Za 20 lat bardziej będziesz żałował tego czego nie zrobiłeś, niż tego co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj. Śnij. Odkrywaj.
środa, 26 października 2011
Na karuzeli

Do wakacji daleko, przecież co dopiero z nich wróciłam, więc teoretycznie nie powinnam być taka zmęczona. Raz po raz przeglądam kalendarz sprawdzając czy 11 listopada wypada jakoś rozsądnie (w tym roku idealnie bo w piątek) co by przedłużyć weekend. Myślę o Świętach (jestem w stanie zaakceptować mrozy, ciemno i śniegi byle mieć wolne), już bym chciała pucować szafki i łazienkę (mam nadzieję, że nikt z mojej rodziny tego nie czyta) byleby nie musieć wychodzić z domu i gnać na uczelnię, do pracy czy nie wiadomo gdzie. Marzę o wolnych weekendach, niedzielach, które można spędzić gotując w kuchni coś pysznego a nie na przedzieraniu się przez trzy województwa busem-autobusem-pociągiem. Ostatnio czytałam, że MPK Kraków ograniczyło liczbę kursów i rzeczywiście ludzie jeżdżący autobusami (tramwaje omijam, jakoś nie lubię) przypominają bardziej glonojady rozpłaszczone na szybie niż relaksujących się z książką świadomych zalet komunikacji publicznych użytkowników.

Ale co jakiś czas zatrzymuję się w miejscu, czytam słowa bliskiej osoby „Take care of your health......ok?) I need you ;)” i już wiem, że to ma sens, bo jeszcze trochę się „sprężę” i będzie łatwiej. Bo czasem lepiej pogadać przez telefon choćby o 1 w nocy, pośmiać się wspólnie do słuchawki niż pospać godzinę dłużej.

I gdy podejmuję się kolejnych zadań, zgłaszam na kolejne szkolenie, planuję następną wyprawę, angażuję w niepewne przedsięwzięcie przypominam sobie moje motto:

„Za 20 lat bardziej będziesz żałował tego czego nie zrobiłeś, niż tego co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj. Śnij. Odkrywaj.”

To trochę jak samospełniające się życzenie ;-)



09:39, kot_w_butach84 , kot myśliciel
Link Komentarze (9) »
piątek, 19 sierpnia 2011
Rowerowy relaks

Po relaksującym weekendzie łatwiej było wrócić do pracy. Tak właśnie – relaksującym. Bo wcześniejsze weekendy to był czas na załatwianie spraw w Krakowie, zakupy, które nie są przyjemnością, naprawianie laptopa, butów z gwarancji i tysiąca innych rzeczy, które choć drobne sprowadzały na ziemię do szarej rzeczywistości, tłuczenia się autobusem do centrum (wciąż niepewnie czujemy się za kierownicą naszego autka, niepewnie czuje się K, choć z dumą przyznaję, że świetnie daje sobie radę, ja niepewnie w zasadzie się nie czuję bo nie siadam tam wcale), ciągły ruch, który po tygodniu jeżdżenia do Opola i z powrotem a potem do Krakowa może być bardzo męczący.

Początkowy pomysł na wypad w góry spalił na panewce, wybraliśmy dłuższy sen, spacer z psem, leniwe popołudnie, spotkania towarzyskie i nie żałujemy! Wyczytaliśmy że w Tatrach padł rekord – już o 8 rano cały parking pod drogą do Morskiego był zajęty, dzikie tłumy, kolejki – nie dziękuję. Nie tak wyobrażam sobie góry. Pewnie nie lepiej było w Gorcach i innych Beskidach.

Lato przypomniało sobie o swoich obowiązkach, co dodatkowo zmobilizowało nas do wycieczek rowerowych. Siąpiący deszczyk nam nie przeszkadza, szczególnie że las pachnie wtedy jakby intensywniej ale słoneczko też uprzyjemnia leśne wycieczki. I tak codziennie gdy wpakowaliśmy w siebie obiad (w tym tygodniu danie arabskie, które wyszło nam wręcz konkursowo i uświadomiło, że czego jak czego ale talentu kulinarnego nam nie brakuje), przezornie przygotowanego na kilka dni, wsiadaliśmy na rower i dołączaliśmy do wielu innych cyklistów tych okolic. Jeżdżą starzy, młodzi, grubi (tych jakby mniej – wiadomo – codzienny rower „wyciąga”) i szczuplutcy. Mnogość ścieżek rowerowych wyklucza tłuk, czasem miniemy innych pasjonatów świeżego powietrza, jedną z naszych ulubionych jest grupka trzech energicznych starszych pań z nornic walking, innym razem grzybiarze dumnie prezentujący wypełniony po brzegi koszyk (któż by się oparł pokusie „luknięcia”? Zresztą szczęśliwy łowca zwykle tak niesie dany koszyk co by nikt nie przeoczył jego leśnych zdobyczy).

Jeździmy, szusujemy, czasem biegamy ciągnąc rower (przezabawny widok), wleczemy się, to innym razem pobijamy leśne prędkości. Wszystko z uśmiechem, rozładowując napięcie, wygaszając złe emocje, wdychając tak pachnące powietrze jakie tylko krakus może docenić. Zbieramy jeżyny przygotowując jogurty jeżynowe a nie tylko o „smaku jeżynowym”. I wiemy, że to miejsce gdzie teraz wylądowaliśmy było dziełem przypadku, ten etap naszego życia kiedyś się skończy, znów nas gdzieś rzuci, może za granicę, ale wiemy, że ciężko będzie wyjechać.

A to kilka zdjęć z naszej krainy:

I mój rower: zdezelowany, ze słabo działającymi hamulcami (które na stromej górce nie działają prawie wcale), ciężki jak czołg ale do którego tak się przywiązałam, że trudno namówić mnie na jego wymianę:

Chmury zmiany pogody (przynajmniej coś pamiętam z klimatologii), które ja nazywam "zsiadłym mlekiem":

Wszędzie las, dzikie łąki, bardzo mało ludzi, spokój, cisza – na ile cicho może być w lesie pełnym leśnych zwierząt ;-)



11:32, kot_w_butach84 , kot myśliciel
Link Komentarze (5) »
piątek, 05 sierpnia 2011
Poranna owsianka z żurawiną i do pracy!

Dzień zaczynamy od owsianki z żurawiną gdzieś w środku nocy, zdecydowanie nie o wakacyjnej porze. Zwykle bardzo zaspani staramy się jeszcze trochę porozmawiać, pożartować, nastroić się optymistycznie do czekających nas obowiązków. Gdy jadę do Opola do pracy gnam na pociąg (7 minut piechotką do dworca) skrótem, skradając się na paluszkach koło jednego domu przed stacją gdzie dwa wielkie psy zbyt przykładają się do swoich obowiązków szczekając tak, że zaraz inne futrzaki z całego miasteczka dołączają się do tego psiego jazgotu, czasem same nie wiedząc dlaczego szczekają i skąd „przychodzi zagrożenie”.

