Za 20 lat bardziej będziesz żałował tego czego nie zrobiłeś, niż tego co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj. Śnij. Odkrywaj.
wtorek, 10 lipca 2012
Kot leci do Azji

Ostatnia noc przed wylotem, kot w butach leci do Azji a konkretnie do Macao. Gdy kilka miesięcy wcześniej koci znawca mapy dostał propozycje tego egzotycznego wyjazdu pomyślał: okolice Arabii Saudyjskiej? Może być. Dopiero po przestudiowaniu Google.pl odkrył, że Macao znajduje się naprzeciw Hong Kongu i jest byłą kolonią portugalska. Rodzina Futerkowca nie była bardzo zaskoczona, wiedziała, że zdesperowany kot szuka możliwości zdobycia doświadczenia zawodowego. I choć wydatki na egzotyczną wyprawę podwoiły się w stosunku do założonych, choć całość wymagała wielkich przygotowań, wielu mailu wymienionych z pracodawca, różnymi organizacjami i prywatnymi osobami, to koci odkrywca nie żałuje (jak na razie).

Jutro wielki dzień. Lot do Moskwy, skąd kolejnym samolotem bojący się latania koteczek uda się do Hong Kongu żeby tam wsiąść na mam-nadzieję stabilny prom-statek. Karkołomna wyprawa, wiele godzin zdecydowanie-za-wysoko nad ziemią.

Mam nadzieję, że warto, że będzie to ciekawa przygoda, nie napiszę, że życia bo brzmi to tak jakby już nic ciekawszego miało mnie nie spotkać. Mam wiele oczekiwań, obaw, wszystko w miarę możliwości opiszę.

Dbajcie o siebie i trzymajcie kciuki.

Kot wyrusza na podbój Azji.

Bye bye ;-)

wtorek, 26 czerwca 2012
Weselne przygody

Na wesele brata mojego K szykowaliśmy się od dawna, sądząc, ze zawczasu zaczęte przygotowania udaremnią dziwne niespodzianki. Nic bardziej mylnego. Zeszła sobota była dla nas dniem świra, czuliśmy się jak w komedii z Jasiem Fasolą (to jedne z niewielu komedii które mnie śmieszą). Znajomi, którzy również wybierali się na wesele zapowiedzieli swoje przybycie (stwierdziliśmy że branie naszego Kubusia na wesele może zaskutkować tym, że się na nim w ogóle nie pojawimy) po nas na 10.30. Mówiąc otwarcie – o 10.30 byliśmy w proszku. Jednak nasz chytry plan polegający na maksymalnym wydłużeniu czasu spania i zminimalizowaniu czasu potrzebnego na przygotowania zakładał wersję awaryjna czyli makijaż, układanie włosów, nakładanie lakieru na wszystkie kocie pazurki - w aucie. Pasażerowie pociągów, którymi koci pracownik zeszłego roku często jeździł do Opola nieraz widzieli podobne akrobacje. Dzień przed weselem, czyli na ostatnią chwile, wybrałam się do sklepu w poszukiwaniu weny odnośnie sposoby podkreślenia kocich oczek i pazurków. Pani makijażystka była bardzo zaskoczona kocią ignorancją odnośnie dobierania koloru paznokci do koloru sukienki i butów (dobrze, że nie widziała torebki, kot w butach nie posiada torebek kopertówek z prostej przyczyny – są one stanowczo za małe. Wszystkie torebki – sztuk jedna – są ogromne, mogą spokojnie służyć za walizkę na tydzień urlopu w kraju o zmiennej pogodzie). Dowiedziałam się, że malowania paznokci lakierem dokładnie w odcieniu sukienki i butów (po 15 minutach udało się ustalić, że jest to czerwień z domieszką różu) jest absolutnie niedopuszczalne. To towarzyskie „fo pa”,  które dumny ze swoich pomysłów koci weselnik chciał popełnić było zamachem na zwyczaje weselno-odzieżowe. Po kolejnej pół godzinie spędzonej w sklepie (w tym czasie K zdążył dwa razy zadzwonić z pytaniem czy wszystko ok.) kot w butach wyszedł z domalowanymi brwiami (pani była oburzona że kot w butach, który dość dumny jest ze swoich ciemnych rzęs i brwi nigdy ich nie maluje - specjalną kredką do brwi – kredka do oczu jest niedopuszczalna!!), lakierem o ton ciemniejszym niż sukienka (w domu okazało się, że jednak źle opisałam kolor sukni i lakier jest dokładnie IDEALNIE w odcieniu kociego wdzianka – no ale tego pani makijażystka nie widzi), 3trój barwnymi cieniami do powiek – i zwyczajna czarną kredką.

Gdy o 10.40 nie było naszych znajomych kot w butach wpadł na pomysł że dość dawno nie regulował brwi, oczywiście pensetke dzieli wzięli i K pognał w poszukiwaniu produktu pierwszej potrzeby. W tym czasie dość wolno (przyznam) zbierałam się do makijażu oczy. Jako, ze jechaliśmy aż za Leżajsk planowo ubraliśmy się w stroje wycieczkowe – szorty i koszulki a weselne łaszki zapakowaliśmy do plecaka. O 11.15 zaczęliśmy się już niepokoić, kot w butach z wrażenia wymalował oczy i paznokcie, wyregulował brwi, nałożył nawet lekki róż na policzki (który gdzieś w okolicach Tarnowa dawno spadł). O 11.20 przyjechali znajomi tłumacząc się przepraszająco, że dziecko nie dało się ubrać. Dziewczynka rozbrajającym tonem stwierdziła do nowej cioci – czyli mnie – że była niegrzeczna i ma karę. Była zachwycona z informacji i dumna z poświęconej jej uwagi. Pognaliśmy z włączonym CB radiem (unikaliśmy „Misiaczków”) w kierunku Leżajska. GPS wyznaczył drogę jakimiś objazdami, kilka razu utknęliśmy w korku, raz nawet jechaliśmy orszakiem weselnym mając nadzieję, że to nie ten którym powinniśmy jechać PO Mszy. Całe 3 godziny na przemian karmiłam, poiłam i odpowiadałam na pytania ślicznej trzylatki znajdując w sobie pokłady cierpliwości o które się nie podejrzewałam. W sytuacjach kryzysowych przypominających komedię zwykle mam świetny humor i tu też pod koniec drogi z żoną naszego kierowcy dosłownie płakałyśmy ze śmiechu. Gdy o 14.40 przejeżdżaliśmy pod kościołem w którym zaraz miał odbyć się TO ślub, widzieliśmy siostrę wysiadająca z auta wiedzieliśmy że jest ciutkę późno, nie mieliśmy wyboru, musieliśmy jechać dalej do hotelu przebrać się z króciutkich spodenek i ta samą drogą wrócić. Suma summarum na ślub dotarliśmy z 40 minutowym poślizgiem zdążając akurat na „przekażcie sobie znak pokoju”. Chwilę potem obdzierana ze skóry solistka zawyła Ave Maryyyyyja i ślub się skończył. Wsiedliśmy w autka i po raz drugi udaliśmy się do hotelu składać życzenia (jak zwykle brakło nam pomysłu co powiedzieć, a oko kamery przystawione do naszych twarzy nie ułatwiało zadania). Biegiem zjedliśmy obiad bo przecież to nie był jeszcze koniec naszych przygód. Kot w butach kupując sukienkę bez ramiączek nie przewidział, że stanik który obowiązkowo zakłada pod nią nie będzie się trzymał grzecznie pod sukienką. Czarny jak na złość (bo przecież nie miało było go widać) wystawał z każdej strony, zmuszając spoconego jak nieboskie stworzenie kota w butach do opatulenia się ciepłym swetrem. I tak podczas gdy każdy zdejmował co tylko mógł (w granicach rozsądku) kot w butach ubierał co tylko mógł aby koronkową bielizną nie szokować szanownych gości. Gdy tylko Para Młoda odtańczyła pierwszy taniec, co nie stanowiło dla nich problemu jako, że uczęszczali przez kilka lat na lekcje salsy (kot w butach wolał nie wyobrażać sobie swojego „pierwszego tańca”), orkiestra zapowiedziała biały walc kot w butach galopem udał się do pokoju hotelowego wziąść szybki prysznic i przystąpić do części właściwej czyli szycia. Po godzinie, ciągle rwących się nicach, wiedzieliśmy że i to nie pójdzie gładko i planowo. Dopiero potrójne nawlekane nitki stwarzało wrażenie, że misterna konstrukcja nie rozleci się podczas tańca. Gdy dwie godziny po białym walcu wróciliśmy na salę K. i kot w butach zostali przywitani uśmiechami pod nosem. Nic ze słodko bawiących się gości nie przypuszczał, że weselni uciekinierzy w pewnym momencie stwierdzili nawet, że oni to chyba już w ogóle nie przyjdą, bo te nici nigdy nie zszyją czerwonej kreacji.

Ciąg dalszy wesela był bardziej przewidujący, jeszcze jedna wyprawa do pokoju – zmiana potarganych rajstop. W biegu zjadaliśmy przynoszonej potrawy, wypiliśmy masę pysznego winka, przetańczyliśmy kilka tańców i padliśmy. Wesele się zakończyło. Aż strach pomyśleć jak będzie wyglądać nasze.

poniedziałek, 21 maja 2012
Zamek Toszek, Jezioro Pławniowice i Pałac Pławniowice - czyli cudze chwalicie a swego nie znacie.

Mieszkańcy Opolszczyzny wygrali los na loterii – mieszkają w przepięknej okolicy. To oczywiście moje subiektywne zdanie, K który bardzo cieszy się z naszego powrotu do Krakowa żartuje czasem, że jest tam za płasko. Ja byłam zachwycona, rower bez hamulców nie stanowił problemu. W modernizację ścieżek rowerowych wpakowano całą masę pieniędzy, bezkresne połacie lasu są świetnie oznaczone, na licznych skrzyżowaniach cyclo-tras nowiutkie tabliczki informują o możliwościach jakie dla nas przygotowano, są podane kilometry. Trudno się zgubić, trasy wyznaczone są z głową i widać że planowane są następne. Jeśli spędzałabym urlop w Polsce z dużym prawdopodobieństwem wybrałabym tamte rejony.

Osobom zmotoryzowanym polecam dziś trasę ToszekPławniowice jezioroPławniowice Pałac. Terytorialnie jest to już województwo Śląskie, jednak znajduje się o przysłowiowy rzut kamieniem od Opola. Trasy rowerowe akurat w tamtych okolicach są kiepskie (jeszcze) dlatego auto będzie lepszym wyborem.

Zapakowaliśmy kilka śniadań do naszego Kubusia – jak pieszczotliwie nazywamy nasz bolid, sporo wody i wyruszyliśmy. Ja wyposażona z dobrą mapę jak zwykle kierowałam naszą małą ekipą. O dziwo krakowskie rejestracje nie powodowały antagonizmu na drogach, jechało się spokojnie, jakoś kulturalniej niż w Krakowie. Bez problemu dostaliśmy się do Toszka, zaparkowaliśmy nasz środek komunikacji na rynku czujnie sprawdzając czy nie ma jakiś tabliczek zakazujących tego manewru. Fakt że było tam postawionych dwa tuziny innych aut nie uspokajał nas, wiadomo że krakusom najpierw wlepiono by mandat za nieprzepisowe zastawianie parkingu.

Obfotografowaliśmy ryneczek, zjedliśmy litr lodów na które namówił mnie K i ruszyliśmy na podbój zamku. Nie było to zbytnio trudne, nie trzeba było walczyć z tysiącami żołnierzy, przypławiać się przez fosę pełną aligatorów, zamek stał otworem, czekał na turystów. Wejście na dziedziniec nie jest zagrodzone kasą biletową, jedynie możliwość zwiedzania komnat jest płatne, ale z tego co pamiętam są to raczej symboliczne opłaty.  Piękna pogoda tak nas rozleniwiła, że o zwiedzaniu czyjś posprzątanych zapewne pokoi  nie było mowy.

 

 



Ładne odrestaurowane mury były doskonałymi modelami, robienie zdjęć było czystą przyjemnością. Zjedliśmy drugie śniadanie i wyruszyliśmy w dalszą drogę.

Zaparkowaliśmy Kubusia w Niewieszczach obok ośrodków wczasowych.



To dobre miejsce na przestawienie się z czterech kółek na dwie… nogi. Chwilę czasu zajęło nam odgadnięcie co jest „nie tak” z tą tablicą.

 

Zbyt troskliwy grafik umieścił północ na południu a południe na północy tak aby patrząc na mapę „widzieć” u góry to co ma się przed oczami. Ktoś kto to projektował chyba słabo wierzył w iloraz inteligencji turystów. Co ciekawe po drugiej stronie jeziora znaleźliśmy podobną tablicę

znów tak zaplanowaną aby szare komórki rozleniwionych turystów zbytnio się nie przegrzały próbując nie zgubić się w tym labiryncie z JEDNYM jeziorem.

