Za 20 lat bardziej będziesz żałował tego czego nie zrobiłeś, niż tego co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj. Śnij. Odkrywaj.
niedziela, 13 listopada 2011
Skutki parkowania równoleglego

Mamy (ja i K) dość osobliwą awersję, no może niechęć będzie właściwszym słowem, mianowicie nie lubimy: tankować. Nie wynika ona z faktu konieczności uiszczenia coraz to wyższych kwot za tą samą objętość paliwa, nie. My prostu nie lubimy samej tej czynności, konieczności zjechania z ustalonej trasy, wysiadania, stania w kolejkach, zapachu stacji benzynowej. Takie z nas leniwce. Odwlekamy tą czynność jak daleko jesteśmy w stanie. Sądzę nawet, że K jest w tym nieco lepszy, skrupulatnie oblicza ile jeszcze mamy gazu, ile możemy przejechać kilometrów dowodząc absolutną zbędność naszej obecności na stacji benzynowej. I właśnie te obliczenia (a raczej błąd w ich wykonywaniu) stały się przyczyną pewnych niebezpiecznych zdarzeń.

Było już całkiem późno, jechaliśmy do K na mieszkanie planując ten przyjemnie zapowiadający się wieczór. W pewnym momencie nasze autko zaczęło przemieszczać się po ulicy ruchem dżdżownicy: przód-stop-przód-stop. Wyraźnie coś było nie tak, Kubuś (tak pieszczotliwie nazywamy naszego śmigacza) był głodny, TU i TERAZ, tym samym udowadniając nam, że co, jak co ale matematyka nie jest naszą silną stroną. Z paniką w oczach ja, K i Kubuś wyglądaliśmy paliwodajni. Resztkami rozpędu (pomogła nam w tym pewna pochyłość terenu i zielone jak nigdy światła na drodze) doturlaliśmy się na najdroższą (a jakże!) stację. Rozpędu niestety nie starczyło na jazdę zgodnie z nakazanym kierunkiem w wyniku, czego tankować postanowiliśmy „pod prąd”. Auto zgasło i z rozdziabioną paszczą czekało na jedzonko. Poczekać musiało godziną – wielka ciężarówka (stojąca przepisowo) dopompowywała gaz. Godzinę później odrobinę obrażony Kubuś ruszył dziarsko w kierunku mieszkania K. Jak zwykle udaliśmy się w kierunku ulubionego miejsca parkingowego, które jak się okazało jest ulubionym miejscem, co najmniej połowy osiedla. Nasze (!) ślicznie prostopadłe poletko zajęte było bezczelnie przez jakieś wypasione bryki. Chcąc nie chcąc odjechaliśmy w kierunku mniej lubianego – równoległego kawałka jezdni. Okrążyliśmy blok i w dość ciemnym zaułku zaczęliśmy przypominać sobie
wszelkie rady instruktora jazdy dotyczącej tej ciężkiej ewolucji. Wysiadłam i wydając wskazówki próbowałam pomóc K. Chwilę później K zamiast być coraz bliżej krawężnika przesuwał się ruchem zygzakowatym na środek jezdni. Zrezygnowana podniosłam wzrok szukając bardziej dogodnego niż malutkie 10x10 metrów jezdni. Podniosłam wzrok, popatrzyłam na bandziorów demolujących auto obok i wróciłam do wydawania poleceń. ??? Tym razem wgapiłam się w dziesięciu zakapturzonych właścicieli wielkich bejsboli chłopaczków jednocześnie uświadamiając sobie, że parkowanie równoległe już nigdy nie będzie naszą mocną stroną – spadamy stamtąd. Ze zwinnością księżniczki, która wsiadanie i wysiadanie z limuzyny ćwiczy godzinami wgalopowałam do autka i zawyłam do ucha skupionego na parkowaniu K: szybko jedziemy stąd!!!! K zaskoczony był aż tak nagłym wybuchem awersji do równoległego parkowania. Znów powtórzyłam moje żądanie: Spadamy stąd!! Kubuś jak rzadko odpalił tylko za drugim razem i przyspieszyliśmy do 100km/h w ciągu jakiś 3 sekund pod drodze mijając drugą grupkę obciążoną długimi drewnianymi przyrządami do demolowania wszystkiego, co bezczelnie stoi na drodze tych dzielnych wojowników. Chłopcy wyraźnie szli na spotkanie tych pierwszych dżentelmenów. Pech chciał, że my i nasz Kubuś staliśmy na drodze ich romantycznego spotkania.