W ostatniej chwili kupuję bilet (w dwie strony), po chwili wsiadam do regio. To czas dla mnie i dla książki. Godzina spokojnej podróży, na przemian czytając lub obserwując przepiękny las za oknem.

Ostatnio pękła szyna, staliśmy na jakiejś malutkiej stacji grzecznie poinformowani przez konduktora, że naprawa potrwa coś około godzinę. Trwało 1,5h ale szczęśliwie pojechaliśmy. Do firmy dotarłam po 3 godzinach od wyjścia z domu cała będąc jednym wielkim „przepraszam”. I chyba dopiero szef uświadomił mi mówiąc że nic się nie stało, że dobrze, że szczęśliwie dotarłam, że pociąg się nie wykoleił, że mogło być inaczej.

Zabiegani staramy się odnaleźć równowagę pomiędzy pracą a odpoczynkiem. Jesteśmy na takim etapie życia (oboje intensywnie podnosimy swoje kwalifikacje), że każda godzina pracy procentuje. Kradzione chwile razem: jedno robi projekt, drugie w tym czasie zmywa lub robi ciasto. Ważne, że razem w tym samym pokoju. Gotowanie na kilka dni, wycieczki rowerowe na borówki, weekendowe powroty do Krakowa. Tysiące pomysłów na nowe wyzwania (chcę zacząć kurs niemieckiego) muszą być skalkulowane tak abyśmy mieli czas dla siebie nawzajem i dla siebie samych.

I mimo iż mieszkanie wygląda jakby przeszedł przez nie tajfun (staramy się codziennie coś grzebnąć, ale nasz talent do bałaganienia jest wręcz spektakularny) śpimy wciąż za mało, jest jeszcze wiele niejasności co do naszej przyszłości zawodowej cieszymy się wpadającym o poranku przez otwarte okno zapachem lasu świerkowego, kawą, grającą muzyką, weekendowymi spacerami odchudzającymi dla naszego Futrzastego, codzienną obecnością, której wciąż za mało.

09:09, kot_w_butach84 , kot myśliciel
Link Komentarze (7) »
czwartek, 16 czerwca 2011
Słowa kluczowe cd

czy policja moze znalesc mnie po ip komputera  - po ip raczej nie, ale id… ;-)

czy warto w zyciu przezyc prawdziwa historie  - a które by były nieprawdziwe?

czy worek bokserski może wyrwac sufit  - zdecydowanie może, w całym pionie i wszyscy sąsiedzi będą mieszkać razem

czy podobało mi się przedstawienie "kot w butach" i dlaczego  - myślę, że nie bardzo

duński film jazda po alkoholu  - bomba

jak się odchudzała foremniak  - hmm

makijaż kota w butach  - oszczędny, mam nadzieję elegancki :]

mama przyłapała mnie jak ja podgladam – to słabo…

nie lubię adele  - a ja lubię ;-)

podglądam mamę jak sie schyla - no comment

przejśćie graniczne ukraina rumunia, czas  - długo

sa fryzjerki  - są!

stary dwur kupie krakuw  - perełka :D



21:30, kot_w_butach84 , kot myśliciel
Link Komentarze (2) »
środa, 27 kwietnia 2011
Przy kawie... - czyli trochę wszystkiego, nawet przepis na racuchy z jabłkami

Kto rano wstaje… - ten jest niewyspany, powie każdy śpioch (poprawnie – Sowa). Z drugiej jednak strony poranne wake up ma swoje zalety. Ostatnie kilka dni właśnie tak zaczynałam, od szybkiego prysznica, kawy, Eski Rock. Wszystko po to aby w pełni wykorzystać te kilka świątecznych dni. W środę busem-pociągiem-pociągiem udałam się w pięknie zalesione terany opolskiego. To właśnie tam K znalazł pracę i to tam co niedziele wyjeżdża aby w piątek w przeciwnym kierunku (pociąg-pociąg-bus) wrócić do mnie, do Krakowa. W czasach gdy znalezienie pracy wymaga solidnego nagimnastykowania się, wyjazd poza miejsce zamieszkania bywa koniecznością. Nie od dziś wiadomo, że Kraków to miasto studenckie. Pracodawcy mogą przebierać w kandydatach jak w ulęgałkach. Skomplikowane testy psychologiczne, co najmniej kilkuletnie doświadczenie zawodowe, zmusza biednych absolwentów do postawienia sobie pytania: praca w zawodzie, która często równoznaczna jest z wyjazdem, czy przekwalifikowanie się. Większość moich koleżanek z poprzednich studiów pracuje w bankach i ubezpieczeniach. To praca dobra i stabilna, ale niektóre uparciuchy, w tym ja i K, nie chcą rezygnować z wyuczonego zawodu. Rozjeżdżają się po Polsce (K), podejmują drugie, znów inżynierskie studia (kot w butach) realizują swoje marzenia.

W środę popołudniu doturlałam się do obecnego miejsca zamieszkania mojego K. Zostałam nakarmiona i oprowadzona po miasteczku. Następnego dnia, gdy K udał się do pracy, przed wyjściem instruując odpowiednio swoją zaspaną dziewczynę co by przypadkiem nic nie pracowała, tylko czytała przytaszczoną książeczkę (Weź moją duszę), przespała się jeszcze (wszak była 6.45)  i odpoczywała. Jako, że kot w butach nie lubi się kłócić położył się grzecznie i odpoczywał, odpoczywał, odpoczywał. Całe 10 minut. Sen nie przychodził. Po chwili zrobiona kawa, też nie działała usypiająco. Kot w butach odpalił mobilny Internet i zaczął nadrabiać blogowo-onetowe zaległości. Gdy wiedział już co w trawie piszczy zaczął się nudzić i wymyślił - postanowił pobawić się w kurkę domową. Zawzięcie pucował, szorował, przecierał, płukał. Gdy każda łazienkowa płyteczka, zlew, bieluśka wanna pięknie odbijało kocie odbicie, a kocie łapki (przyodziane w twarzowe gumowe żółte rękawiczki) odpadały od solidnej pracy dzielna kurka domowa postanowiła przeznaczyć resztę swoich godzin odpoczynkowych na smażenie racuchów z jabłkami. Przepis banalny zamieszczam poniżej

RACUCHY NA CIEŚCIE NALEŚNIKOWYM

Składniki:

- Szklanka mleka

- ¼ szklanki wody gazowanej

- Łyżeczka proszku do pieczenia

- Cukier waniliowy – nie bardzo konieczny, ale ja zawsze daję, bo lubię ten aromat

- Cukier, kilka łyżek,  ile-kto-chce, czyli w zależności jak słodkie mają być racuchy,  jak kto bardzo dba o linię ;-)

- Jajko

- Jabłka pokrojone w kratkę. Ja daję 2 duże.