 

 

Kilka osób taplało się w jeziorze, my podziękowaliśmy, mamy ograniczone zaufanie do tego typu zamkniętych zbiorników wodnych. Wybraliśmy relaks na plaży i spacer wzdłuż brzegu. Sprawnie dotarliśmy na drugą stronę jeziora Pławniowickiego i wyruszyliśmy w poszukiwanie pałacu w Pławniowicach. Wystarczyło przejść przez kanał Gliwicki, skręcić w lewo i nogi same poniosły w odpowiednim kierunku. To co zastaliśmy na miejscu przerosło nasze wyobrażenie.



 

 

 

 

Sądzę że to jeden z najpiękniejszych budynków jakie widzieliśmy. Zrobiliśmy chyba sto zdjęć zachwycając się głośno (może odrobinę zbyt głośno, ale stróż pilnujący tej piękności patrzył na nas bardzo przychylnym okiem), spacerując, spacerując, spacerując. Park, mały stawik i oczywiście pałac otoczone są murami które stwarzają wrażenie intymności i odpoczynku. Po raz n-ty cieszyliśmy się, że udało nam się wybrać na tą wycieczkę potwierdzając przysłowie „cudze chwalicie a swego nie znacie”.

Nasza super mapa poinformowała nas, że w Pławniowicach znajduje się jakiś stary, zabytkowy spichlerz. Skrzat  nie bardzo chciał współpracować, mam wrażenie, że bawiły go nasze poszukiwania.

 

Wydaje nam się, że znaleźliśmy, za ewentualną pomyłkę przepraszamy.



Robotnicy budujący coś obok byli dziko zainteresowani naszą małą grupką narwańców robiących zdjęcie dziwnej budowli.  Mój nasycony licznymi thrillerami umysł od razu wyobraził sobie okolice spichlerza gdzieś na planie „Sierocińca” czy innego dreszczowca. 

Chwile jeszcze popląsaliśmy po okolicach chcąc przedłużyć naszą piękną wycieczkę. Wróciliśmy tą samą drogą, nasze autko dzielnie czekało (tylko jakiś desperat - kolekcjoner połasiłby się na Kubusia). Właśnie tego typu sposób spędzania wolnego czasu są dla nas najcenniejsze. Jeśli będziecie w tamtych okolicach polecam spacer „ścieżką kota w butach”. Mnogość atrakcji pozwala odpowiednio do potrzeb zmodyfikować proponowaną przeze mnie trasę.   

 

 

środa, 09 maja 2012
Okolice Krakowa - wyprawa rowerowa szlakiem Dłubni

Proponowaną dziś przeze mnie trasę przebyliśmy 1,5 raza. Za pierwszym razem w połowie drogi wygoniła nas burza, która skradała się, straszyła granatem i pomrukami żeby pod koniec nie przyjść i śmiać się z dwóch rowerowych tchórzy. Za drugim razem aura była wyśmienita, stąd na niektórych zdjęciach widać diametralnie różne warunki pogodowe.

Nasze obie wyprawy zaczynaliśmy o nie typowej dla nas porze bo około południa. I rzeczywiście wystarczy wygospodarować kilka godzin aby tą trasę pokonać. Jako że znaliśmy już te okolice (ja znacznie dokładniej, a K jak zwykle zapomniał że już tam byliśmy, co w jego przypadku jest częste. Czasem śmieję się że moglibyśmy co roku jeździć w to samo miejsce a on i tak czułby się jak odkrywca), nie zatrzymywaliśmy się na długo celem kontemplacji. Wyprawa zaplanowana była na porządne przetrzepanie piórek i zrobienie kilku fotek, właśnie na użytek tego bloga. Takie przyjemne z pożytecznym.

Jeśli uważnie przestudiujemy mapę możemy zwrócić uwagę, ze część trasy prowadzona jest łąkami, ścieżkami wzdłuż Doliny Dłubni, część zaś ulicą. Nie należy się tego obawiać, ruch jest umiarkowany, kilka samochodów raczej przyzwyczajonych do widoku jednośladów potrafiło zachować się stosownie. Zwykle omijam takie spotkania, tu obyło się bezkolizyjnie, spokojnie, słowem – nie przeszkadzaliśmy sobie. Widzieliśmy z daleka – trudno ta trasę pod względem natężenia ruchu porównać z bulwarami wiślanymi gdzie założę się że czasem zdarzają się rowero-korki – rodzinkę z dziećmi.

Kolejnym dużym plusem tej trasy jest jej bliskość, mieszkańcy północnej części Krakowa mogą na nią wyskoczyć w każdym momencie.

Ponadto,  gdy brak stosownej tabliczki lub malunku na drzewie wyznaczających kierunek zwykle można zdać się na zdrowy rozsądek.

Warto wziąć butelkę wody, coś na drugie śniadanie, koc, po drodze spotkamy wiele miejsc, które zachęcać będą do urządzenia pikniku.

Startujemy  w okolicach Stawów w Zesławicach (ul. Morcinka zaraz za Osiedlem Piastów).

 

Mijamy je od strony torów i wjeżdżamy na czerwony szlak,

który poprowadzi nas Doliną Dłubni aż do Więcławic. Przejeżdżamy pod torami i trafiamy na asfaltową drogę wzdłuż pól i domów. Tylko kilka metrów a my już jesteśmy na wsi.

 

Przepraszam mieszkańców okolicznych willi, dla takiego mieszczucha jakim jest kot w butach te tereny są typowo wiejskie. Kawałeczek jedziemy prosto aż trafiamy do skrzyżowania,

które pokonujemy prosto.  Chwilę później jesteśmy pod Kościołem Św. Małgorzaty w Raciborowicach

Możemy tam oglądać ładnie zachowaną dzwonnicę drewnianą oraz kilka tablic informacyjnych, które skrzętnie obfotografowaliśmy obiecując sobie że przeczytamy je na emeryturze. Zgodnie z kilkoma tym razem strzałkami ruszamy na lewo serpentyna

docierając do jazu na rzece Dłubnia.

Niestety, co właśnie wyczytałam na Internecie ominęliśmy drewniany młyn. To dość zagadkowe bo wydaje się to budowla dość sporych rozmiarów. Na pewno to nadrobimy następnym razem.

Jako ciekawostkę dodam że szlak Dłubni nazywany jest Szlakiem Młynów.  Młyny zachowały się w następujących miejscowościach:

- Raciborowice

- Kończyce

- Młodziejowice

- Wilczkowice - dwa

- Iwanowice

- Sieciechowice

- Wysocice

- Małyszyce

- Imbramowice

Jeszcze tylko kawałek i wjeżdżamy w mój ulubiony odcinek trasy – dolinę Dłubni.

 

Jest zielono, czysto, pusto, cicho i relaksująco.

 

 



 

Niespieszenie pokonujemy kolejne kilometry żałując  że nie wzięliśmy koca. K co jakiś czas walczy z moimi hamulcami przy rowerze, a raczej ich braku. Niestety raczej nie uda się ich wskrzesić, naciskanie całą siłą na oba, przedni i tylni powoduje co prawda pewne zwolnienie jednak nawet przy dużej dawce tolerancji trudno nazwać to hamowaniem. Kot w butach ze stoickim spokojem tłumaczy K że w Krakowie jest prawie płasko, hamulce to luksus na który pozwoli sobie za rok, jako że budżet na ten rok został już kilkukrotnie przekroczony. Kolejne czółenka, piękna sukienka są znacznie ważniejsze niż jakieś hamulce, prawda? :-)

Po pewnym czasie wjeżdżamy do malowniczo położonych Książniczek,

przejeżdżamy przez nie aby znów skręcić w drogę wyłożoną kamulcami.



Nie zawsze jest ona komfortowa, czasem zmuszeni byliśmy zsiadać z rowerów i je prowadzić, tym bardziej że było trochę pod górę. To niesamowite, że wciąż przecież niedaleko od Krakowa można znaleźć miejsca w których nie słychać szumu aut, miejskiego hałasu.

W Zdziesławicach znów opony naszych rowerów natrafiają na jakiś bardziej cywilizowany szlak, jedziemy wygodnym asfaltem



podziwiając gust, a raczej anty-gust właścicieli okolicznych domko-willi.  Niektóre z nich aż krzyczą „zburzcie mnie”, ale to może ja mam jakieś spaczone poczuje stylu? Niech każdy mieszka jak lubi – dochodzimy do wniosku mijając wsiowe piękności.

Więcławice Stare pozwalają nam podziwiać drewniane zabytki, kościół Św. Jakuba Apostoła przystrojony w weselne kwiaty czeka na państwo młodych.

Nie jest to może drewniane cudeńko w stylu Ulucza jednak cieszy i oko i nos – niesamowicie wręcz lubię zapach starego drewna.

To nas ostatni przystanek, przed nami droga zielonym szlakiem prosto w objęcia Krakowa.



Sprawnie, bo droga jest pochyła pod korzystnym dla nas kątem (zjeżdżamy a nie wjeżdżamy) w pół godziny dojeżdżamy pod Stawy w Zesławicach.

Odrobinę opaleni, bo stosujemy dość mocne kremy z filtrem, dotlenieni, zdrowo zmęczeni omawiamy kolejną trasę licząc, że aura i wolny czas będą nam sprzyjać.

 

wtorek, 06 marca 2012
Krym: Kercz (Kerch) - twierdza Jenikale

Kolejny pracowity weekend nie był tym czego akurat potrzebowałam. Miało być spaghetti na kolację a był budyń i to na szybko i do spania. Oczy lecą ze zmęczenia, ciało zamiast porannej gimnastyki woła o jeszcze jedną godzinkę snu. Na szczęście zaglądające w okno słoneczko pomaga zacząć nowy dzień. Szklanka wzmacniającej i pierońsko śmierdzącej pokrzywy, kilogramy jabłek, mandarynek, winogron (Kenijskich ale o dziwo nie uczulających) wspomagają odrobinę chorowitego ostatnio kota w butach.

K ochoczo przystał na wyprawę do ulubionej drogerii, panie sprzedawczynie z ciekawością spoglądały na osobliwy obrazek: kota w butach smarującego po wszystkich dostępnych rękach (sztuk 4) kremami i balsamami z testerów, wąchających żele i toniki do mycia twarzy. Co najmniej półgodzinna wizyta zaowocowała kupnem u zagadkowo uśmiechającej się kasierki nowego balsamu i ciekawie pachnącego żelu do mycia twarzy.

Doba wydłużyła się do jakiś 18 godzin „użytkowych”, których wciąż za mało. Czas ucieka jak „kot z pęcherzem” ale myśli znów szybują w kierunku wakacji. I tych przyszłych i zeszłorocznych. Znów ciągnie nas w góry, brakuje szumiącego morza, z tkliwością wspominamy puste plaże morza Azowskiego.

Dziś i dla swojej i Waszej – mam nadzieję – przyjemności chciałabym opowiedzieć o naszych pierwszych dniach na Krymie. Tak więc ponownie przenosimy się do Kerczu

Pierwszej nocy, po naszej karkołomnej przeprawie Polsko-Ukraińskiej padliśmy jak kawki śpiąc jak zabici. Obudziliśmy się o dziwo wcześnie rano wyspani i wypoczęci. Krymskie powietrze wyraźnie nam służyło. Nasi gospodarze zaprosili nas na typowo rosyjskie śniadanie: kaszkę kuskus z bananem – bardzo sycące i smaczne danie. Wyposażyli nas w mapę i wyjaśnili jak dojechać  do twierdzy Jenikale (ukraińskie:  Єні-Кале, ang: Yeni-Kale).

I tutaj chciałabym zatrzymać się odrobinę i opowiedzieć o komunikacji miejskiej Kerczu. Dostanie się w praktycznie każde miejsce w tym czarnomorskim mieście jest bardzo proste. Proste w przypadku choć minimalnej znajomości języka rosyjskiego. Niestety wiele osób nie rozumiało mojego ukraińskiego, szybko zmuszona byłam nauczyć się kilku podstawowych rosyjskich wyrażeń. Daliśmy radę. Zwykle po wpakowaniu się do busa, upewnialiśmy się czy jedzie on w potrzebnym dla nas kierunku, pytaliśmy  współpasażerów o pokazanie nam gdzie powinniśmy wysiąść. Wszyscy byli bardzo pomocni. W Kerczu (i innych miastach również) należy poprosić kierowcę o zatrzymanie się, jeśli tego nie uczynimy kierowca ominie nasz przystanek. Możliwy jest też postój pomiędzy wyznaczonymi miejscami bus stop. Czasami idąc wzdłuż drogi machaliśmy widząc w oddali szaleńczo gnającą marszrutkę, zawsze działało - żółty busik zatrzymywał się z piskiem hamulców niechybnie mieszając jeszcze bardziej zgniecionych w nim ludzi. Podczas podróży jako jedyni z zafascynowaniem patrzyliśmy na kierowcę. Współpasażerów nie dziwiło, równoczesne przyjmowanie zapłaty za podróż, wydawanie reszty, rozmawianie przez komórkę i kierowanie rozpędzoną marszrutką. Wszystko wyglądało sprawnie i po pewnym czasie wyprzedzanie na podwójnej przestało nawet mnie zmuszać do zamykania oczu.

