokojenie. Lisa Jackson opisała Olivię jako drobną (niewiele głównych bohaterek było wysokich jak żyrafa), śliczną (jeśli nawet główna bohaterka była TYLKO ładna to miała coś w sobie czym przebijała na głowę śliczną i banalną koleżankę), delikatną, ale mocną, o aksamitnych włosach (oczywiście nigdy nie widzących łupieżu), błękitnych oczach (najbardziej wkurzają mnie fiołkowe, słowo daję nie widziałam jeszcze człowieka o fioletowych oczach, natomiast w książkach „spotkałam” już kilka ich właścicielek). „Olivia Benchet, kobieta intrygująca […], ładna, z potarganymi jasnobrązowymi włosami. Siedziała naprzeciwko niego (tego policjanta, głównego bohatera postać męska – komentarz kota), raz drobna i wrażliwa, raz zła i twarda, ożywiona i zdesperowana.” Bosko :-)

Przez szacunek do pleców mojego K, który przytaszczył ofiarnie tą książkę do domu przeczytałam jeszcze kilka stron (bodajże do 60) zachwytów nad delikatnością, kruchością, wrażliwością, niezwykłością Olivii  i poczułam tak dotkliwą tęsknotę za Mankellem, Simonem Beckettem, że porzuciłam pomysł katowania się, choćby delikatnie (haha) Olivią Benchet.

Drugą niedoczytaną jest „Stateczna i postrzelona” autorstwa Moniki Szwaji. Bardzo przyjemnie mi się ją czytało. Na początku. Zabawny, bogaty język. Duże poczucie humoru. Przyjemni, dający się lubić wyraźni bohaterowie. Czarne postacie odpowiednio nie-przyjemni, nie-dający się lubić. Po pewnym czasie ilość pozytywnych zbiegów okoliczności, naiwnych zdarzeń i pseudo-wzruszających momentów zaczęła nużyć. Wyraźnie brakło mi realiów życia, podziału na białe, czarne ale też tysięcy odcieni szarości. Tego brakowało mnie. Ale sądzę, że wesoły urlopowiczka/urlopowiec, pasażer/pasażerka PKP (zwróćcie uwagę, że nie dodałam wesoły hehe) czy choćby ktoś spędzający radośnie czas w kilometrowej kolejce do lekarza (żeby notabene wejść na 2 minuty, przepraszam nie mogłam się opanować, ostatnio tak się „bawiłam” w jednej z przychodni) doceni styl, pomysł i wykonanie „Statecznej i postrzelonej”.

Obie książki miały pecha. A ja jako, że uważam, że czytanie to czynność z założenia relaksująca i mająca sprawić przyjemność porzuciłam czym prędzej obie książki. Oczywiście nie bez pewnego zażenowania, które towarzyszyłoby sporej ilości moli książkowych, niemniej z wielką ulgą. Czasem na coś musi być odpowiednie miejsce i odpowiedni czas. Tego tutaj zabrakło. Obecnie pochłaniam „Kaznodzieję” Camilii Läckberg i choruję na dziwną odmianę przeziębienia. Dziwną bo z kaszlem, kichaniem i tego typu atrakcjami ale z dziwną temperaturą 35,3 stopni C (mierzoną na dwóch niezależnych termometrach).

Życzę zdrowia i odpowiedniego czasu i miejsca na dane książki :-)

11:28, kot_w_butach84 , kocie czytanki
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 10 stycznia 2011
"Burka miłości" Reyes Monforte

Przyznam się bez bicia – sięgając po tą książkę w księgarni z góry założyłam, że będzie to kolejna opowieść o zniewolonej kobiecie, która podstępem zostaje wywieziona do muzułmańskiego kraju męża i tam przetrzymywana. Założyłam kilka opcji tej opowieści. W sumie wyobraziłam sobie nawet jej zakończenie. Jakże mocno się pomyliłam. Nie wzięłam pod uwagę jednego. Miłości. Nastrad (koszmarne imię) mąż Marii kocha ją tak mocno jak ona jego. Nie jest jej prześladowcą, chce dla niej wszystkiego co dobre. Ale nie jest to takie proste.


Nie chcę za wiele zdradzać więc tylko wspomnę, że Maria i Nasrad zostają uwięzieni w Afganistanie. Ich dokumenty zostają skradzione, przez co nie mogą wrócić. Rozpoczynają mozolną walkę o przetrwanie w kraju w którym człowiek człowiekowi wilkiem ale w którym spotykają też ludzi o wielkich sercach.
Maria zmuszona jest przystosować się do życia w miejscu podporządkowanego prawom talibów, gdzie kobieta nie znaczy nic, albo jeszcze mniej. Wkłada na siebie burkę - tradycyjny strój afgańskich kobiet spod którego nie widać nic oprócz butów i stara się przeżyć. Nawet nie żyć, ale przeżyć, to lepsze słowo. Poznajemy losy ludzi z nimi związanych, jesteśmy świadkami zawieranych prawdziwych przyjaźni.