- Mąka w ilości takiej aby uzyskać masę trochę gęstszą od masy na naleśniki. Serio nie wiem jak to inaczej opisać. Myślę, że trochę ponad 2 szklanki. Ja daję na oko. Zawsze inaczej, zawsze wychodzi :-))

- Mikser

- Cukier puder do przybrania – nie konieczne, ale ładnie wygląda.

Przygotowanie – sposób ekspresowy:

Do garnka wlać mleko, wodę i jajko (całe). Dosypać cukier (zwykły i waniliowy), proszek. Na koniec dosypywać mąkę (po trochu) równocześnie miksując. Gdy uzyskamy żądaną masę wsypujemy jabłka,  mieszamy łyżką.

Wszystko smażymy jak placki ziemniaczane. Ja daję bardzo mało oleju, dosłownie kropelkę, wcale nie trzeba w głębokim tłuszczu ich smażyć.

Z takiej ilości składników można nakarmić dwie osoby. Ale ja zwykle daję wszystkiego dwa razy tyle, kot w butach lubi jeść :]

Gdy K wrócił z pracy spakowaliśmy racuszki i wyruszyliśmy na piknik okoliczną, super oznaczoną trasą rowerową. Lasy, pola, strumyczki, źródełko. Wszystko rozwijające się, ćwierkające, błyszczące od słoneczka, bezludne. Mogłabym tak iść godzinami!

Wreszcie mogliśmy odpocząć, porozmawiać, pomilczeć i posłuchać dzięcioła, które uparcie próbował przewiercić się przez drzewo. Siąść nad źródełkiem w lesie i planować sobotnią wyprawę – w góry!

Tak, tak jest dobrze :-)

 

14:27, kot_w_butach84 , kot myśliciel
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 28 marca 2011
U fryzjera

Teoretycznie wiosenne porządku najłatwiej byłoby zacząć od wizyty u fryzjera. W praktyce jest to wyprawa wymagająca solidnych przygotowań. Raz, że należy wyczaić moment w którym w zakładzie fryzjerskim jest pani, która nie bierze sobie za cel wyrwania połowy populacji moich włosów (najlepiej w trzech dobrze wymierzonych ruchach) a dwa: związane jest z przygotowaniem się na solidną porcję plotek ze świata gwiazd. Wertowanie stosów kolorowych gazet jest tylko stratą czasu gdy kompendium wiedzy jest tuż obok pod postacią świetnie poinformowanej pani fryzjer.

Dowiedziałam się co następuje:

- jakie są teraz najlepsze seriale: Chichot losu, Przepis na życie

- jakie seriale są niewarte uwagi: Rodzinka

- kto śpiewał beznadziejnie wczoraj w X faktor: jakiś facet z zielonymi włosami i zielonym ubraniu

- jaką metodę odchudzania wybrała Foremniak: płukanie jelit

- jak odchudzają się inne dziewczyny: połykając tabletki z tasiemcem, który może się potem zagnieździć w wątrobie i mózgu

- kiedy będzie wiosna: już zaraz, bo kwiecień ma być upalny

Na koniec pani z troską dodała, że powinnam zacząć używać szamponetki bo widać mi już siwe włosy.

Po godzinie ożywionej indoktrynacji w sprawie wyboru odpowiednich diet, seriali i konieczności farbowania wyszłam lżejsza po połowę bujnej (moim mniemaniu) – lichej „ale odrosną” (w mniemaniu znawczyni) czupryny w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Na szczęście moje liche włosy (choć już prawie siwiuteńkie) nie rosną tak szybko  aby hasać do fryzjera częściej niż raz na pół roku.

21:51, kot_w_butach84 , kot myśliciel
Link Komentarze (10) »
wtorek, 08 lutego 2011
Kreativ Blogger

Dublinia sprawiła mi ogromną przyjemność, porównywalną z dzisiejszym napadem na sklep, rozpasaniu zakupowemu w licznie:  4 (słownie: czterech) BOSKICH sweterków w BOSKIEJ cenie. (Kocham outlety)

No ale wróćmy do clue sprawy. Wytypowanie wiąże się, z kompromitującym, żenującym obowiązkiem publicznej spowiedzi - opowiedzeniu o 7 rzeczach o których nikt jeszcze nie wie. I nie ma przeproś. „Tajemne tajemnice” muszą ujrzeć światło dzienne, wszak tak nakazuje wielowiekowa tradycja Kreativ Blogger:

 

 

1. Typowe, podręcznikowe dawki leków: usypiających, przeciwbólowych i innych nie są dla mnie nigdy za mocne. Ba! Potrafię nie usnąć, ku zaskoczeniu lekarzy, na stole operacyjnym (co dzielnie zrobiłam w wieku lat 6). Podczas kolejnych zabiegów (dentystycznych, chirurgicznych) rzeczowym tonem tłumaczyłam po raz n-ty moje anormalne reagowanie(w tym wypadku nie-reagowanie) na środku znieczulająco-usypiające co zawsze było przyjmowane jako panikowanie przerażonej pacjentki, ignorowane ale w okolicy połowy zabiegu uznawane za prawdziwe gdy kot w butach bynajmniej nie miałcząc ale wyjąc potępieńczo krzyczał, że czuje jak się go szyje, kroi i wierci. I tak aż do następnego zabiegu i kolejnego medycznego niedowiarka.

2. Widzę podwójnie. Jest to nie do zrozumienia dla którejś już z kolei okulistki. Rozumieją, że można dwoma oczami widzieć podwójnie, ale nie każdym osobno. Próby tłumaczenia, że naprawdę tak mam nie przyniosły rezultatu, więc sobie darowałam. Ale gra w piłkę to dla mnie nie lada wyczyn. Nie pytajcie jak czytam, to wyższa szkoła jazdy. Tak, siebie też widzę podwójnie ;-)

3. Nie rozpoznaję twarzy. Pisałam już kiedyś o tym na blogu, dość dawno, ale jest to jeden z main tematów po których, ktoś odnajduje mnie w internetowym śmietniku. Potrafię rozmawiać z kimś nowo poznanym 4 godziny a przy następnym spotkaniu, następnego dnia nie mieć zielonego pojęcia jak ta osoba wygląda. Było to nieraz powodem pretensji. Nauczyłam się uprzedzać poznaną osobę, że tak mam (oczywiście nie każdego, wyszłabym na dziwaczkę). Szczególny kłopot stanowią dla mnie twarze mężczyzn. Ta „przypadłość” była jednym z powodów dla którego nie zdecydowałam się na robienie awansem dwóch lat naraz na moich nowych studiach, naprawdę nie wyobrażam sobie jak mogłabym zapamiętać (minimum) 60 osób z dwóch grup plus profesorów.