Piękna pogoda, delikatnie słone powietrze zachęcało do przedpołudniowego spaceru. Wysiedliśmy z marszrutki i wolniutko, bez pośpiechu, napawając się wolnym czasem, zatrzymując się na drugie i trzecie tego dnia śniadanie, sprawdzając temperaturę wody w morzu Czarnym dotarliśmy do Jenikale, twierdzy  powstałej w latach 1699–1706, budowanej przez Turków Krymskich. Jak wyczytałam, było to miejsce strategiczne, pierwotnie o znacznie większym, niż aktualnie zachowany, terenie. Sama budowla prezentuje się okazale, spędziliśmy chyba z godzinę robiąc sobie coraz bardziej „pocztówkowe” zdjęcia. Dookoła znajduje się trochę murów, bardziej zaniedbanych, zaśmieconych (co niestety jest domeną wielu zabytków na Krymie).

Bardzo urzekł nas widok który rozpościerał się z brzegu – w oddali widzieliśmy wybrzeże Rosji. Gdybyśmy zawczasu wykupili wizę moglibyśmy udać się statkiem na małą wycieczkę, niestety takie atrakcje musiały poczekać.

Jeśli jeszcze Was nie zachęciłam do Jenikale mam nadzieję, że całą „czarną robotę” zrobią za mnie zdjęcia. Miłego oglądania!

 W drodze...

Tego typu monumenty to częsty widok na Krymie

Pierwsze spotkanie z twierdzą Jenikale :-)

 

Tablica pamiątkowa na murach twierdzy Jenikale

Ruiny "reszty" twierdzy Jenikale

 Widok z góry na twierdzę i morze Czarne

W oddali: wybrzeże Rosji

Witam na Krymie :-)

poniedziałek, 16 stycznia 2012
Wyprawa na Krym

Za oknem zima stanęła na wysokości zadania zasypując śniegiem szare ulice, porozsypywane
śmieci litościwie schowały się pod śniegiem. Jest ładniej. Może zimniej i spacer w taką pogodę wymaga więcej odwagi, to jednak cyklicznie nadchodzące pory roku mają w sobie coś, co uspokaja i sugeruje jakiś sens tego wszystkiego. U mnie kolejne zmiany, niestety rok nie zaczął się dobrze. Przebolałam, trochę poprzeklinałam, zdenerwowanie wybiegałam i przeszło. Wracam do siebie, czego niechybnie objawem są moje coraz szersze wakacyjne plany. I właśnie o wakacjach chciałam dziś pisać. Tych poprzednich. Tak, więc proszę Państwa - zaczynamy, dziś w menu: wyprawa na Krym.

Chodziła za mną ta Ukraina, K po poprzednich (a więc w 2010) wakacjach zapowiadał, że on nie chce, co roku na Ukrainę, że może wreszcie do innego kraju spróbujemy. Ale im bliżej urlopu tym bardziej oboje byliśmy przekonani na właśnie ten kierunek podróży. Trochę obawiałam się logistyki, mieliśmy sztywny czas powrotu, nie mogliśmy pozwolić sobie na swobodny come-back. Trochę się też czailiśmy z tym wyjazdem bojąc się, że zapeszymy, szef nie da urlopu, nie będziemy mieli biletów, noclegów, rozchorujemy się, trafimy na brzydką pogodę (końcówka września nie jest pełnią lata nawet na Krymie). Właściwie zaplanowanie całości zajęło mi jakieś 2 dni, K w tym czasie dzielnie pracował. Dość gładko wyglądało załatwianie noclegów (ukłony w kierunku hospitalityclub i couchserfing), biletami na pociągi zajęła się moja przyjaciółka z Frankivska. Piątek poświęciliśmy na pakowanie i odwiedzimy u stroskanej jak nigdy rodzinki. Sobota była dniem pakowanie, wymiany waluty, dokupowania ostatnich gadżetów.

Jechaliśmy do Przemyśla zupełnie bezsensownym jak się później okazało połączeniem z międzylądowaniem w Tarnowie gdzie zmuszeni byliśmy spędzić 3 godziny, które wlekły się jakbyśmy, co najmniej się tam zameldowali na kilka tygodni. Nie wiem czy zdajecie sobie sprawę, jak wygląda poczekalnia dworcowa nocą. Jeśli nie to niewiele Was ominęło. Już po kilku minutach zrozumieliśmy specyficzne zasady rządzące tym miejscem. Zabawa w kotka i myszkę, tak nazwałabym ten dziwny rodzaj „gry”, który urządzali sobie bezdomni z ochroniarzami. Na terenie poczekalni w nocy (nie wiem jak w dzień), nie powinny przebywać osoby bez biletu, lub ewidentnie nieplanujące podróży, więc odpowiedzialny za porządek mężczyzna robił, co mógł, żeby sumiennie wykonać swoje obowiązki. Było to trudne biorąc pod uwagę, że na dworzec można było wejść z dwóch stron, wejść jedną i wyjść drugą, okrążyć budynek radośnie śmiejąc się w duchu z nieporadnego strażnika. Bezdomni mieli zabawy co niemiara, pasażerowie w związku z koszmarnymi zapachami tych poprzednich – mniej. 3 godziny obserwowania tego widowiska wyleczyły nas raz na zawsze z pomysłu powtórki z rozrywki. Żałowaliśmy, że nie wzięliśmy autka, mogliśmy zaparkować go gdzieś w Przemyślu na te dwa tygodnie, na pewno byłoby to wygodniejsze i mniej męczące.

Nocny pociąg Tarnów – Przemyśl to osobna historia, jednak niezrażeni mknęliśmy do przodu, w kierunku naszych wakacji. Sprawnie przedostaliśmy się przez granicę ciesząc się ze zniesienia konieczności wypełnienia „karteczek” na granicy, które skutecznie opóźniały zawsze kolejkę. Poznana na granicy grupka polaków również wybierała się na Krym planując zaliczenie chyba wszystkich atrakcji tej części Ukrainy łącznie z przeprawą przez góry z namiotami. Nasze plany były mniej ambitne – chcieliśmy po prostu odpocząć. A jeśli przy okazji uda się, co nie, co „skubnąć” zabytków i ciekawych miejsc tym lepiej. Życzyliśmy im szczerze powodzenia wiedząc, że Ukraina to taki specyficzny kraj, który czasem plany podróżnych bardzo modyfikuje.

26 godzinna podróż pociągiem była bardzo przyjemna. Wrzesień jest już chłodniejszy na
Ukrainie, nie smażyliśmy się, więc w pociągu jak w piekarniku. Jak zwykle kupiliśmy miejsca „bokowe” tym razem nie centralnie naprzeciw ubikacji, więc było podwójnie przyjemnie.

Odnośnie „techniki” kupowania miejsc w pociągu można w Internecie znaleźć wiele stron. W
przypadku kupowania tylko dwóch biletów polecam „bokowe” miejsca. Najlepiej po środku wagonu, ewentualnie bardziej z przodu. Zwykle, gdy opowiadaliśmy innym o warunkach podróży na Krym zauważaliśmy, że nasi rozmówcy w myślach podejmowali decyzję „nie, dziękuję”. Niesłusznie. Podróży na Krym nie należy się bać. Osobiście czuję się bardzo bezpiecznie w tych pociągach, są punktualne, docierają w wiele miejsc i co najważniejsze są naprawdę tańsze od naszego rodzimego PKP. I moim skromnym zdaniem wygodniejsze. Pomijam oczywiście kwestię ubikacji, jednak czy w nasze koleje często stają na wysokości zadania?

Poznani w pociągu dwaj Ukraińcy (jeden z nich to obowiązkowo Andrij – czasem miałam
wrażenie, że połowa mężczyzn z tego kraju nosi to popularne imię) pomogli nam znaleźć autobus (marszrutkę), który zawiezie nas na dworzec Centralnyj skąd odjeżdża autobus do Kerch (Kercz). Towarzystwo tych dwóch zabawnych mężczyzn umiliło nam podróż. Pomimo bariery językowej (oni nie mówili ani po angielsku ani po polsku) całkiem przyzwoicie dawaliśmy sobie radę. Jeden z nich opowiadał, że skończył prawo i przez pół roku pracował w kancelarii, ale że zarabiał tak mało (podobno jak na prawnika na Ukrainie i tak nieźle), że został kucharzem w Rosji, gdzieś na platformie wiertniczej. Żartowali, że połowa ukraińskich studentów studiuje prawo a druga połowa ekonomię. Nie potrafił odpowiedzieć na moje pytanie, dlaczego w takim razie, pomimo wiedzy o wybitnym nasyceniu rynku tymi zawodami, kolejni studenci decydują się na podjęcie takich studiów. Jeśli dołoży się do tego wysoki koszt studiów, często płatnych oficjalnie lub nieoficjalnie (co mogłoby być tematem na inny wpis) to jest to inwestycja bardzo nieopłacalna.

Dworzec Centralnyj w Simferopolu jest naprawdę świetnie zorganizowany. Ku naszemu zaskoczeniu większość dworców na Krymie jest wyremontowana, dostępne są w miarę aktualne informacje (na rozwieszonych tablicach, co do których lepiej zawsze się dopytać), bilety na busy sprzedawane są w kasie wraz z miejscówkami. Osobno dokupowany jest bilet na bagaż, nie kosztuje to dużo, ale jest sprawdzane. Tuż przed odjazdem do każdego autobusu wchodzi pani i kontroluje bilety pasażerów.

Kupiliśmy bilety, zapakowaliśmy nasze bagaże i odrobinę przerażeni wyglądem marszrutki
rozsiedliśmy się na naszych siedzeniach zjadając piąte tego dnia śniadanie (lub obiad, lub kolację, odrobinę nam się poprzestawiały pory dnia, ale żołądek K z częstotliwością raz na godzinę przypominał o naszych obowiązkach). Wyruszyliśmy w czterogodzinną podróż na wschód: z Symferopola do Kerczu, która bardziej przypominała Rajd Dakar niż regularny kurs public transport. Kierowca z zblazowaną miną wyciągał z silnika „ile fabryka dała” nie przejmując się czymś tak prozaicznym jak ograniczenia prędkości i czarną jak oko wykol noc, dziarsko wyprzedzając znacznie bardziej „wypasione” auta, trąbiąc zdecydowanie na tych jadących poniżej setki. Po 4 godzinach naszej szaleńczej podróży byliśmy zdrowo wytrzepani ale na miejscu - szczęśliwie w jednym kawałku. Byliśmy w Kerczu.

niedziela, 27 listopada 2011
Opolszczyzna na rower cz. 1 Zawadzkie - Hubertus

Jeśli miałabym podać przepis na udane wakacje to byłyby to: rower, książki, jeziora, lasy, lasy, lasy. Tegoroczne wakacje uświadomiły nam też naszą wielką miłość do morze. Ale nie morza, jako synonim równomiernego opiekania się jak na patelni na zatłoczonej, hałaśliwej plaży. Na nasze szczęście Morze Azowskie i Morze Czarne oszczędziły nam tego typu atrakcji. Ale o tym w innym wpisie będzie.

Wróćmy do naszego przepisu. Gdy wysyłaliśmy CV nastał taki moment, gdy musieliśmy podjąć decyzję i pogodzić się z myślą o wyjeździe. Było to tym trudniejsze, ponieważ ja wciąż studiuję w Krakowie a K kategorycznie przeciwstawiał się zamianie moich dziennych studiów na tryb zaoczny, jednocześnie wiedząc, że może to oznaczać rozstanie. CV mojego ukochanego zaczęło docierać drogą elektroniczną poza Kraków, ba! Nawet poza Małopolskę. Odnośnie szukania pracy mogłabym napisać niejeden poradnik. Czuję się jak stary wyjadacz listów motywacyjnych a napisanie całkiem niezłego CV nie stanowi dla mnie problemu. I tak K znalazł pracę w województwie Opolskim. Nasze wyobrażenie o tym rejonie było mizerne, te tereny kojarzyły nam się ze Śląskiem, zadymieniem i generalnie mało przyjemnymi rzeczami. Szybko postanowiliśmy nadrobić edukacyjne braki, przestudiowaliśmy mapy, strony internetowe i dotarło do nas, że trafiliśmy do zagłębia rowerowego! Okolice, w których przeszło nam mieszkać (mnie więcej w wakacje), zostały niechybnie stworzone wprost dla nas. Przepiękne lasy, pola i – co najważniejsze! – kilometry świetnie oznaczonych tras rowerowych. Nie mogliśmy uwierzyć naszemu szczęściu. Wprost przyrośliśmy do rowerów. My i chyba wszyscy mieszkańcy miasteczka, w którym zamieszkaliśmy. Wyprawy do sklepów, na pocztę czy do szkoły, nikt nie pokonywał ich piechotą. Tysiące rowerów, praktycznie nigdy nieprzyczepianych, tylko opartych o barierki lub zaparkowanych w wszędzie dostępnych miejscach parkingowych dla rowerów. Gdy tylko K wracał z pracy, odgrzewaliśmy obiad zawczasu ugotowany wcześniej (poniedziałek stał się naszym dniem gotowania na cały tydzień. Zupełnie nie przeszkadzało nam jedzenie przez kilka dni pod rząd tego samego. Dania arabskie, sosy, zupy gulaszowe dzielnie czekały rozlane na trzy garnki w lodówce na swoja kolej) wsiadaliśmy na rowery szusując gdzie nas oczy poniosą.