Łamiąc kilka przepisów drogowych pognaliśmy w kierunku innych
prostopadłych samochodowych postojów próbując przypomnieć sobie numer na
policję. K trzeźwo podał mi telefon i polecił dzwonić. Policjant był konkretny,
rzeczowy a rozmowa odbyła się szybko, w przeciwieństwie do innej naszej rozmowy
z przedstawicielami władzy, kiedy to bardziej niż jeżdżący po alejkach ludzie z
bronią interesujący był nasz kod pocztowy, adres i powody przeszkadzania w
niedzielnepopołudnie.

Chwilę poczekaliśmy stojąc prostopadle (a nie mówiłam!)
obiecując sobie solennie, że a) przekonamy się do częstszego odwiedzania stacji
benzynowej, b) parkowanie równoległe wyraźnie nie jest naszym powołaniem.

09:45, kot_w_butach84 , Kot za kółkiem
Link Komentarze (2) »
czwartek, 26 listopada 2009
Uwaga! Kot za kierownicą!

Przyznam się, że nie mogłam dziś spać. Denerwowałam się jakbym co najmniej już miała jechać na egzamin na prawo jazdy, a nie chodziła dopiero na lekcje. To nie był mój pierwszy raz za kółkiem. Chrzest bojowy miałam tak huczny że uznałam, że na razie wystarczy i zrobiłam przerwę… na pół roku. Nieśmiałe pytania rodziców i znajomych o kontynuowanie nauki kwitowałam uśmiechem lub ucinaniem tematu. Bo dla mnie temat prawa jazdy to był temat tabu. Do dziś pamiętam, jak pan, mój pierwszy szkoleniowiec narzekał, że ze mnie pirat drogowy, że jeszcze takiej kursantki nie miał, co to notorycznie przekracza przepisowe 50km/h. Wysiadłam z auta spocona jak mysz, na chwiejnych nogach. Później gdy opowiadałam tym znajomym to było śmiesznie, ale jakiś tam uraz został. Słowo daję, że wolałabym iść na egzamin na uczelni niż na kolejną jazdę.

Pojawiłam się dziś. Zmusiła mnie do tego wizja dopłacania (podobno od przyszłego roku ma być drożej o 22%) i jakaś duma, żeby mimo wszystko pokazać innym ale przede wszystkim sobie, że baba za kierownicą to nie koniecznie pirat drogowy.

Inny nauczyciel ( pan W.), inne auto (nie żebym się znała, ale kolor inny). Ruszyliśmy. Tzn JA!!! ruszyłam  (nawet  pamiętałam). Na początku, jak każdy chyba, jechałam prawie polami, poboczem, chodnikiem, ale na pewno nie jezdnią. Znów dodawałam gaz tam gdzie nie potrzeba, ale pan z uśmiechem korygował. Nie było niemiło. Rozluźniałam się. Nawet pogadaliśmy sobie. Czułam się jak RASOWY KIEROWCA! :-) Pojechaliśmy do sąsiedniego miasteczka, droga prosta, można jechać:-) Skupiona na drodze i na rozmowie, nie zauważyłam jak z bocznej drogi (nie od mojej strony) wyjechał gość w moją stronę. Złapałam jego spojrzenie (baba za kółkiem – pewnie pomyślał) i po chwili „trzask”! Pan-obserwator rąbnął w autko jadące przed nim. Auta potoczyły się dalej (ustalać kto płaci), zderzak został na środku drogi, a ja – baba za kierownicą pojechałam dalej. Gdyby nie pan W. dołączyłabym do kraksy i rąbnęłabym w te dwa auta „prawdziwych kierowcy”. A tak to odjechaliśmy, ja przeżyłam swój chrzest bojowy a panowie zostali oceniać szkody. No tak, nie ma to jak baba na drodze! Co pech to pech. Nawet w sąsiednim aucie;-)

K. śmieje się teraz ze mnie, że nie powinnam jeździć bo jestem przyczyną wypadków drogowych.