4. 4 lata z rzędu typowaliśmy z K miejsce wakacji i gdy już mieliśmy jechać dochodziła do nas informacja o powodzi stulecia, niespotykana w danym rejonie. W tym roku wzięliśmy pogodę sposobem, nie mówiąc za wiele o planach. Oczywiście były powodzie, ale mniejsze. W myśl tej zasady nie zdziwiłaby mnie nawet powódź na Saharze gdybyśmy akurat tam wyrazili chęć pojechać.

5. Bardzo lubię zwiedzać kamieniołomy. Jeśli do twarzy nie mam pamięci prawie wcale (grono najbliższych poznaję, ale już kuzynka to dla mnie nieomal nieznajoma) to do kamieni (poprawnie: okazów) mam pamięć niesamowitą. W ramach studiów miałam możliwość odwiedzenia wielu skalnych odsłonięć i doskonale wszystkie pamiętam, łącznie z układem skał, typami. Planując trasy wycieczek staram się zahaczać o geologiczne atrakcje.

6. Pracowałam jako statystka w różnych programach telewizyjnych. Klaskanie nie było może zbyt zajmujące, ale miałam okazję wielokrotnie uczestniczyć  w Rozmowach w Toku, „poznałam” wiele sławnych ludzi, wraz z moją ukochaną Fran Drescher. Uparty kamerzysta najczęściej „kręcił mnie” gdy jako jedyna na publiczności nie wczuwałam się w tragizm historii zaproszonej osoby i wybuchałam śmiechem zamiast dyskretnie ocierać łzę. Mówiłam Wam kiedyś o moim co najmniej spaczonym poczuciu humoru.

7. Potrafię kręcić hula hop spokojnie przez pół godziny bez przerwy. Umiejętność tą (tę?) wytrenowałam dawno temu, drażniło mnie gdy uparte koło spadało po wykonaniu dwóch obrotów. Ale miałam też dobrą motywację: w jednym z babskich pism wyczytałam, że to ćwiczenie w zadziwiający sposób modeluje talię. Potwierdzam.

uff

Jak widzicie nie wyjęłam trupów spod dywanu i z szafu, nie byliście świadkami kompromitujących zmieniających losy świata zwierzeń.

Dublinia napisała, że należy wytypować 3 blogi. Ja osobiście spotkałam się z praktyką typowania 5 blogów w Kreativ Blogger. Pozwól Dubliniu, że dam sobie jeszcze te dwa blogi.

Dublinia – nie na zasadzie bumerangu, ale dla samej sympatii i przyjemności, niejednokrotnie okraszonej głośnym śmiechem podczas czytania zapisków szalonej i sympatycznej blogerki.

Zielony kot i mandragora – za oba blogi – książkowy i uczelniany, za miłość do książek, pomoc w ich doborze, miłość do zwierząt tak wielką, że miała wpływ na obrany kierunek studiów. A także, „na zapas” bo myślę, że nasze wymieniane maile będą ciekawym uzupełnieniem blogowych zapisków.

Ochy-Achy – dla Kaś, z serdecznymi życzeniami zdrowia, aby niestrudzenie prowadziła swój optymistyczny blog, tfu! Co ja mówię? Dwa blogi! Prywatny i hobbystyczny (oczywiście znów książkowy).

Dodatkowo dla:

Judytty i Gusiooka – za ciekawą znajomość blogową i poza-blogową, interesujące rozmowy, telefoniczne i internetowe, wspólne pasje. Jesteście super!

Ostatnio pojawiło się w moich zakładkach kilka nowych internetowych pamiętników, dodanych nieprzypadkowo, skrupulatnie wyłowionych wśród tysięcy metodami chemiczno-fizyczno-matematyczno-mechanicznymi (zasady doboru są słodką tajemnicą kota w butach). Kto wie komu za rok przypadnie ten zaszczytny (a jakże!) tytuł Kreativ Blogger Kota w butach??

Pozdrawiam ciepło wszystkich, którzy niezrażeni moją odsłaniającą wszystko spowiedzią zapragną odwiedzić mnie ponownie;-)

20:07, kot_w_butach84 , kot myśliciel
Link Komentarze (8) »
czwartek, 20 stycznia 2011
Myśli zgoła nie zimowe ;-)

Myślę, że powoli zbliżamy się do półmetka zimy. Szarość za oknem nie jest już tak nieprzenikniona. Jeszcze nieśmiało, ale jednak, jeżdżę palcem po mapie wyznaczając trasy wycieczek: pieszych i rowerowych. Sprawdzam połączenia, promocje, noclegi i czekam na wiosnę, żeby wyskoczyć gdzieś za miasto, może do innego kraju. Jeszcze tylko kilka razy się sprężę i zamknę semestr. Nie będę odkrywcza gdy powiem, że „nie wiem kiedy to minęło”. Mimo, że był to okres obfitujący w życiu prywatnym w wiele ciężkich chwil to właśnie te studia były dla mnie celem, bo ja bez celu nie umiem. Taki ze mnie pracowity leniwiec haha.

I nawet się nie spodziewałam, bo przecież nie po to tam poszłam, ale na studiach poznałam całkiem do rzeczy ludzi. Grupa zgrana, przyjemnie mi się z nimi spotyka. Zbiór różnych ludzi i różnych osobowości. Trochę panikarzy, takich którzy „nigdy nie umieją”, którym zawsze „poszło źle” ale nie wiedzieć czemu dostają dobre i bardzo dobre oceny. Hehe. Na razie pomoc koleżanka kwitnie, w mojej poprzedniej grupie był to towar deficytowy, walka szczurów nie zakłada robienia przysług. Kilku „rozśmieszaczy” z bardziej lub mniej trafionymi żartami (spokojnie, wyrobią się). Rozsądny starosta. Zdecydowanie męskie towarzystwo, co jak dla mnie jest zdrowsze niż nagromadzenie jajników.

Czas pokarze co będzie, ale jestem zadowolona z decyzji o podjęciu studiów. Bo tak jak mam napisane na głównej stronie mojego bloga „Za 20 lat bardziej będziesz żałował tego czego nie zrobiłeś, niż tego co zrobiłeś” i tego się będę trzymać.  Czego i Wam życzę.