I właśnie jedną z takich wycieczek chciałabym Wam dziś zaproponować:

Startujemy z Zawadzkiego żółtym szlakiem dość szybko wjeżdżając w las. Nie mamy problemu z orientacją, większa część szlaku jest intuicyjna, oznaczenia są częste a w strategicznych miejscach ustawione są tablice informacyjne.

 Szerokie ścieżki

 Piękne lasy

Trasy w większości bardzo komfortowe, momentami tylko piaszczyste zmuszające do prowadzenia roweru.

 

 Zielono!

 Magicznie

 Spokojnie

 Cicho

 

 

Niespodziewanie obok stawu Huberta znajdujemy miejsce kaźni żołnierzy Polskich. Jak czytamy: "W nocy z 25 na 26 września 1946 funkcjonariusze UB zwabili podstępem ok. 140 żołnierzy oddziału Bartka z Podbeskidzia następnie ich rozbrojono i zamknięto w stodole, którą obrzucono w nocy granatami, podpalono i wysadzono w powietrze."

To bardzo przejmujące miejsce. Tam po raz kolejny uświadamiam sobie jak mało wiem o historii Polski.

 

 

 

 

 Staw Hubert

 

 Wracamy w promieniach zachodzącego słońca.

To piękna i pouczająca wyprawa, w sama raz na jedno popołudnie. Niestety samego stawu nie możemy oglądać z bliska ze względu na ogrodzonie i tablice informujące, że jest to teren szpitala psychiatrycznego.

Osobiście mogę powiedzieć, że pokochałam opolszczyznę. Jest tam może odrobinę zbyt płasko, ale te lasy, czyste powietrze, bezkresne przestrzenie pozwalają odpoczać. Szlaki rowerowe są kapitalnie oznaczona i chyba jeszcze mało znane, bo niewiele osób nimi jeździ. Sądzę, że na pewno się to zmieni - wszak to tereny stworzone na wakacyjny wypoczynek!

Zapraszam i polecam ;-)

czwartek, 13 października 2011
Krym - wróciliśmy :-)

Pomysł wyprawy na Krym kiełkował we mnie już od kilku lat, kiedy to miałam okazję wybrać się tam po raz pierwszy podczas mojego Ukraińskiego stażu. Jako że nie lubię wracać dwa razy w to samo miejsce, a K kategorycznie powiedział, że jedziemy tylko tam gdzie ja jeszcze nie byłam nasz wzrok padł na niedocenianą wschodnią część Krymu.  Odwiedziliśmy kolejno: Kerch (Kercz), Feodosiya (Teodozja), Sudak. Były to nasze miejscowości wypadowe z których udaliśmy się do:  Kurortne, góry Kara Dag, Novyi Svit (Nowy Świat). W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w Odessie (2 dni) i dzień w Lwowie.  Obliczyliśmy, że pokonaliśmy około 5000 km pociągami, busami, marszrutkami i piechotką.

To były dwa szalone, intensywne, ale pod względem odpoczynku psychicznego spokojne wakacje. Zaplanowane „na wariata” z obawą, że w ostatnim momencie ja lub K nie dostaniemy urlopu, wypadnie coś, co nas zatrzyma. Baliśmy się nawet marzyć o wakacjach, mówiliśmy o nich mało a przyparci do muru zgodnie twierdziliśmy że nie wiemy dokładnie gdzie pojedziemy (choć w głowach było tylko jedno: KRYM). W ciągu jednego dnia znalazłam noclegi (co moja przyjaciółka określiła jako cud i duży fuks, który zwykle mnie nie opuszcza). Przyjaciółkę z Ukrainy poprosiłam o kupno biletów na pociąg Lwów - Simferopol i Odessa - Lwów. Pracę skończyliśmy w piątek (Opole), w sobotę lataliśmy jak kot z pęcherzem pod Krakowie kupując niezbędne na wyjazd rzeczy i około 22 wpakowaliśmy się do pociągu jadącego do Rzeszowa, gdzie spędziliśmy ponad 3 godziny (które były dla nas niczym tydzień), czekając na pociąg do Przemyśla.

Tam zaczęła się nasza Krymska przygoda :-)

W kolejnych wpisach chciałabym podzielić się z Wami moimi wrażeniami, subiektywnymi radami i całą masą zdjęć.

Zapraszam serdecznie!



środa, 28 września 2011
Krym

Witam!

Nie chcialam nic wczesniej pisac, zeby jak to sie mowi nie zapeszyc (bylo wiele przeciwskazan i niejasnosci) ale aktualnie jestesmy na Krymie a konkretnie w Kerch :-) Jest pieknie, slonecznie, smacznie. Dzis w planach Morze Azowskie i slone jezioro z lecznicza glina.

Wszystko fotografuje, wiec foto i opiso - relacja bedzie na pewno. A jest co pisac!

Staramy sie ostatni rok ciezkiej pracy zostawic za soba, nie jest latwo, czasem wraca ale walczymy.

Dobrego dnia dla Was!

Pozdrawia kot w butach - podroznik :]

piątek, 26 sierpnia 2011
Suceava (Suczawa) - czyli trzydniowy powrót do Polski

Jako, że opanował mnie nastrój walizkowy a z pracy nijak nie możemy się teraz „urwać” z jeszcze większą przyjemnością wracam do wspomnień minionych wakacji, planując co zwiedzimy tego roku. Przeglądając te wszystkie GB zdjęć zwróciłam uwagę na to, że jak do tej pory nie opisałam na łamach mojego bloga całości naszej rumuńsko-ukraińskiej przygody.  Zdaje się, że skończyłam na Sibiu i na naszej wyprawie w góry Rumunii. Ten odcinek chciałabym zostawić na koniec, dziś mam ochotę opisać naszą trwającą 3 (słownie: TRZY) dni drogę powrotną.

Bezrobocie ma swoje zalety - stęskniony pracodawca nie czeka na swojego niewolnikiem, czas powrotu wyznaczają proste i ekonomiczne zasady: data odwrotu planowana jest wraz z pojawieniem się dna w portfelu. Mało stęskniona rodzina kota w butach zbytnio nie zaprzątała sobie głowy, kiedy koci włóczęga planuje powrócić na łono ojczyzny. Nie gonił nas czas, mogliśmy pozwolić sobie na powolną „reemigrację”, długie stanie na granicy rumuńsko-ukraińskiej (tego akurat nie planowaliśmy, to zostało nam, że tak powiem zagwarantowane „w pakiecie”), zwiedzanie Suceavy, zakupy na granicy ukraińsko-polskiej (zgodnie z normami, o które można zapytać kota w butach nawet w środku nocy i które kot w butach zapominając swoje własne imię, pamiętać będzie).

Rumuńsko (wspomagani słowniczkiem w przewodniku) - rosyjskim (nie wiedzieć czemu właściciele pensjonatu w którym się zatrzymaliśmy starali się mówić do nas po rosyjsku zakładając, że jest to język, którym każdy polak włada tak dobrze, jak drugim ojczystym. U gospodyni spowodowane było to prawdopodobnie – jak odkryliśmy później – popijanym alkoholopodobnym płynem, być może samą palinką, słynną rumuńską wódką. Nota bene: nasi hostowie z Cluj Napoca z dziką radością odkryli, że głowy ich polskich gości – czyli nas – są znacznie mocniejsze niż innych gości, np. z Niemiec czy z innych krajów) poinformowaliśmy gospodarzy, że wyruszamy w poniedziałek rano.

Spakowaliśmy nasze sto kilo bagażu do auta gospodarza, który jak co poniedziałek jechał do Sibiu na zakupy, pożegnaliśmy się z tymi pięknymi okolicami i wyruszyliśmy w naszą pielgrzymkę powrotną.

Pierwszym przystankiem było Sibiu, które jak na złość przywitało nas słoneczkiem, błękitem nieba idealnym do zdjęć (co można zobaczyć na moim poprzednim wpisie o Sibiu). Kot w butach przekonał K do przytargania całych bagaży wzdłuż i wszerz zabytkowego miasteczka radośnie zapełniając kartę pamięci ślicznymi zdjęciami. W między czasie kupiliśmy bilety na pociąg (co dało nam jeszcze kilka godzin zwiedzania) i wróciliśmy do naszego zwiedzania z „obciążeniem”.

Pod koniec zrobiliśmy nalot na spożywczak kupując całkiem przyzwoite salami, jako, że rumuńskie drożdżówkopodobne  (coś podobnego jak na Ukrainie, trójkątne drożdżówki smażone w głębokim tłuszczu z nadzieniem od typowo drożdżówkowego z dżemem, przez serowe (także z żółtym, zwykle to kupowaliśmy, choć dość słone) aż do ziemniaczanych (też lubię w domu czasem piekę takie przekąski dosypując pieprzu ziołowego) i mięsnych) przekąski wychodziły nam już bokiem zapakowaliśmy się do super wygodnego pociągu.

dworzec w Sibiu

W środku pociągu znajdowała się ubikacja, która czystością i świeżością odpowiada nie jednej domowej łazience i która wprowadziła kota w butach (i także K, do czego przyznał się później) w konsternację dziwnie zasysając próżniowo i „przeżuwając” (wybaczcie, nie znajduję innego słowa) klozetową zawartość , zupełnie jak w samolocie.

pociąg

Co przyjemne szybko się kończy i tak po jakiś dwóch godzinach dotarliśmy do Dupanowic Małych – jak roboczo nazwaliśmy Vintu de Jos (niewiele się pomyliliśmy).

Wszyscy pasażerowie (w tym my, radośnie idąc w ślady naszych południowych współpasażerów) nieomal wzięliśmy prysznic w tej oto zimnej, przyjemniej, ochładzającej, świeżej (mam nadzieję, bo później wszyscy się nią napoiliśmy, ale sądzę, że było ok. bo nic nie wskazywało że nie;-)) wodzie:



Z rozbawieniem zauważając tą oto tabliczkę:



Godzinę później wsiedliśmy do mniej wypaśnego, lecz bardziej polskiego (haha) pociągu i udaliśmy się w nocną podróż pociągiem przez całą Rumunię. I tutaj chciałam zatrzymać się kawałek. Rumunia nie wydaje mi się być krajem mniej bezpiecznym niż Polska. Sądzę, że te same zasady rozsądnego podróżowania można przypisać do obu krajów a więc: rozsądne wybieranie współtowarzyszy przedziału, nie zasypianie, głębokie schowanie cennych rzeczy, ostrożność i jeszcze raz ostrożność. Jak się w trakcie podróży okazało, nasi współtowarzysze za nic mieli wymieniowe wcześniej rady, dość szybko zapadli w sen (babcia z wnuczkiem, plus kilka innych osób różnych płci) licząc zapewne, ze złodzieje śpią a my czuwamy. Zdrowy rozsądek nie pozwolił  dołączenia do śpiącej brygady, na zmianę kimaliśmy mordując się niemiłosiernie podczas gdy towarzysze radośnie przewracali się z jednego boku na drugi (zmieniając układ kto pod kim leży, podczas snu granice gdzieś się zatarły i wszyscy leżeli podkładem). Złodziej się nie pojawił, maksymalnie niewyspani dotoczyliśmy się do Suceavy w godzinach wczesno-rannych.

dworzec kolejowy Suceava

Poczekaliśmy na dworcu aż wzejdzie słońce i wpakowaliśmy się do autobusu jadącego do centrum licząc na dobrą pamięć kota w butach, która w tym rumuńskim natłoku tabliczek z abstrakcyjnie brzmiącymi nazwami rozpozna tą pożądaną wybraną dwa tygodnie wcześniej w drodze przeciwnej. O dziwo się udało i chwilę później dotargaliśmy coraz cięższe (w skrytości ducha podejrzewałam K o dokładanie kamieni do naszych siat, toreb, plecaków i plecaczków) pod ten oto malowniczy monastyr:

 Biserica Sf. Ioan Botezatorul – Monastyr Jana Chrzciciela. 