Ale przede wszystkim jesteśmy na każdym kroku wstrząsani kolejnymi faktami. I nie chodzi mi o brak wody, gazy, prądu, których brak jest codziennością wielu afgańczyków, ale chory system, bezprawie, wszechogarniająca niemoc i niemożność bronienia się przed terrorem.
Zza książki łatwo jest radzić bohaterce co powinna zrobić. Widzimy naiwną nastolatkę, która nie ma pojęcia o świecie, o tym, że istnieją miejsca nękane wojną i ta właśnie nastolatka, nieświadoma tego wszystkiego, tak, przez swoją bezmyślność, to oczywiste, przekonuje męża, aby mogła z nim tam pojechać. Dla Marii nic nie jest ważne, liczy się tylko miłość i możliwość bycia razem. Nie może/nie chce rozstawać się z Nasradem.


Specjalnie zaznaczyłam sobie fragment rozmowy Marii z krewną jej męża, kobieta mądrą i rozważną. Opowiada ona w swojej przemowie do młodej Hiszpanki o nakazach i zakazach, których nieprzestrzeganie może kosztować życie:


„Gdy w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym szóstym roku do władzy doszli talibowie, kobietom odebrano wszelkie prawa do wolnego i godnego życia. Musiały siedzieć zamknięte w domach i usługiwać mężczyznom z rodziny. Zabrano im prawo do pracy, nauki, spotykania się. Przy mężczyznach musiały milczeć, nie mogły nawet wydawać żadnego dźwięku mogącego rozdrażnić mężów czy innych członków rodziny, oczywiście płci męskiej. Nie mogły oddychać za głośno, jedynie bezszelestnie przemykać się w miękkich kapciach, aby pod żadnym pozorem im nie przeszkadzać. Każdy nieuzasadniony hałas mąż mógł potraktować jako bezczelną zaczepkę. A mężczyzn nie należało prowokować.
Zabroniono kobietom wstępu do urzędów i instytucji publicznych, nie mogły pracować ani nawet samodzielnie załatwiać spraw. Nie wolno im było studiować na wyższych uczelniach. Większość szkół dla dziewcząt zamknięto. Na skutek czego drastycznie spadł poziom wykształcenia kobiet – tylko pięć procent żeńskiej populacji potrafiło czytać i pisać. Dla talibów szkoła była jak otwarta brama do piekła i tak ją nazywali. Wyrzucono ze szkół nauczycielki, ze szpitali lekarki, z sądów prawniczki. Kobiety nie mogły zajmować się pisaniem ani polityką. Nie wolno im było również wykonywać zawodu inżyniera czy technika. Nie mogły prowadzić samochodów. Zabroniono im dostępu do usług medycznych, przez co drastycznie wzrósł wśród nich poziom śmiertelności. Wielu wypadków śmierci można było uniknąć, gdyby w porę udzielono im pomocy lekarskiej. Krążyły opowieści, stanowiące czarną legendę reżimu talibów , o kobietach, które stały się ofiarami wypadków drogowych i umierały z upływu krwi albo z powodu odniesionych ran, bo szpital, do którego zostały przewiezione, odmawiał im pomocy; lekarze mężczyźni nie mogli dotykać nieczystego kobiecego ciała. Diabetyczkom nie podawano insuliny czy innych lekarstw ratujących życie. Dla kobiet nie warto było marnować leków. Nie opłacało się.”

„[…] jeśli jakaś kobieta próbowała złamać któryś z zakazów albo przyłapano ją na słuchaniu muzyki, czytaniu książek, oglądaniu bądź robieniu zdjęć lub oglądaniu telewizji, była torturowana, prześladowana, dręczona a nawet zabijana. Nie było dla niej ani współczucia, ani przebaczenia.”


Chwilę później poznajemy historię kobiety, która zostaje zatłuczona na śmierć ponieważ „podmuch wiatru obnażył jej rękę, odkrywając ją na ułamek sekundy”.
Polecam. To przepiękna opowieść o sile miłości.


Moja ocena 6.0/6
-------------------------
cytat pochodzi z książki "Burka miłości" stron 186-187 wydawnictwa Świat Książki 2011

00:09, kot_w_butach84 , kocie czytanki
Link Komentarze (10) »
wtorek, 04 stycznia 2011
"Brak złudzeń" Marcin Pietraszek

„Brak złudzeń” to książka mała objętością a wielka treścią. Autorowi udało się znaleźć równowagę pomiędzy napisaniem sporo życiowych mądrości bez typowego i dla mnie zupełnie niezjadliwego mędrkowania w stylu pana Coelho. Co kilka stron znajdujemy spostrzeżenia, przy których chciałoby się powiedzieć „no właśnie! To miałem na myśli”.