A teraz pochwalę się, to jedno (moim zdaniem) z moich bardziej udanych zdjęć. Miejsce akcji: Genua, czas: słoneczny, piękny włoski wrzesień :-)

17:40, kot_w_butach84 , kot myśliciel
Link Komentarze (7) »
piątek, 26 listopada 2010
Ortograficzna perełka

Wprost nie mogę się oprzeć, żeby Wam tego nie pokazać. Na swoje statystyki nie wchodzę zbyt często. Oczywiście miło mi, że ktoś do mnie zagląda od czasu do czasu, ale nie śledzę codziennie liczby wejść i haseł po jakich ktoś mnie znajduje w internetowym śmietniku.

A dziś proszę  Państwa znalazłam perełkę. Niejednej polonistce opadły by witki, szczęka i wszystko co opaść może na widok takiego cudeńka.

Ta-dam!

baika zwionzani w kinie

:-)

Kot w butach, choć z ortografią na bakier, takich rodzynek nie pisze (tzn mam nadzieje, bo w Internecie zawsze poprawia mnie word a na podstawie moich notatek z wykładów nauczycielka mogłaby poprowadzić niejedną lekcję o błędach ortograficznych, stylistycznych, Interpunkcyjnych i jakie tam jeszcze są).

W związku z piękną pogodą postanowiłam umyć okna co by trochę światła do mieszkania wpadało.

Przed nami weekend i Andrzejki, jak tam Wasze plany? Pozdrawiam ciepło i biorę się do pracy!

14:42, kot_w_butach84 , kot myśliciel
Link Komentarze (12) »
piątek, 05 listopada 2010
Mydło i powidło

Naszukałam się jak głupia w instrukcjach do bloxa jak publikować filmy z youtube. Pomijam fakt, że już kiedyś też tego szukałam, znalazłam i znów zapomniałam. Może Was rozśmieszy fakt, ale przygotowałam sobie kiedyś plik gdzie znajdę programy potrzebne mi na wypadek nieplanowanego formatu dysku. W pliku tym mam wypisane po kolei programy z których zwykle korzystam, które zainstalować bezwzględnie muszę. Jak to zwykle z nieplanowanymi formatami dysku bywa - są nieplanowane, powodują palpitację serca i gorączkowe myśli, czy wszystko co powinnam mam zapisane gdzieś w kopii zapasowej (zwykle nie). Każdego razu obiecuję sobie solennie poprawę, i tak do kolejnego format…

Jeszcze jakiś czas temu obiecywałam sobie, że to wszystko ogarnę, zacznę chodzić wcześniej spać, pić mniej kawy, mieć porządek (haha), nie spóźniać się. Teraz stanęłam z prawdą twarzą w twarz – nie ma szans.

Ale nie wywołujmy wilka z lasu! Komputerek działa. Co prawda część mojej rodziny dziwi się jak mój komputer może działać tak wolno przy tak dobrym procesorze, ale i tego przyczynę znam: permanentny bajzel: na pulpicie, w plikach a liczba automatycznie otwieranych programów też nie pomaga „śmigaczowi”.

Ale nie o tym miałam pisać, tylko o przyjaźni. „Trochę” zboczyłam z tematu.

Ostatnio cierpię na brak czasu. Wiadomo, bez pracy nie ma kołaczy i takie tam ;-) Zmęczenie, zasypianie nad książką w autobusie, na siedząco i stojąco. Obowiązki i listy z rzeczami „have to do”.

W pewnym momencie nadchodzi taki czas kiedy żywcem nie ma szans na pogodzenie wszystkiego, z czegoś zrezygnować trzeba. Pod lupę biorę wszystkie aspekty życia: prywatnego i zawodowego. Ponieważ nie wymyślono jeszcze bilokacji, a przynajmniej nie jest ono dostępne dla zwykłego śmiertelnika, trzeba stanąć przed decyzją co jest ważne, a co nie, w które rzeczy, osoby warto inwestować a w które nie.  I myślę sobie, że to wcale nie tak źle, że muszę tę decyzję podjąć, bo może wreszcie uda mi się uporządkować pewne relacje, spojrzeć na niektóre z nich krytycznym okiem, ocenić, które idą do przodu, a które kuleją już od dawna lub umarły śmiercią naturalną i nie wchodzi w rachubę żadna reanimacja.  Jasne, że będzie żal. Sądzę, że niektóre znajomości potrzebne są nam tylko na chwile, coś nam mają dać, coś uświadomić, te złe – przestrzec na przyszłość czego unikać, te lepsze coś dać, nauczyć. Ale w końcu muszą zostać zerwane. Świat nie lubi pustki. Już nieraz przekonałam się, że gdy znika jedna osoba na jej miejsce pojawia się nowa. Może czas zerwać krępujące nieraz, nic niedające znajomości? Zjadaczy czasu i energii? A nadwyżkę tego poświęcić choćby na spacer z Futrzakiem? :-) Na pewno zdrowiej i dla mnie i dla niego. Albo popijanie aromatycznej herbatki i czytanie książki?

Z zakamarków szafek wyciągnęłam dziś herbatę. Śmieję się, że chyba nikt nie wie co tam mogę jeszcze znaleźć. Tak więc, herbata datę ważności o dziwo miała dobrą i rosyjskie napisy na wszystkich instrukcjach co znajduje się w środku. Znajomość ukraińskiego alfabetu pomogła mi odczytać, że oto stałam się właścicielką (poniekąd od pewnego czasu, kto wie od jakiego, już nią byłam) herbaty zielonej wzbogaconej płatkami róż :-)

Czas spać. Jutro pójdę wcześniej spać… Albo pojutrze;-)

01:02, kot_w_butach84 , kot myśliciel
Link Komentarze (2) »
piątek, 22 października 2010
Konfrontacja ze wspomnieniami

Pamiętacie mój tekst o mocy przyjaźni, TEN oto? Minął rok wymieniania się mailami. Dużo zmian, jak to zwykle u mnie. Spotkanie. Wielka niepewność, czy czas nie zmienił relacji między nami? Czasami pewne rzeczy powinny zostać wspomnieniami, ponieważ próba powtórzenia czegoś staje się typowym odgrzanym kotletem. Tego się bałam.

Czas był dla nas łaskawy. Nie zabrał nic z uroku tej przyjaźni. A raczej dodał. Moje i jej doświadczenie, jeszcze większą radość i zrozumienie, że to co nas spotyka nie jest zwyczajne, że ludzie zwykle nie są dla siebie dobrzy, ale, że nam się udało. Były uściski, łzy (mam oczy w pobliżu jakiś torfowisk chyba) i kolejne ochy i achy nad „językiem przyjaźni”, naszym dziwnym alfabetem, który w takie zdumienie wprowadza moją rodzinę :-) Dużo słów, pośpieszna nauka kolejnych słów ukraińskich. Po pewnym czasie tam nam się to wszystko pomieszało, że ani ja nie byłam pewna czy to co mówię, to jeszcze polski, ani czy ona wciąż speaks Ukrainian.