Całkiem blisko (z międzylądowaniem w Mc Donald’s na frytki i mycie zębów) jest Dom Polski

 i Monastyr Jana Nowego:



Z wiedzą laika ale zapałem zdobywcy K2 obfotografowaliśmy każdą ścianę, malunek, przybudówki nie wgłębiając się zbytnio w rozwlekłe opisy w przewodniku (architekt i historyk złapaliby się w tym momencie za głowę) ciesząc się spokojem (i chłodem w rozgrzanej już całkiem Suceavie).

Kotu w butach udało się namówić K na zaliczenie kolejnych punktów MUST SEE w Suceavie. Dowlekliśmy się do ruin zamku dość przyjemną trasą wzdłuż drogi,

spotykając kolejne, przyjazne (na szczęście) i rozleniwione psy (jeden z nich podbił nasze serce i gdyby nie kontrola na granicy niechybnie stałby się on obywatelem naszego pięknego kraju. Niestety, z bólem serca, musieliśmy zostawić pieska, karmiąc go wcześniej całą pozostałą salami). Zwiedzanie zabytku zostawiliśmy grupie emerytów, która właśnie podjechała na parking. My zadowoliliśmy się zdjęciami z oddali:



A to jeszcze inny monastyr, nie mam pojęcia jak się nazywa bo przewodnik został w Krakowie, w każdym razie załapaliśmy się nawet na nabożeństwo:



na pewno prze-wygodne krzesełka


I w końcu daliśmy się w kierunku dworca autobusowego (wyjątkowo obskurnego ale z dobrze mówiącą po angielsku panią w okienku) po drodze zahaczając o inne punkty kontrolne:



polski akcent i katolicki (bodajże też polski, nie pamiętam) kościół



punkt informacyjny (polecam!)

Rumunia to także Unia Europejska

Odsiedzieliśmy swoje na dworcu (każde pięć minut było ciężkie) obserwując zaczepiające wszystkich i ubrane w jakieś pstrokacizny Romki (nie mylić z Rumunami – obywatelami Rumunii, którzy swoim wyglądem niczym nie różnią się od Polaków. Nieraz jadąc autobusem  odnosiłam wrażenie, że są oni z wyglądu bardziej „polscy” niż np. Ukraińcy ze swoimi dość charakterystycznymi rysami. Co ciekawe Rumuni do Romów (o liczebności podobnej jak np. na Słowacji) są dość ostrożni) wpakowaliśmy się do busa z kierowcą mówiącym, ku naszej nieukrywanej uldze, po ukraińsku, dość mieliśmy obcobrzmiącego i nic nam nie mówiącego języka rumuńskiego.

W marszrutce spotkaliśmy kreującą się na znawczynię Rumunii, Ukrainy i tamtejszych gór polkę. Te kilka godzin jazdy i postoju na granicy minęło nam dzięki temu przyjemniej, choć musieliśmy słuchać takich perełek jak opowieści o wielkim oburzeniu, że w Wilnie kelner nie chciał mówić po polsku. Widać byliśmy bardzo zmęczeni (druga doba niespania) bo wtedy te historie wydawały nam się nawet ciekawe, dopiero w domu uświadomiliśmy sobie, że mówienie w Wilnie po polsku jest co najmniej tak rozsądne jak mówienie w zachodniej części Ukrainy po rosyjsku. Niemniej jednak zawarliśmy chwilową znajomość i posłuchaliśmy o jej przygodach. 

Przekroczyliśmy granicę i dotarliśmy do Czerniwców (Czerniowce, Chernivtsi).

dworzec Chernivtsi (Czerniowce)

Tam kupiliśmy bilety na nasz kolejny (już 7) całonocny środek transportu do Lwowa i wyruszyliśmy na poszukiwanie lodów i czegoś do jedzenia.

zabytkowy czołg w Chernivtsi

Kilka napotkanych „maghazynów (ukraiński sklep z charakterystycznym akcentem na „gh”, który dla przeciętnego polaka jest nie do wymówienia) sprzedawało lody z datą ważności gwarantującą salmonelle „for free” więc w sto-stopniowym (w-cieniu) ciepełku z dwustu-tonowym bagażem udaliśmy się jeszcze dalej aż trafiliśmy na dość dobrze wyposażony spożywczak. Lody sobie darowaliśmy, kupiliśmy coś mniej psującego się i wróciliśmy na dworzec, gdzie dołączyliśmy do zbieraniny ludzi różnie pojmujących pojęcie „higiena”.

Kolejne godziny podróżowania praktycznie uśpiły nasze nosy, nawet w pociągu bliskie sąsiedztwo (tak tak jest gdy bilety kupowane są na ostatnią chwilę, zostają miejscówki tylko w pobliżu ubikacji albo pojedyncze miejsca w środku) toalety nam nie przeszkadzało. Błogosławiliśmy palckartę i kuszetki. Wykupiliśmy pościel i jako pierwsi z wagonu przebraliśmy materace i poduszki w czyste pościelowe ubranka, szybko zjedliśmy czerniwcowe  zakupy i padliśmy spać długo przed tym zanim słońce schowało się za horyzontem.

Do dziś wspominamy tą drogę, ten sen, ten czas jako jeden z najmilszych w naszym życiu. Dwudniowe niespania, 3 dniowe niemycie, wiele kilometrów, tony bagażu to wszystko było nieważne, gdy mogliśmy zapaść w sen w słodko kołyszącym się pociągu.

Trochę bardziej wypoczęci i bardzo zadowoleni wysiedliśmy we Lwowie na dworcu, z miną znawcy udaliśmy się na odpowiedni peron marszrutkowy. Jeszcze dwie godziny i Medyka, ale nawet ona i tłumy mrówek nie odebrały nam dobrego humoru. Byliśmy już „prawie” w domu. Prześcigaliśmy się z planowaniu co dobrego zjemy, ile będziemy spać, jak długo będziemy się odmaczać w wannie.

Opaleni, zadowoleni, z plecakami wypełnionymi wspomnieniami (i ukraińskim alkoholem) wróciliśmy z naszej ukraińsko-rumuńskiej przygody.

środa, 27 lipca 2011
Praca, lasy, mrożący rupieć vs ziemianka i cała masa książek

Gdybym miałam opisać co działo się u mnie w ciągu ostatniego miesiąca zmuszona byłabym do sporządzenia listy, która nawet w wersji elektronicznej porządnie obciążałaby procesor komputera. Sinusoidalne wydarzenia – od radości, że udało się coś załatwić, zdać, nauczyć porządnie - po rozczarowanie, że inne rzeczy nie udało się zdać w ogóle lub tak dobrze jak bym chciała. Ale chyba nie tylko ja przyzwyczajam się powoli, że średnia zdawalność danego egzaminu, kolokwium na moim kierunku wynosi kilka procent. Mimo wszystko staram się nie stosować zasady 3xZ – zakuć, zaliczyć, zapomnieć. Mam świadomość, że te wiadomości będę mi kiedyś potrzebne.

Aktualnie kursuję pomiędzy województwem opolskim (pn – pt) a Krakowem (weekendami). Czas wypełnia mi praca – staż w Opolu i kilometrowe spacery po cudnych lasach. Ciche, czyste, pachnące, ogromne lasy ze świetnie wyznaczonymi trasami rowerowymi to dla mnie synonim wakacji, więc nie traktuję mojego pobytu tutaj tylko pod kątem zawodowym.

Kilka dni temu szef – biorący pod uwagę miejsce mojego zamieszkania poprosił mnie o wykonaniu pewnych pomiarów w terenie. Przetaczające się nad Opolszczyzną burze odwlekały jego realizację. Wreszcie wczoraj zapowiadało się, że tylko popada a burze pobłyskają i pogrzmią w innych rejonach. Wyposażeni w stosowny sprzęt, mapę, aparat i dokumentację wyznaczyliśmy trasę (najpierw szlakiem zielonym a później odbić w lewo, w prawo i znów w lewo – łatwizna!) i ruszyliśmy dziarskim krokiem. Spryskani Off-em od stup po „głów” odstraszaliśmy komary z całego województwa. Żyłka myśliwego nie pozwalała nam iść bezczynne, co chwile zbaczaliśmy ze ścieżki w poszukiwaniu borówek i grzybów i wspomnianego wcześniej odbicia „w lewo, w prawo i znów w lewo – łatwizna!”. Oczami wyobraźni widzieliśmy borówkowy serniczek na zimno, sosik z grzybami i inne pyszności z dodatkiem owoców lasu. Coraz to nowe pomysły kulinarne przychodziły nam do głowy. Gdzieś pomiędzy naleśnikami z farszem kurkowym (lub borówkowym, tu nie mogliśmy dojść do porozumienia) uświadomiliśmy sobie, że zgubiliśmy zielony szlak i odbicie „w lewo, w prawo i znów w lewo – łatwizna!”. Co gorsze naszą ścieżkę przecinała dość solidna droga z rozpędzającymi się dwukrotnie więcej niż zalecanym 50 km/h samochodami. Lekko zdezorientowani wyjęliśmy mapę i metodami fizyko-chemiczno-mechanicznymi próbowaliśmy dojść do wniosku gdzie jesteśmy. Chwilę szliśmy poboczem ulicy z ograniczeniem do 50km/h wywołując zdziwienie wśród kierowców. Widok dwóch osób spacerujących w deszczu (chwile wcześniej zaczęło siąpić) poboczem wcale nie przyjemnej drogi może wywołać zastanowienie co do kondycji psychicznej piechurów. Liczyliśmy, że za zakrętem (przed którym postawiono ignorowany przez wszystkich – a niesłusznie bo zakręt miał nieomal 180 stopni- okrągłym znakiem z 30) znajdziemy poszukiwany przez nas cel wyprawy. Ostrożnie weszliśmy w zakręt i zobaczyliśmy… cd drogi, tym razem prostej jak strzała, kolejne hektary lasu i wciąż mżący deszcz. Kolejne oblukanie mapy dało tyle samo co za poprzednim razem. Widać nie dane nam było wykonanie pomiarów. Zachowując narzucone ograniczenia prędkości ;-) – spacerem, poboczem w deszczu ruszyliśmy w drogę powrotną. Samochody dość kulturalnie zachowywały odpowiednią odległość więc nie byliśmy zmuszeni wskakiwać do rowu za każdym razem gdy jakiś wariat gnał w stronę 180-stopniowego zakrętu. W pewnym momencie jeden z samochodów zatrzymał się koło nas i opuścił szybę czekając aż podejdziemy. Dziecko na tylnim siedzeniu wykluczało chęć napadu, niechybnie chciał zapytać nas o drogę (hahaha). Już miałam powiedzieć, że tak jak i on się zgubiliśmy gdy pan uprzejmym głosem zapytać czy nas nie podwieźć. Niestety nie jechał w nasze okolice. Ale sama propozycja była miła.

Pan odjechał a my poszliśmy. Droga, deszcz, droga, deszcz, grzyb, droga, deszcz. Grzyb? Zarejestrowany kątem oka obraz powrócił z prędkością bumerangu. Cofnęliśmy się odrobinę, z własnej woli przebrnęliśmy przez rów i weszliśmy do lasu. Chwilę potem nie wierząc własnym oczom staliśmy się posiadaczami całkiem zdrowego (nóżka odrobinę nadgryziona – odkroi się), ślicznego grzyba. Co prawda nie byliśmy pewni, czy przystojniak jest jadalny (to zostawiliśmy na głowie moim rodzicom). Obfotografowane znalezisko zapakowaliśmy do plecaka i ruszyliśmy dalej. W domu oczyściliśmy i pokroiliśmy go na całkiem spore kawałki, zapakowaliśmy i wrzuciliśmy do zamrażarki.

Jeszcze tydzień temu zmuszeni bylibyśmy zostawić ślicznocha w lesie na pastwę innych, rozpieszczonych grzybiarzy (słyszałam, że tutaj nie trzeba wiele się nachodzić, żeby wrócić z koszykiem grzybów). Tydzień temu żyliśmy jak ludzie pierwotni. Codzienne gotowanie obiadów, w sklepie wybór produktów trudno psujących się. Dlaczego? Nie mieliśmy lodówki. Właściwie decyzja o kupnie własnej, naszej pierwszej lodówki – zapadła dość dawno. Jednak informacje, które można znaleźć na forach internetowych na temat tego „wiecznie psującego się luksusu” były jednoznaczne – dużo lepszym pomysłem będzie wykopanie ziemianki i tam trzymanie swoich wymagających zimna produktów. Czego ja na tych forach nie znalazłam?? Lodówki wydające dźwięki startującego odrzutowca budzącego wszystkich domowników co noc, odklejające się gumy, pękające ścianki, półeczki, lejąca się woda, zasysanie, bulgotanie, zbyt zimno, za ciepło, za nisko uchwyty (za wysoko też). Generalnie – jakość coraz gorsza, badziewie, strata kasy. Nic tylko ziemianka. Jako, że mieszkamy w bloku, nie mamy ogródka z miejscem na własną ziemiankę postanowiliśmy zaryzykować i kupić tego psującego się, budzącego wszystkich rupiecia. Na razie nasz „rzęch” pracuje cicho, mrozi normalnie, nic nie pękło (ale jesteśmy przygotowani). Pierwszej nocy zamknęliśmy drzwi od kuchni i pokoju w którym śpimy co by nas nasz „mrożący odrzutowiec” nie budził. Nie budził. Drugiej nocy bez zamykanych drzwi też. I cieszymy się jego chłodzącymi możliwościami planując jakie kulinarne cuda będziemy w niej przechowywać.