Głównym bohaterem i narratorem jest Zygmund Frońd. Tak jak jego pierwowzór - Zygmunt Freud – Frońd jest psychoterapeutą. Mamy również możliwość oglądania świata oczami Walentego – pacjenta Zygmunta. Chwilami narratorem staje się Marcin Pietraszek – autor „Braku złudzeń”. Zabieg umieszczenia kilku narratorów nie przeszkadza, jest ciekawie wprowadzony, jednak trzeba czytać uważnie alby wiedzieć czyje myśli akurat śledzimy. Zdarzało mi się do niektórych zdań wracać po kilka razy. Tak, zdecydowanie nie jest to książka do czytania w autobusie.

Co tutaj mamy? Garść ciekawych spostrzeżeń na temat życia, dużo ironicznego humoru (polecam  scenę sexu głównego bohatera, dla mnie mistrzostwo, bez ochów-achów, nie obawiajcie się), podstawą są losy Zygmunta, ale umiejętnie wpleciono historie kilku jego pacjentów wraz z psychologicznym komentarzem.

Lubię czytać książki pisane przez mężczyzn, ponieważ daje mi to możliwość spojrzenia na nas - kobiety ich oczami. Tutaj podobnie, relacje damsko-męskie męskim okiem, swoiste szarady, gra. Autor ma swoją teorię na temat dobierania się w pary (w skrócie: silniejszy i bardziej atrakcyjny wygrywa w związkowym wyścigu). Nie do końca się z nią zgadzam (polecam przeczytać i wyrobić sobie zdanie), myślę, że została pominięta taka kwestia jak miłość, no i nie ukrywajmy – feromony, które też mają swoją rolę.

To także książka o samotności, potrzebie miłości, rozmowy z drugim człowiekiem, nie możliwości odnalezienia się w tłumie, dostosowania się do kanonów, szablonów, które zapewniają popularność. Nie jest to książka łatwa. Nie jest nawet wesoła, chyba że wesołością przez łzy, ale nie nudzi, nie pozostawia obojętnym, mnie się podobała.

A! Zapomniałam dodać, świetna okładka ;-)

Moja ocena: 5.0

22:47, kot_w_butach84 , kocie czytanki
Link Komentarze (4) »
czwartek, 09 grudnia 2010
"Ostatni ślad" Charlotte Link

"Ostatni ślad" Charlotte Link to opowieść o ludziach uwikłanych w skomplikowane, uwierające  sytuacje życiowe, nieszczęśliwych,  zagubionych ale często niepotrafiących nic zrobić aby ten stan rzeczy zmienić.

Tak więc mamy Rossane, przykładną żonę i macochę dla syna męża z poprzedniego małżeństwa, która porzuciła ciekawą i satysfakcjonującą pracę dziennikarki, ukochaną Anglię  na rzecz szczęścia rodzinnego. Po pewnym czasie kobieta zauważa, że jej życie sprowadza się do dbałości o karierę męża, łagodzenia sporów między ojcem a synem. Źle się czuje w Giblartarza, wydaje jej się, że jej życie jest puste, dusi się w nim. To wszystko dociera do niej wyraźniej, gdy dostaję propozycję napisania serii artykułów dla swojej dawnej gazety i gdy nie potrafi z tego zrezygnować pomimo wyraźnego braku poparcia ze strony męża i syna.

Rossane powraca w znane sobie okolice. Ma czas na zastanowienie się nad swoim życiem, jest szczęśliwa, że może rozprawić się z jedną z niewyjaśnionych spraw z przeszłości.

Historia zaginionej Elaine jest bliska Rossane ponieważ właśnie jej ślub w Giblartarze był powodem dla którego zaginiona wybrała się w podróż z której nie wróciła do domu, zostawiając niezadowolonego, kalekiego brata. Przez moment mamy możliwość poznać myśli i uczucia zaplątanej w sieć powinności i obowiązków Elaine.

Rossane spotyka się z ostatnią osobą, która widziała Elaine żywą. To mężczyzna, który aproponował Elaine nocleg gdy wszystkie loty do Giblartaru zostały odwołane. Na Marku Reeve został wydany szarpiący opinię i utrudniający karierę lincz. Trudno się więc dziwić, że Mark nie chce wracać do historii tajemniczego zaginięcia i nie na rękę jest mu seria artykułów. Mimo wszystko dziennikarce udaje się przekonać go do rozmowy.

Ta i kilka następnych rozmów wywołują lawinę zdarzeń, które jak kostki domina uderzają w kolejne osoby.

Historia mroczna, psychologiczna, nie jest to typowy kryminał bo i trupów jakby mniej. Sporo przemyśleć, główna bohaterka czasem odrobinę zbyt niezdecydowana i pańciowata, ale całość przyjemnie podana. Zakończenie zaskakujące. To dobrze. Nie ma nic bardziej denerwującego podczas czytania niż wiedza o tym jak zakończy się książka.

Zachęcam, może i Wam się spodoba?

Moje ocena: 4.5/6

21:10, kot_w_butach84 , kocie czytanki
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3