Mamy czas do wtorku, to będą intensywne dni. Jak pokazać miasto w którym się wychowałam w cztery dni? Postawiłam na odwiedzenie miejsc ważnych dla mnie. Łatwiej potem będzie opowiadać co u mnie, to będzie bardziej plastyczne. Atrakcje turystyczne przy okazji. Ciąg dalszy przecież nastąpi;-) Naszej trasy nie znajdziecie w przewodniku turystycznym.

Ostatni czas obfitował u mnie w udane relacje a kobietami. To temat dość często poruszany przez moje blogowe koleżanki. Chyba, każda z nas podświadomie zdaje sobie sprawę, jak ważna dla kobiety jest druga kobieta. Choć K jest moim najlepszym przyjacielem i widziałam, że robi wszystko, żebym nie odczuwała braku przyjaciółki, a ja robiłam dobrą minę do złej gry zganiając wszystko na moje niezrozumienie kobiecej skomplikowanej psychiki, to było dla nas jasne, że kogoś mi brak.

Jak nie ma to nie ma, a jak już sypnęło to po całości ;-) Wkroczyłam w świat dla mnie nieznany. Pojawiły się kobiety, cholernie mądre babki, nietuzinkowe, jedyne w swoim rodzaju. A cierpliwy K odsapnął, licząc w duchu na to, że nie będzie musiał ze mną tak często latać na zakupy ;-)

20:59, kot_w_butach84 , kot myśliciel
Link Komentarze (7) »
środa, 06 października 2010
Wiekowe rozterki

Moja kolejne studia wywołały dość burzliwe debaty wśród bliższych i dalszych mi osób. Nie mogę powiedzieć, że każdy przyklasnął im radośnie. Nie spodziewałam się tego. Zdawało mi się, że w tak tych czasach nie ma miejsca na to co powinno się robić a o czego robić już nie wypada w takim wieku. Na przekór wszystkiemu nie chciałam tłumaczyć malkontentom powodu mojego późnego studiowania. Generalnie nie lubię się tłumaczyć. Dla niektórych wiek 26 lat, jest aż tak zaawansowany, że fanaberie typu inwestycja we własną edukację są co najmniej niedorzeczne. Przekonywanie takich osób mijałoby się z celem, po za tym myślę, że osoby naprawdę mi bliskie rozumieją motywy mojego postępowania.  Rodzice są bardzo zadowoleni, K i przyjaciele też.

Teraz nie pozostaje mi nic innego tylko wziąć się porządnie do pracy, zrealizować wyznaczone cele (bo ich lista jest dość pokaźna).

To najlepszy moment na sprzątanie :-)

Nowa pora roku, prawdopodobnie  jesień, ale spodziewać się można wszystkiego (uwaga drogowcy!) i nie zdziwi mnie jak obudzę się następnego dnia, wyjrzę za okno i zobaczę śnieg.

Jak  tu wchodzić w to „nowe” z takim bałaganem w mieszkaniu?? Przychodzi taki czas, że nawet największy leń (tak, kot w butach leniem jest), musi wziąść się za sprzątanie.

Aby dodać sobie siły, zrobiłam świeży sok z marchewki i jabłka z sokowirówki. Nastawiłam trzecie pranie, bardzo lubię zapach wypranych firanek. Na mycie okien za późno, ale inne zajęcia można wykonać jeszcze dziś. Pies się zrzuca na potęgę. Zupełnie przestawiły mu się pory roku, latem przy największych upałach nie gubił ani jednego włoska. Paradował w zimowym futrze jak czubek. Teraz gdy jest zdecydowanie chłodniej, psia sierść wypada garściami. Kilka dni i dywanu próżno szukać na podłodze. Gdybym nie wiedziała, gdzie go mam to nie zauważyłabym go pod warstwą psich kłaków.

Czas przeglądnąć notatki z poprzednich studiów. Te które mogą się jeszcze na coś przydać na obecnym kierunku zostawić na wierzchu a resztę, przez sentyment, schować do pudeł i zrobić miejsce nowym zeszytom:-)

Zmiany zmotywowały mnie do wybrania się na zakupy. I tak od kilku dni latamy jak kot z pęcherzem, ja i mój dzielny K. Załatwiamy zaległe sprawy, latamy po sklepach, owocem shoppingu są: woda toaletowa BARDZO kobieca i zachęcająca (K wybierał :-)), miód słonecznikowy (jestem fanką miodów, a tego jeszcze nie próbowałam), bułgarski, pachnie cudnie, dziś będzie degustacja, przewodnik o ziołach kupiony promocyjnie. Dodatkowo upatrzyłam sobie buty  na jesień, mój rozmiar wyszedł im ze sklepu, ale mają zamówić. Są przecudnej urody. Przecudnie (czytaj dużo) kosztują, ale myślę, że się szarpnę.

Dobrze, dość pitolenia, wiecie co u mnie. O Włoszech następnym razem, teraz tylko na smaczek wrzucę kilka zdjęć.

Dobrego wieczoru dla Was - pozdrawia kot w butach, w niecodziennej dla niego sytuacji – sprzątając.

Genua (Genova):

 

21:00, kot_w_butach84 , kot myśliciel
Link Komentarze (14) »
wtorek, 14 września 2010
Studenckie gotowanie

Miejsce akcji: krakowski autobus marki „rzęch”. Godzina: późno-wieczorna. Kot w butach wraca do domu po odsiedzeniu swojego w poczekalni do lekarza. Na miejsca siada, jak się później okazuje, dwóch studentów. Drugi z akcentem sanocko-krośnieńskim (stamtąd pochodziła połowa grupy kota, więc jest ekspertem).

Pierwszy: - słuchaj jadłem dziś dobry obiad: makaron z jogurtem.

Drugi: a to muszę spróbować. Ja polecam makaron z jajecznicą. Sycący bardzo

Pierwszy: A to ciekawe… A może by tak ziemniaczki wkroić??  - zastanawia się, a kot w butach słucha dalej:

Drugi: Ty się w Pascala nie baw! Dodaj zioła prowansalskie i będzie ok.

 

Za moich czasów się takich rzeczy na obiad nie jadało. Raz czytałam o studentach, którzy podczas imprezy przepili praktycznie całe miesięczne utrzymanie w wyniku czego stać ich było tylko na kupno kisielu. I tak przez prawie miesiąc wcinali ten kisiel a gdy byli głodni to szli spać, żeby ten głód jakoś przespać.