Dziś na obiad Boeuf strogonow :-) Lekko zmodyfikowany (bardzo lubię eksperymentować). Zaraz idę go nastawić. K pokroił przed pracą mięso (nie lubię) ja pokroję pieczarki i ogórki kiszone, wrzucę wszystko do gara i zagotuję. W międzyczasie skończę inny projekt dla szefa, nałożę maseczkę pokrzywową na włosy (polecam!) i poczytam. Godzinna podróż do Opola, znacznie więcej wolnego czasu pozwala nadrabiać czytelnicze zaległości. Czego i Wam życzę mając nadzieję, że nie zanudziłam tą przydługą opowieścią.



wtorek, 16 listopada 2010
O Rumunii zza okna pociągu

Niewiele jest tak przyjemnych rzeczy jak poranna kawa i nieśpiesznie czytana książka. Nawet wiolonczelistka, która gra coś co nuta w nutę przypomina soundtrack do filmu „Szczęki” nie psuje atmosfery. Już dawno odkryłam, że odpowiednio głośno puszczone radio zagłusza smyczkowe wygibasy.

„Trucizna” Alex Kava czyta się dość przyjemnie i wbrew tytułowi – nie zatruwa (wybaczcie żenujący żart prowadzącej, haha), więc na recenzję nie będziecie musieli długo czekać. A dziś o Rumunii będzie.

Od wakacji minął kawał czasu. Opalenizna dawno się zmyła, ale wspomnienia i pocztówki kupowane w ilościach hurtowych pozostały. Jest też 2GB zdjęć. I właśnie nimi, częścią z nich chciałam się z Wami podzielić.

W poprzednim poście o Rumunii, o zgrozo, napisanym jakieś 3 miesiące temu opisałam naszą przeprawę przez granicę ukraińsko-rumuńską TU. Ciekawe doświadczenie, ale spokojnie możecie je sobie darować;-)

Około południa dotarliśmy do Suceavy. Marszrutka zatrzymał się na jakże malowniczym i obskurnym dworcu autobusowym. To miejsce w którym człowiek zastanawia się czy naprawdę jest w Unii Europejskiej. Wzięliśmy nasze sto dwadzieścia kilo bagażu (o sto za dużo) i ruszyliśmy w poszukiwaniu dworca kolejowego idąc właściwie tylko na wyczucie na zasadzie – to teraz może skręcimy tam. Kilku pierwszych zaczepionych przechodniów na uprzejme pytanie Do you speak English odpowiadała wyrazem twarzy sugerującym, że oni nie speak English. Chwilę później określiliśmy nasz błąd i zaczęliśmy pytać młodszych ludzi i wtedy odnieśliśmy pełne zwycięstwo. O ile we Włoszech dogadanie się po angielsku graniczy z cudem tak w Rumunii nie jest to żaden problem. Pokierowani udaliśmy się do autobusu. Od razu uprzedzam: korki uliczne to nie wynalazek Polski. Jedne z dłuższych i bardziej uciążliwych bo w trzydziestostopniowym – na zewnątrz i około dwustustopniowym upale – wewnątrz nieklimatyzowanego, zapchanego autobusu spotkaliśmy nie gdzie indziej ale właśnie w Suceavie – mieście w pobliżu granicy ukraińsko-rumuńskiej. I właśnie w tym autobusie odkryliśmy jeden z najgłupszych zawodów świata, spokojnie mieszczący się w światowej TOP10 – pani sprzedająca bilety. Wyobraźcie sobie rzecz następującą. W autobusie jednoprzegubowym, o ściśle określonych normach pojemnościowych i wytrzymałościowych postanawia jechać dwa razy tyle pasażerów w dodatku z bagażami – jak to zwykle bywa w autobusach jadących na przeróżne dworce. Każdy trzyma się czego popadnie. Nierzadko siebie nawzajem. Bagaże plączą się pod nogami. Upał (podobno wtedy był jakiś rekord, WIERZĘ) leje się strumieniami. I w tym wszystkim pani bileterka kursująca z jednego końca autobusu na drugi pomiędzy/lub po pasażerach i ich bagażach. I tak po każdym przystanku. Ja nie wiem ile ta kobieta zarabia. Na pewno za mało bo nie było osoby jadącej bez biletu. Czujne oko kontrolerko-sprzedawczyni potrafiło odróżnić nowo wsiadających od szczęściarzy jadących tym piekarnikiem na kółkach dłużej. Z każdym przejechanym przystankiem nasz: podziw dla tej kobiety i brak szacunku – dla pomysłodawców takiego „wygodnego” rozwiązała rosły. Nie wiem czy władze przewidziały wcześniejszą emeryturę dla tej pani, ale niechybne jej się ona należy.

Zaskoczeni, upieczeni i nieludzko śpiący (bo trudno spać gdy tyle się dzieje, tylu nowych ludzi się poznaje w drodze i jest tyle rozmów, które trzeba przeprowadzić właśnie w danym momencie i danym czasie ponieważ prawdopodobnie się one już nie powtórzą) dotarliśmy na dworzec kolejowy. A tam pełna klasa! Nie wiem czy teraz pamiętam: granit, eleganckie okienka kasowe, tablice informacyjne. Pani sprzedawczyni dobrze mówiąca po angielsku sprzedała na bilet na pociąg jadący do Cluj-Napoca za… pół godziny. Wyobraźcie sobie nasze poruszenie. Dworzec dość duży to fakt, ale jak możemy jechać tyle godzin gdy… no zgadujcie – nie mamy jedzenia. Ja i mój facet należymy do dość spokojnych, jak powiedziała siostra K – specyficznych ludzi, ale jest jedna rzecz, która wyprowadza nas z równowagi. GLÓD. Zostawiłam bagaże i K i kurcgalopkiem pognałam do na-szczęście zauważonej nieopodal dworca piekarni. Pani w sklepie nie mówiła po angielsku więc na migi pokazywałam drożdżóweczki prosząc o pakowanie każdego rodzaju po dwie sztuki. Język rumuński w niczym nie przypomina żadnego znanego mi języka. Szybko zaczęłam tęsknić za cyrylicą i językami słowiańskimi.

Biegiem wróciłam na dworzec witana wielkim uśmiechem K. Pierwszym powodem tej radości była zawartość siateczek wypatrzona przez czujne oko mojego mężczyzny a drugim był czas – a raczej jego brak do odjazdu pociągu. Bez problemu znaleźliśmy peron i wpakowaliśmy się do pociągu. Zaczęliśmy podróż, jedną z najpiękniejszych, najbardziej malowniczych jakie odbyłam pociągiem.

Jeśli ktoś będzie musiał odbyć podróż na odcinku Suceava - Cluj-Napoca gorąco polecam jako czas przejazdu wybranie dnia a nie nocy. Zapewniam Was, że nie będziecie mogli odkleić nosa od szyby. Tak więc mamy wszystko: bezkresne zielone polany ciągnące się aż po horyzont tylko od czasu do czasu upstrzone miasteczkami i wioskami. Plan zagospodarowania Rumunii jest inny niż w Polsce gdzie domy rozrzucone są dość równomiernie na terenie kraju. W Rumunii ludzie osadzają się „stadami”. Zza okna pociągu wydać to zjawisko dość wyraźnie. Mało jest samotnie stojących domów.

Ale nie domy a góry właśnie są tym dla czego warto przemierzać Rumunię pociągiem. Sieć kolejowa jest świetna. Pociągi są szybkie i dość nowoczesne. Zdarzyło nam się jechać nawet bardzo wypaśnym, takim o:

Rumunia to kraj gór, więc nic dziwnego, że w którymś momencie owe góry staną na drodze naszego środka transportu. Kolej rumuńska poradziła sobie z tym problemem wyśmienicie drążąc długaśne tunele i budując mosty po których pociąg może jechać w linii prostej bez konieczności kluczenia między pagórkami, podjeżdżania pod nie i zjeżdżania w dolinki. Na przemian jechaliśmy czarnym tunelem i mostem przecinającym głęboką dolinę górską. Coś pięknego! Osoby z lękiem wysokości mogły na początku czuć pewien dyskomfort. Wysokość niektórych mostów była imponująca.

Droga do Cluj-Napoca upłynęła nam smakowicie – okazało się, że zupełnie przypadkiem kupiłam pyszne bułeczki. Czasami głowy niebezpiecznie nam ciążyły, okazało się, że da się usnąć na siedząco. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że sen w ciągu następnych kilku dni wciąż będzie należał do grupy „towarów” deficytowych. Wjechaliśmy do miejsca, które zupełnym przypadkiem znalazło się na naszej trasie podróży. Miejsca gdzie spotkaliśmy świetnych ludzi od których dużo się nauczyliśmy. Miejsca gdzie zobaczyliśmy, że można żyć inaczej. Poznaliśmy ludzi, którym obcy jest termin wyścig szczurów i dorabianie się. Przyjechaliśmy do Cluj-Napoca :-)

sobota, 28 sierpnia 2010
Scenki z życia, czyli przejście graniczne ukraińsko-rumuńskie Porubne

Właściwie to powinnam być teraz w Gorcach. Bardzo się na tą wyprawę cieszyłam. Liczyłam na świeże powietrze, długie godziny rozmów, las, góry, klimat. Niestety nie wyszło. Organizm eksploatowany 2 tygodniową tułaczką między trzema krajami – Polską, Ukrainą a Rumunią zastrajkował. Odchorowuję to teraz. Czytam zaległe książki, odpowiadam na listy – oj uzbierało się tego aż wstyd się przyznać no i stwierdziłam, że to dobry czas, żeby skrobnąć coś do mojego bloga, czyli ukraińsko-rumuńskich opowieści ciąg dalszy…

Skoro świt wyruszyliśmy taksówką na dworzec autobusowy w Chernivtsi. Już kilkakrotnie poruszałam na łamach mojego bloga temat ukraińskich taksówek, ale zdaję sobie sprawę, że nie każdy czytał, więc przypomnę. To bardzo tani, tzn. znacznie tańszy niż w Polsce, sposób poruszania się po mieście. A nawet między miastami. Nigdy chyba nie zapomnę mojej karkołomnej wyprawy z Kamieńca Podolskiego do Ivano-Frankivska nie czym innym a właśnie taksówką. Wtedy nie było zbyt wesoło, ale jedna zaleta jest niezaprzeczalna – było tanio.

Taksówki ukraińskie skrupulatnie przeliczają wszystko na kilometry więc o ile taksówkarz nie wozi nas dookoła miasta  jest uczciwie (ale to przecież można nas spotkać w każdym kraju, dlatego warto wcześniej zapytać ile będzie nas kosztowała jazda w określone miejsce). Masę osób z nich korzysta i są naprawdę bezpieczne (wyjątek wspomniana przeze mnie przed chwilą taksówka z Kamieńca).

Dojechaliśmy na dworzec i w ostatniej chwili wpakowaliśmy się do autobusu jadącego do Suceavy. Przyznam, że w końcu nie wiem czy Porubne – przejście graniczne pomiędzy Ukrainą a Rumunią jest przeznaczone do ruchu pieszego. Znalazłam na Internecie sprzeczne informacje. Ja pieszych tam nie widziałam i nie jestem pewna czy byłaby taka możliwość. Wyczytałam natomiast informację na temat tego, że jeśli się przechodzi piechotą tam to warto poprosić jakiegoś kierowcę o przewiezienie przez granicę. Nie ręczę za te informacje. Ja jechałam autobusem i jest opcja dość tania. Z Chernivtsi do Suveavy 50 hrywni a w drogę powrotną 20 leji (lejów?). Szkoda kombinować, bo suma rzeczywiście nie oszałamia.