Pozdrawiam i do poczytania! Dobrej nocy dla Was :-)

22:11, kot_w_butach84 , kot myśliciel
Link Komentarze (7) »
środa, 25 sierpnia 2010
Podglądam

Jechałam wczoraj autobusem. Z pokaźnej torebki (coraz większe kupuję, aż strach pomyśleć jak będzie wyglądać torebka przyszłości) wyjęłam książkę. Zatopiłam się w lekturze ale kątem oka zauważyłam jak mężczyzna, który jechał obok mnie ćwiczył autobusowe wygibasy. Robił absolutnie wszystko aby dojrzeć co czytam. Wyglądało to przekomicznie! Wykręcał głowę, schylał się, a gdy przyłapałam go na tym udawał, że widzi coś ciekawego w oknie. Zamknęłam książkę, pozwoliłam w spokoju przeczytać tytuł i przy okazji uświadomiłam sobie jak komicznie wyglądam ja, która takie ewolucje odstawia zawsze gdy widzę zatopionego w lekturze mola książkowego.

Też Wam się zdarza zaglądać komuś przez ramię, podglądać co czyta i na której jest stronie?

Każdy dzień jest dobry na czytanie. Ale rzadko jest taki dzień jak dziś, gdy niebo nad Krakowem jest po prostu przecudnej urody. Jechaliśmy do Olkusza z nosami przyklejonymi do szyby busa. Spektakl na niebie był niesamowity! Coś pięknego, niestety nie miałam aparatu i to był jeden z niewielu momentów, kiedy żałowałam, że aparat w mojej komórce nie ma więcej pikseli. Chmury przypominały rozlany na niebie aksamit a kawałek (nie taki kawałek) dalej równiutko utkaną dzianinę. Gdy wracaliśmy caluśkie niebo usłane było równomiernie „poukładanymi” cumulusami. Precyzja cieszy inżyniera! Haha. Nic tylko położyć się na łące i oglądać ten podniebny obraz :-)

Altocumulus

Chmury wyglądały mniej-więcej tak. A zdjęcia pochodzi ze strony: http://dailysky.yakohl.com/

20:51, kot_w_butach84 , kot myśliciel
Link Komentarze (14) »
sobota, 07 sierpnia 2010
O zi buna - dobrego dnia po rumunsku

Pozdrowienia z upalnego, na razie burzowego i slonecznego naprzemian Cluj-Napoca w Rumunii :-)

Jutro jedziemy do Sibiu w gory. Opuszczamy centrum Transylwanii. Jest pieknie, spotykamy wielu ciekawych ludzi, odpoczywamy (kiedy mamy czas haha) i duzo rozmawiamy z naszymi hostami (z hospitality club).

Pogode zapowiadaja super i naprawde mam nadzieje ze tym razem pogoda nie klamie;-))

Dobrego dnia!

o zi buna!! :-))

17:51, kot_w_butach84 , kot myśliciel
Link Komentarze (10) »
piątek, 30 lipca 2010
Mam i ja! :-)

Dzisiejszy dzień obfitował w chwile emocji. Ale był przede wszystkim czasem gdy wszystko krzyczało we mnie „uff!”. Nie pisałam wcześniej, bo do końca nie byłam pewna, czy to prawda, ale dziś WRESZCIE miałam obronę. Od dziś jestem mgr inż. Przyznam, że egzamin na prawo jazdy był dużo bardziej stresujący.

I dopiero po kilku godzinach pociekły łzy ulgi. Że to już za mną. Bo było ciężko. Ale się skończyło :-)

Najprzyjemniejsze było moje zaskoczenie gdy wyszłam z sali a na zewnątrz czekali moi przyjaciele. Dostałam nawet kwiaty! Ta świadomość, że jestem otoczona kokonem przyjaźni, że ktoś trzymał kciuki. Kto mógł to przyjechał, inni dzwonili, pisali. Chyba się starzeję bo coraz bardziej doceniam takie gesty.

A wieczorem siedmio-godzinne spotkanie z przyjaciółką. Gdyby nie zmęczenie, które dało o sobie znać gdy napięcie opadło, siedziałybyśmy pewnie drugie tyle. Bo co jak co, ale takim dwóm gadułom jak nam tematów nie brakuje:-)

A teraz czas do spania – zadanie wykonane!

00:31, kot_w_butach84 , kot myśliciel
Link Komentarze (28) »
piątek, 23 lipca 2010
Śmieszne ogłoszenia - część kolejna

I mój stały punkt programu: śmieszne ogłoszenia.

Ciekawe:

Jesli masz proste włosy do ramion co najmniej to się odezwij.Chce zrobić komuś murzyńskie warkoczyki.

Typowe:

umiem leżeć na kanapie, oglądać mecze,pić piwo, strzelać fochy, zanudzać, opowiadać szowinistyczne kawały, bałaganić.
chętnie się podzielę:D
co dostanę w zamian?

Niebanalne:

Ważna sprawa. Chce opanować sztukę rzucania "kaczek". Preferowane miejsce: Wisła (rzeka:)), czas: do uzgodnienia,  preferowany nauczyciel: chłopak, który zdoła nauczyć mnie co najmniej potrójnego odbicia kamyczka, z dużym zapasem cierpliwości (i ma się ze mnie nie śmiać!:)). Co w zamian? Spacer w miłym towarzystwie, wytrwałość, nauka rysowania na piasku na plaży krakowskiej , niech będzie, wystawie też rekomendację:). O mnie: ona 19.

Hahaha:

zamienie kompletny plan napadu na bank a porsche 911 lub ładna dziewczyne

20:42, kot_w_butach84 , kot myśliciel
Link Komentarze (8) »
wtorek, 13 lipca 2010
Good news :-)

Wstałam skoro świt. Godzina 4 rano patrzę na zegarek, ok. mam jeszcze godzinę – myślę i momentalnie zasypiam. Sekundę później, uwierzcie! Sekundę – godzina 5 rano. Zegarek dzwoni – kot w butach, zbieraj wszystkie cztery łapy i pędź na egzamin na… prawo jazdy!!

Denerwowałam się jak cholera, to moje drugie podejście, nie pisałam o tym tu, bo w sumie chwalić się nie ma czym. Nie zdałam za pierwszym razem. Najbardziej zawstydzające byłoby nie wyjechanie z placu manewrowego. No dobra, totalną żenadą byłoby pisanie jeszcze raz teorii. Teorię zdałam za pierwszym razem bez błędów (strzelałam w 4 pytaniach, widać celnie;-)) więc „tylko” jazda została.

Wylosowałam pokazanie oleju silnikowego i światła awaryjne – łatwizna! Później łuk, ok, ruszanie z miejsca, gra. Jedziemy na miasto.

Wybierając godzinę 6.15 (rano) miałam plan. Plan był następujący: Nie, nie chciałam się nad sobą poznęcać. Wymyśliłam, że o tej godzinie nie będzie dużego ruchu, więc przejeżdżając przez skrzyżowania z nakazami ustępowania pierwszeństwa czy innymi „głupotami” będę miał pierwszeństwo w każdym wypadku bo nikogo innego na tym skrzyżowaniu nie będzie. Hahaha. Proste :-)

No niestety na drogach nie było aż tak pusto. Przyznam, jechałam jak łoś. Ostatnia łajza, wyprzedzali mnie piesi nieomalże, ale powoli zaliczałam kolejne punkty programu. Zawracanie (nie znoszę), parkowanie (jeszcze gorsze), rondo (Grzegórzeckie), drogi jednokierunkowe. Mam problemy z ograniczeniami prędkości, zwyczajnie ich nie widzę, więc na wszelki wypadek jechałam mniej niż 50 km/h wszędzie. Wyjątek gdzieś na jakiś uliczkach wąskich gdzie było do 30 ograniczenie i na szczęście dojrzałam to.

I jadę sobie tak jadę. Łydki mi się ze zdenerwowania trzęsą, no bo widzę przecież, że już na Koszykarską (tam jest Ośrodek Kierowców) jedziemy więc zawalić teraz to trochę łyso.

Nagle na mojej drodze pojawia się skrzyżowanie (nie tak nagle, bo patrząc po jakości asfaltu wybudowane zostało jakieś tysiąc lat temu), wieeeelkie, po dwa pasy w każdą stronę, przedzielone pasem zieleni, a ja mam skręcić w lewo. Wiadomo trzeba wjechać na środek i czekać aż tamci z naprzeciwka co jadą przejadą prosto. No i czekam, zdenerwowana jak fiks. Mokra jak norka. Stoimy, jedne światła, drugie, trzecie. Powoli dojeżdżam do punktu zero – czyli miejsca gdzie będę musiała zdecydować gdzie na tym środku skrzyżowania stanąć, czy w ogóle w tej turze się na niego pakować. Ryzykuję, wjeżdżam, pan nie krzyczy, jadę dalej, „na pewniaka”, gość ziewa, niewyspany, nieświadom ogromnych emocji targających serduszkiem kota w butach. Jedziemy. Pozwalam sobie na 4 bieg, niech gość nie myśli że nie umiem. Dojeżdżamy (pominę silnik który zgasł na kolejnych światłach bo chciałam ruszać z dwójki). Zdane. Kolejny zdany egzamin

Dlaczego kolejny? (nie śpicie jeszcze?) ano kolejny bo wczoraj dowiedziałam się, że dostałam się na studia. Kolejne. Wiem, trochę stara jestem, ale próbuję, znów od zera (co prawda dziekan mówił, że mogę dostać indywidualny tok nauczania, że mi przepiszą przedmioty z poprzednich studiów), ale jednak znów na dziennych. Wiele niepewności, czy dobrze robię. Postanowiłam dać sobie jeszcze jedną szansę, skończyć kolejne inżynierskie studia i jeśli i wtedy nie znajdę pracy w zawodzie – poddam się. Ale na razie walczę :-)

------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Tak na koniec:

Hahaha

Godzina 17, wczoraj. Kot w butach twardo tłumaczy zawiłości chemicznych reakcji. Uczennica siedzi, skrzętnie notuje. Pełne skupienie.

Godzina 17.05 ktoś puka. Kogo licho niesie? Otwieram. Stoi dziewczyna i mówi:

- Dzień dobry, ja na lekcje, dobrze trafiłam? – mówi moja druga uczennica

Widok mojej miny? Bezcenny. Koniec końców uczymy się we trójkę. Kot w butach cały w przeprosinach za nierozgarnięcie.

Ja się kiedyś zgubię. Sama ;-)

śpię sobie ;-)

20:57, kot_w_butach84 , kot myśliciel
Link Komentarze (22) »
Słowa kluczowe - część kolejna

W blogowym świecie sezon ogórkowy. Nawet słowa kluczowe jakieś takie poprawne, zresztą sami zobaczcie:

Słowo daję, nie mam pojęcia: ulica chreszczatyk jak dotrzec

zagadkowo: mężczyżni w stopkach i kasztelania żarnowska

i  standardowo: aborygenki nago

sympatycznie: "cześć kocie"

mokre połączenie: wędrówka plecak buty deszcz

bez komentarza: dziewczyny parking niepołomice

średnio polecam: dojazd do dżembronii autem

trochę nie po drodze: krym weekend w bieszczadach blog

nie znam: "daniela radziejewskiego" metodyk

kociokwik: 12345 kot z zamku

dlaczego podobalo mi sie przedstawienie kot w butach - no właśnie? Dlaczego?

16:16, kot_w_butach84 , kot myśliciel
Link Komentarze (6) »
piątek, 02 lipca 2010
nasza klasa

Jak zwykle jestem niepoinformowana. To nie nowość, ale tym razem nie dowiedziałam się o czymś co dotyczy także i mnie. Nie oglądam telewizji (bo wybory, a ja już nie mogę słuchać ciągle na ten sam temat) i nie czytam wiadomości na www.

Siostra K i moja znajoma wyjaśniły mi co przez przypadek, nieuwagę zaakceptowałam na naszej klasie. Wczytałam się w nowy regulamin i postanowiłam go cofnąć. Odszukałam tą opcję w Zaawansowanych i rzeczywiście mogłam zrezygnować z tych spornych paragrafów i wtedy zostałam poinformowana, że jeśli to zrobię to usuną mi konto na naszej klasie.

Było mi strasznie przykro, bo zaglądałam na tą stronę, umieszczałam zdjęcia, przeglądałam zdjęcia innych i myślałam, że to wszystko jest bezpieczne! Nie wpadło mi do głowy, że ktoś będzie chciał wykorzystywać moje zdjęcia do celów marketingowych, umieszczać je w Internecie (ja swoje miałam zablokowane tylko dla znajomych). Zrobiło mi się również przykro, ponieważ czytałam kiedyś wywiad z założycielami nk i oni fajnie opowiadali o tym jak stworzyli tą firmę z własnych marzeń i pomysłów. Zaczęli od zera. Byłam dumna, popierałam pomysły młodych ludzi. Nasza klasa nie była idealna ale pomagała w kontakcie gdy znajoma była w Anglii a ja na Ukrainie. A teraz takie coś..

Wiem, że to tylko kilka zdjęć, ale czuję się oszukana, bo oni tak po prostu ze mnie zrezygnowali.

00:05, kot_w_butach84 , kot myśliciel
Link Komentarze (32) »
 
1 , 2 , 3 , 4