Samo przejście graniczne to inna bajka. Ale raczej nie dla dzieci bo to horror. Do dziś zastanawiam się jak to się stało, że będąc pierwszym i jedynym (!) autobusem spędziliśmy na tej granicy całe 3 (słownie: trzy) godziny. Gdy podjechaliśmy do bramki ukraińskiej zabrano nam karteczki (te uzupełniane w Medyce) i puszczono dalej (po jakimś czasie oczywiście ale mogę powiedzieć, że przebiegł to miarę sprawnie). Pod bramką rumuńską zaczęły się schody. Najpierw staliśmy na jakimś bocznym parkingu, kazano nam zasłaniać firanki. Poczułam się jak przemytnik. Naprawdę. Później podjechaliśmy do bramki. Kazano nam wyciągnąć bagaże i stanąć za linią według narodowości. Tak więc grzecznie ustawili się: Ukraińcy, Rumuni, Bułgar i "Polaki". Bosko. I tak staliśmy jak te kołki. W tym czasie oni robili NIC. Dosłownie. Nikt się nami nie interesował. Celnicy spacerowali sobie beztrosko i oglądali nas. Sytuacja była idiotyczna. Tym bardziej zaskoczeni byliśmy gdy zobaczyliśmy jak na pasie obok stało auto z którego najpierw wypakowywano a następnie wpakowywano i znów wypakowywano i znów wpakowywano wszystkie manele. Cały „system” trwał kilka cykli, a pomiędzy nimi auto przemieszczało się o dosłownie 5 (słownie: pięć) centymetrów. Mam swoje podejrzenia co do tego jaki był cel takiego właśnie zachowania celników wobec właścicieli tego auta, ale na tak kulturalnym blogu nie wypada o tym pisać :-) haha

Tak więc staliśmy sobie jak te kołki wśród pól i łąk (Porubne nie jest doczepione do jakiejś miejscowości. Stoi sobie samotnie na pustkowiu, pola, pola, Porubne, pola, pola, coś w tym stylu) i czekaliśmy na-nie-wiem-co. W tym czasie (i tutaj mały opis sytuacji autora: nasz autokar stał sobie pomiędzy pasem z rozpanowywanym-i-wpakowywanym autem a ubikacją. Dalej jako rzekliśmy – pola) podjechał szambo nurek. Czyli maszyna, która oczyszcza ubikacje z wiecie-czego. Tak się nieszczęśliwie złożyło (to raczej zmysł planowania kierowcy, albo raczej jego bezmyślność), że rura wydechowa autka skierowana była prosto na nas. Kto był na Ukrainie wie jak wielkim problemem są spaliny. Wiele aut wyprodukowano dużo wcześniej nim ktokolwiek pomyślał o katalizatorach i martwił się zanieczyszczeniami powietrza. Tak więc sytuacja z komicznej zaczęła robić się tragikomiczna: długie godziny nic nie robienia, rozpakowywanie i zapakowywanie auta obok i do tego dym tak gęsty, że nie widać było za nim nic. Olaliśmy zakazy przekraczania linii i usiedliśmy na krawężniku za przejściem granicznym. Strażnicy nie mieli odwagi do nas podjeść i upominać nas, że tutaj nie wolno. Myślę, że wyglądaliśmy tak jakby bariera językowa nie stanowiła dla nas problemu i moglibyśmy wyjaśnić dość dosadnie dlaczego nie chcemy się truć stojąc tam-gdzie-powinniśmy. I tak siedzieliśmy na tym krawężniku, żałując że kremy do opalania mamy schowane głęboko (tzn. ja żałowałam, bo K trzeba siłą zmuszać do smarowania się czymkolwiek) bo opaliliśmy się tam co najmniej jak nad Polskim morzem ;-)

W tym czasie reszta naszego autobusowego towarzystwa, co do tej pory jest dla mnie niezrozumiałe, stała w oparach szambo-nurkowych dymów zasłaniając sobie usta chusteczką. Nie wiem skąd takie zachowanie, nieumiejętność łamania zakazów, nieradzenie sobie w trudnych sytuacjach. To szokowało, bo przecież spaliny są trujące. Tam stały dzieci z matkami! Może to kwestia mentalności? Nie wiem.

Gdy myśleliśmy, że nic nas już nie zdziwi kazali nam wsiąść do autobus (szambo-nurek odjechał wcześniej) i... odjechaliśmy. Tak, tym zaskoczyli nas najbardziej ;-)

Miałam pisać o Rumunii i Cluj-Napoca a tak się rozpisałam o klimatycznym przejściu granicznym, że Rumunia i całkiem fajne zdjęcia muszą poczekać do następnego razu. Wybaczcie gadulstwo i dobrego dnia wszystkim życzę!

piątek, 20 sierpnia 2010
Chernivtsi - Чернівці - Czerniowce cz.2

Chernivtsi to przede wszystkim Uniwersytet

I moje ulubione rzeźby z metalu, podobnie jak w Ivano-Frankivsku. To prawdziwy symbol miasta!

Róża zamiatająca ulicę

o której piszą na tej tablicy. Chernivtsi leży w połowie drogi pomiędzy Kijowem a Bukaresztem, Krakowem a Odessą, kiedyś było tajemniczą stolicą Europy gdzie księgarń było więcej niż piekarń a chodniki zamiatali wiązankami róż.

Ulubione lody - polecam!

------------------------------------------------------------------------------------------

A właśnie! Bym zapomniała: na dworcu we Lwowie „pałęta” się sporo policjantów. Tzn oni pewnie pracują, ale dla każdego obserwatora, nawet tego najmniej czujnego od razu widać, że oni się po prostu bardzo nudzą i marzą, żeby im się zmiana skończyła. Tak więc, nie bądźcie przerażeni jak taki policjant do Was podejdzie i poprosi o paszport. To normalka. Pan z mądrą miną ogląda paszport, doszukując się tam cholera-wie-czego i udaje, że coś robi. My trafiliśmy na wyjątkowo „zapracowanego” policjanta, który z wielkim zainteresowaniem zaczął studiować naszą karteczkę – połowę tej, którą uzupełniamy na granicy i którą mamy oddać gdy Ukrainę będziemy opuszczać. Tak więc czyta i czyta i w pewnym momencie pyta o coś za co w moim prywatnym konkursie, nie pytajcie na co, zgadniecie, dostał 10/10:

- co znaczy słowo TRAWEL?

Ręce, witki, szczęka, okulary (a! nie mam, ale jakbym miała to by na pewno opadły) opadły. Chwila konsternacji, znalazłam słówko i tłumaczę.

Pan postał jeszcze z paszportem w dłoni, nam pociąg zaraz miał uciec, tłumaczymy, że musimy już iść i pogadamy innym razem. Zabraliśmy paszporty, pomachaliśmy i pognaliśmy,

A wracając do Chernivtsi. Myślę, że warto. Trochę zdjęć już widzieliście, oto kolejne:

Później piwo z jej znajomymi – studentką z Bukaresztu, kilkoma kolegami, dziewczyną która pracuje jako klown na przyjęciach dla dzieci (rodzinna tradycja). Znów kolorowo, barwnie, wielojęzykowo. Zrobiliśmy listę, jakie dźwięki jakie zwierzęta wydają w jakim języku. Jest świetna! Wszystko zapisałam.  Zrobię tabelkę (tylko one przemawiają do inżyniera haha).

 

Ukraiński

Polski

Rumuński

Rosyjski

kot

niaf

miau

miau

miau

pies

hau

hau

hau

haf

żaba

kwa kwa

rebet (??)

-

kwa kwa

wrona

kar kar

kra kra

kra kra

kar kar

kaczka

kra kra

kfa kfa

-

kra kra

koń

igogo

ihaha

ihaha

igogo

Haha

Ukraińska żaba kwacze jak nasza kaczka, a kaczka jak nasza wrona. Ale najbardziej rozwalił mnie kot i koń. Choć jakby się wsłuchać to może kot robi niaf??

Mam też listę rumuńskich przekleństw którą dołączę do tej list Bad words z Grecji z tamtego roku. Nie nadaje się ona do publikacji oczywiście, to na potrzeby, że tak powiem, własne hehe

Wróciliśmy do domku naszego hosta, przegadaliśmy kolejne kilka godzin, to nic, że następnego dnia wstajemy o 6 a jest już 2. Pokazywaliśmy sobie nasze słynne polskie piosenki, a ona nam ukraińskie, filmiki na youtubie. Ciężko się było pożegnać. Ale musieliśmy ruszać w drogę… Przed nami kolejny cel: Rumunia :-)

Chernivtsi - Чернівці - Czerniowce cz.1

Nie twierdzę, że Ukrainę znam jak własną kieszeń, ale jest to kraj, który oprócz Polski, oczywiście, znam najlepiej. Jeszcze kilka miejsc i generalnie będę miała poczucie, że jest to kraj „do odhaczenia” jako, że nie mam zwyczaju wracać dwa razy w to samo miejsce. Wśród tych miejsc na mojej top liście ukraińskiej „must see” w zdecydowanej czołówce plasuje się Chernivtsi (Czerniowce, czy jak to w polskich przewodnikach nazywa. Szczerze mówiąc nie lubię takiego zmieniania nazw, nigdy nie używam Stanisławów, dawnej nazwy, zamiast Ivano-Frankivsk).

Jako, że do Rumunii najtaniej dostać się przez Ukrainę (nie jest to droga najłatwiejsza ale o tym przy wpisie o Rumunii), postanowiłam połączyć przyjemne z pożytecznym i odwiedzić Chernivtsi o których naprawdę słyszałam wiele dobrego.

Zanim opiszę samo miasto, warto wspomnieć kilka słów o podróży do niego.

Wyruszyliśmy klasycznie z Krakowa do Przemyśla. Tam busik z panem mówiącym kilkoma językami, pochodzącym z Uzbekistanu. Bardzo charakterystyczny, na pewno go rozpoznacie! Tego samego pana spotkaliśmy w drodze powrotnej. Granica ukraińsko – polska Medyka nie należy do najgorszych uwierzcie mi! Granica ukraińsko - rumuńska to dopiero koszmar… Uzupełnianie nikomu-nie-potrzebnych i przez-nikogo-nie-czytanych karteczek o cel podróży na Ukrainę, danyc i inne pierdołach, odprawa paszportowa i już jesteśmy na Ukrainie. Lubię ten przeskok gdy wiem, że już zaczyna się inny kraj, że zaczyna się PRZYGODA.

Marszrutka do Lwowa (podrożała do 16 hrywni – 8 złotych przy nie za dobrym kursie, teraz to będzie trochę mniej).

Jeszcze wrócę do samej granicy. Spotkaliśmy tam grupę polaków, która brała taksówkę z granicy do Lwowa za 220 hrywni. Pewnie gdyby nie to, że byli dość aroganccy i próbowali znaleźć sobie kolejnych naiwnych, z którymi podzielą tą sumę powiedzielibyśmy im, że zaraz za granicą stoją marszrutki, które kursują bardzo często i są zdecydowanie tańsze. A tak to jakoś nie chciało mi się im pomagać, fakt, nie pytali. Nie zabierałam pracy taksówkarzowi, a oni też nie wyglądali na biedaków. Zachowywali się trochę jak Wielmożni Państwo na  włościach jadący zwiedzać „dziki” kraj, więc niech się wożą. Kot w butach nie zawsze jest dobrym i pomocnym kotem hehe.

Dojechaliśmy taniej do Lwowa, odstaliśmy w kolejce po bilety na pociąg, pani przyjemnie mówiła po angielsku. Niestety plackarty brak, tylko klasa ekonomiczna, czyli trzecia. Niech nikogo nie zmyli szumna nazwa. Ekonomiczna jest ekonomiczna (taniutka) to fakt, ale na pewno nie jest wygodna, tak jak w samolocie (ja mam takie skojarzenia). Ekonomiczna klasa to taka plackarta gdzie w tym małym przedziale nie leżą na kuszetkach sobie 4 osoby tylko na dole siedzi 6. Nam dodatkowo udało się dostać bilety z: rodziną z dziećmi (zdaje się, że 3 ale po jakimś czasie bardzo mnożyły mi się one w oczach), jakąś parką a do tego przy ubikacji. Generalnie trochę kijowo. Ale dojechaliśmy :-) i na miejscu czekała na nas pierwsza dziewczyna, która nas gościła.

Uwielbiam ukraińską gościnność. To nie jest gościnność na pokaz, taka zobacz-jaka-jestem-dobra, ale taka szczera, że człowiek czuje się dobrze. Było świetnie i moje średnie wspomnienia z Sztokholmu z tą organizacją bardzo się zatarły. Przyszliśmy do jej domu i nagadać się nie mogliśmy. Było już strasznie późno, a tyle do opowiedzenia, do zapytania! Kilka razy mówiliśmy sobie „dobranoc” ale zawsze ktoś miał jeszcze coś do dodania i zaczynała się nowa rozmowa. W końcu padliśmy.

Następnego dnia było wielkie zwiedzanie. Bardzo mi się podobała ta mieszanka stylów ukraińskiego, niemieckiego, węgierskiego, żydowskiego i pewnie jeszcze innego ale zupełnie się na tym nie znam. Nasza gospodyni nam o tym opowiadała, ale architektura nie jest moją mocną stroną i po prostu wyleciało mi to z głowy.

Chernivtsi jest bardzo urokliwe. Położone na pagórkach, z dość stromo momentami opadającymi ulicami. Wiele ludzi, wszędzie ukraiński. Czułam się świetnie! Parki, pomniki, zabytkowe w charakterystycznych dla Ukrainy kolorach kamienice. Sporo policjantów.

-----------------------------------------------------------------------------------------------

Chernivtsi obchodziło 600-lecie więc jest bardzo fajnie odnowione. A to tablica upamiętniająca tą rocznicę:

Zbydowano trochę dziwnych budowni takich jak ta. Moim zdaniem "trochę" bez smaku, ale w środku jest fontanna a nocą świeci, więc może wieczorem wygląda to ciekawiej.

Odnowiono schody, założono oświetlenie

Sporo kwiatów:

Główny deptak w mieście z rozbrajającymi mnie drzewami na środku ulicy, ale super do spacerów, zjedzenia lodów, posiedzenia :-)

Chernivtsi to też kolorowe kamienice z różnych stylów

w różnych kolorach:

Budynki sakralne, słowo daję nie wiem jakie

czasem przerobione na archiwum:

Pomniki

monumenty

A z tym panem wiele osób robiło sobie zdjęcia. Ja wolę młodszych ;-)

Ten budynek (teatr) mi się bardzo podoba

 

czwartek, 19 sierpnia 2010
Home sweet home :-)

Osoby wybierające jako cel swoich podróży wschodnią Europę łączy kilka rzeczy: chcą spotkać przyjaznych ludzi, odwiedzić miejsca gdzie dociera niewielu, przeżyć przygodę, spędzić czas w sposób nieszablonowy. Tymi określeniami można opisać także i moje wakacje w Rumunii i na Ukrainie.

Było pięknie, kolorowo, różnorodnie. Był to czas gdy doba trwała zdecydowanie ponad 24 godziny, gdy spaliśmy niewiele, prawie wcale, a czuliśmy się świetnie i chłonęliśmy wrażenia całymi sobą.

Dwa tygodnie poza granicami kraju, a czuję się jakbym wyjechała stąd zdecydowanie wcześniej. To był intensywny czas. Inna kultura, wielu poznanych, świetnych ludzi, trzy języki którymi przyszło nam się posługiwać.

To był też czas sprawdzenia siebie. Czy potrafimy się znaleźć w zupełnie obcym kraju (mówię oczywiście o Rumunii bo z Ukrainą jak wiecie jestem za pan brat), poradzić sobie, wszystko załatwić. Ja lubię takie właśnie wakacje. Na własną rękę, bez planu dnia narzuconego odgórnie.

Wracaliśmy z Rumunii trzy dni, 9 środków transportu, wiele miast, miejsc, zmęczenie, ale dzikie zadowolenie! Teraz dochodzę powolutku do siebie. Przestawiam się na czas Polski. Trochę najnowszych wiadomości. Myślałam, że rzucę się na Internet, wiadomości, ale wcale nie. Widać da się bez tego żyć. Inaczej, spokojniej. Popijam kawkę, jeszcze jestem w piżamie. Umawiam się na spotkania z przyjaciółmi, jestem taka ciekawa co u nich! Stęskniłam się.

Zmęczona ale chcę więcej. To był ciężki rok, te wakacje zakończyły pewien okres. Domknęłam wszystkie sprawy przed wyjazdem, to bardzo pomogło spędzić ten czas z wolnym umysłem.

Teraz miesiąc pracy i znów wyjazd. Tym razem babska wyprawa – Włochy i Niemcy :-)

A na razie popijam kawę, przeglądam zdjęcia i planuję jak Wam te dwa tygodnie opisać… bo jest co opisywać!

Do przeczytania wkrótce! A teraz dobrego dnia.

ukraiński pociąg - jeden z naszych środków transportu

wtorek, 03 sierpnia 2010
Wakacje!!!!

Na jakieś dwa tygodnie zmykam z blogowego świata:-) tak, tak - wakacje! wreszcie. Do zlokalizowania będę gdzieś pomiędzy Ukrainą (strasznie mnie tam ciągnie), Rumunią i jak się uda Mołdawią - więc będzie co opowiadać jak wróce.

Uważajcie na siebie, bawcie się dobrze, pięknej pogody życzę

Pozdrawiam cieplutko!

Wasz kot w butach

piątek, 09 lipca 2010
O Ukrainie – subiektywnie

Na temat Ukrainy, warunków życia, mieszkańców narosło wiele legend. Wiadomo – co osoba to inny pogląd, ale spotkałam się też z sytuacją gdy na temat danego państwa najwięcej do powiedzenia mieli ci którzy nigdy tam nie byli.

Postanowiłam więc napisać kilka zdań od siebie. Moja blogowa znajoma pytała mnie o to na co powinna zwrócić uwagę przed podróżą na Ukrainę, o rady, moje spostrzeżenia. Postanowiłam więc odpowiedzieć tu, ponieważ dostałam też kilka innym maili o podobnej treści.

Na samym początku pragnę zwrócić uwagę na temat tejże notatki. Jak tytuł głosi – są to moje absolutnie prywatne obserwacje, moje zdanie, jak najbardziej subiektywne. Spędziłam wiele godzin rozmawiając na temat Ukrainy z samymi jej mieszkańcami. Z moim kolegą który mieszka obecnie w Polsce, z moją N nauczycielką ukraińskiego i osobami z Ivano-Frankivska – w większości młodymi, co myślę, że jest dość istotne. Wiadomo, że inne są poglądy starszych ludzi a inne młodszych.

Sporo starszych osób nie przepada za polakami. Nie jest to wszechobecne ale szczególnie może być widoczne w górach. Nie znam zupełnie historii polsko-ukraińskiej, ale wiem, że po obu stronach jest sporo wzajemnych pretensji, która jakoś żyje w ludziach. Myślę, że po tylu latach nie sposób dociec prawdy, a nawet jeśli by się to udało, nie zmieni się myślenia ludzi.

Młodzi ludzie są bardziej otwarci na Polskę, zachód. Znajomość języka angielskiego jest średnia. Myślę, że podobnie jak u nas.

Na temat Ukrainy urosło powstało kilka mitów. Jednym z nich jest bieda. Tak bywa biednie. Nieraz dość bardzo. Prawda leży po środku. Ale jest to kraj gdzie w  wiosce potrafi stać wypaśna willa z sauną a przed nią zaparkowany samochód terenowy najwyższej klasy. To kraj kontrastów, gdzie młodzi ludzie mają świetne komórki i laptopy a jeżdżą zdezelowanymi marszrutkami (autobusy). Ale to także stolica – Kijów, bardzo bogate i zadbane miasto.

Ukrainki są dość eleganckie i przywiązują uwagę do stroju. W większości bardzo ładne o długaśnych nogach na obcasach. Przyznam szczerze, że chyliłam czoła jak one zgrabnie potrafiły na tych obcasach śmigać po rozwalonych chodnikach gdzie ja na płaskiej podeszwie prawie łamałam nogi. Młode dziewczyny potrafią wydać dość sporo na ubrania (z tego co mi tłumaczono to kwestia mentalności), a wydatek to nie byle jaki. Jeśli ktoś nastawia się na wielkie zakupy na Ukrainie to bez portfela pełnego hrywien niech o nich zapomni! Ubrania są bardzo drogie. Już kiedyś pisałam u mnie na blogu o nieproporcjonalnie astronomicznych cenach owoców, ubrań w stosunku do zarobków.

Ukraina nie jest dla Polaka krajem tanim. Oczywiście to nie Szwecja, ceny oscylują w granicy polskich cen, czasami wyższych. Tani natomiast jest alkohol – to temat rzeka. Jest tanio i do tego jest smacznie. Kto jest na Ukrainie musi koniecznie spróbować pysznych krymskich win! Mam swoje ulubione, które w przeliczeniu na polskie wychodzi jakieś 5zł. Bardzo dobra też jest wódka ukraińska, jeśli ktoś gustuje w takich trunkach.

Co jest jeszcze smaczne? Chleb, pomidory – takie bez chemii, soki, ale te w białych kartonikach z jednobarwnymi owocami z przodu (nie sposób pomylić w innymi), słodycze, lody – 100% morozywo, ukraińska domowa kuchnia.

Brakuje ścieżek rowerowych, dobrych ulic, chodników. Połączenia kolejowe świetne. To tani i szybki sposób podróżowania po Ukrainie. W pociągach bywa różnie, ale ja polecam, przede wszystkim klasę plackarta. Autobusy bardziej jeżdżą jak chcą. Raz chciałam jechać do Ivano-Frankivska, na busie na tabliczce taka właśnie nazwa widniała ale gdy zapytałam pana czy jedzie w to miejsce usłyszałam, że jedzie w inne, może nie przeciwległe ale na pewno nie po drodze.

Nie warto się bać podróżowania po Ukrainie. Ja czułam się tam bezpiecznie. Oczywiście maksimum zdrowego rozsądku obowiązkowo, ale przecież i w Polsce jest on konieczny!

Osobom wybierającym się na Ukrainę po raz pierwszy radzę naukę alfabetu ukraińskiego – cyrylicy. Naprawdę nic nie pisze po angielsku lub alfabetem łacińskim. Także naukę kilku podstawowych zwrotów. Przydatne w sklepach. Bez tego, przynajmniej na początku bywa szokująco.

Warto wziąść dolary lub euro. Trochę na tym zyskamy (informacja z tamtego roku, za niedługo powinnam mieć możliwość weryfikacji), kurs jest korzystny.

Nie polecam: podróży własnym autem po Ukrainie (tzn na polskich numerach). Sporo można stracić na łapówkach (informacja od kilku znajomych, może mieli pecha, a może to norma? Nie wiem).

Stan higieniczny niektórych toalet jest tak tragiczny, że wizyta w krzakach wydaje się być luksusem. Naprawdę. Tak szczerze: czasami jest ciężko. Oczywiście nie we Lwowie, czy w Kijowie, tam było ok, ale bywałam w takich miejscach o których wolałabym zapomnieć. I gdyby nie konieczność, nikt za żadne skarby by mnie tam nie zaciągnął.

Spory mi  ten artykuł wyszedł. Mam nadzieję, że nie zanudziłam. Na pewno nie napisałam wszystkiego, to bardziej zbiór luźnych uwag, w sam raz na część pierwszą.

Dobrej nocy dla wszystkich a ja zapraszam na Ukraine – kraj gdzie można świetnie spędzić czas :-)

niedziela, 27 czerwca 2010
VII Małopolski Piknik Lotniczy - zdjęcia

Nie przepadam na dużymi zbiorowiskami ludzi, dlatego koncerty, marsze i inne zaludnione miejsca omijam szerokim łukiem. Ale czasem warto się przemóc i wybrać na… Piknik Lotniczy :-)

Małopolski Piknik Lotniczy w Krakowie -  Czyżynach odbywa się już po raz siódmy. Jestem absolutnym laikiem, ale bawiłam się świetnie. Pogoda dopisała, zapakowaliśmy dwa rodzaje wody – dla nas i dla psiaka, psią miseczkę i poszliśmy. Samoloty śmigały nad nami aż miło.

Starałam się robić zdjęcia. Nie są jakiejś super jakości, bo refleksu mi trochę brak i te samoloty mi po prostu odlatywały zanim ustawiłam ostrość i znalazłam je na monitorze.

Wybrałam kilka najlepszych:

I brzuszek:

I jeszcze kilka ujęć z których jestem całkiem dumna:

 

I trochę zdjęć z lotniska:

I z powietrza szybowiec:

To świetny pomysł na spędzenia weekendu!

wtorek, 08 czerwca 2010
Przyjemne z... przyjemnym - stosik i spacer

Ponieważ Mama zaczęła narzekać, że obawia się o to, że nie będzie miała co czytać (co następuje zawsze gdy jej stosik maleje do około 7 książek – zapas wystarczający na tydzień), postanowiliśmy skorzystać wreszcie z promocji wydawnictwa Skrzat. Wybraliśmy się na spacer do księgarni na Ofiar Dąbia nie zapominając o dzielnym towarzyszu naszych wypraw – Futrzastym Czterołapie.

Będąc w tamtych okolicach nie mogliśmy odmówić sobie spaceru po Parku AWF i bulwarach Wiślanych.

W Parku AWF nadal stoi woda.

Pachnie paskudnie i przy bliższym oglądnięciu zauważyć można jakieś maleńkie stworzenia w niej pływające. Ciekawa czy to komary wyszukałam na Google zdjęcia larw komarów. Zdaje się że widzieliśmy tylko larwy Ochotki i wodopójki. Komarów nie. Ale kto wie? Może gdzieś dalej były? Musiały być ponieważ w tym roku jest ich prawdziwe zatrzęsienie w Krakowie!

Kaczuchy na zalenej ścieżce w parku AWF:

A oto ścieżka rowerowa, którą pokazywałam TU na pierwszym zdjęciu, teraz już bez wody. Pan czyści ścieżkę a ni fotografujemy:

A oto nowe książki:

I niedawno zakupiona (z okazji dnia Mamy) :

Śliczności, czyż nie?

Dobrego dnia dla Was! :-)

 
1 , 2